Jak pies z kotem - recenzja filmu

W październiku do polskich kin zawita najnowszy film Janusza Kondratiuka pod tytułem Jak pies z kotem, który na 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych zdobył dwa Złote Lwy. Czy warto czekać na nową produkcję od twórcy Dziewczyn do wzięcia? Zapraszamy do lektury naszej recenzji.

Tematyka walki z chorobą w rodzinie jest ostatnimi czasy w polskim kinie motywem pojawiającym się dość często. W 2015 roku Kinga Dębska w optymistycznie przyjętych Moich córkach krowach ze znaną sobie nadopiekuńczością względem swoich bohaterów przyglądała się ich kondycji w starciu z nieoczekiwanym dramatem. W równie uznanej i ochoczo nagradzanej krótkometrażówce Ja i mój tata Aleksandra Pietrzaka, młody twórca z podobną do sposobu Dębskiej wstrzemięźliwością w sportretowaniu choroby przedstawił relację syna z chorującym na Alzheimera ojcem. Najpełniejszym wyrazem problemu i najbardziej dojrzałym filmem w tej materii pozostaje dla mnie doskonały Lęk wysokości Bartosza Konopki z 2011 roku. To właśnie z tym obrazem najwięcej wspólnego ma najnowszy film Janusza Kondratiuka.

Jak pies z kotem to w zasadzie bardzo proste kino. Nie ma tu żadnych niejednoznaczności czy wielopłaszczyznowego charakteru cechującego wspomniane dzieło Konopki. Kondratiuk opowiada wziętą z życia historię o zmaganiu z pogarszającym się stanem psychicznym swojego brata Andrzeja (również znanego reżysera) i dzięki realistycznemu podejściu udaje mu się wzruszyć, ale także, mimo braku powściągliwości w pokazywaniu trudów choroby, podnieść na duchu. W Janusza wcielił się Robert Więckiewicz i niezależnie od braku podobieństwa fizycznego był on w stanie oddać życzliwy, ale i impulsywny charakter reżysera. Postać jego brata odegrał natomiast, nagrodzony Złotymi Lwami za najlepszą rolę drugoplanową Olgierd Łukaszewicz, który bazując na ograniczonych możliwościach (Andrzej był pod koniec życia niemal całkowicie sparaliżowany), dowiódł, że żadne aktorskie wyzwanie nie jest mu straszne. Trzonem filmu jest braterska więź, lecz prócz braci Kondratiuków na ekranie pojawiają się również życiowe partnerki bohaterów – Beata (Bożena Stachura) i znakomicie zagrana przez Aleksandrę Konieczną (również nagroda w Gdyni) Iga Cembrzyńska.

Jej postać staje się w Jak pies z kotem na tyle istotna, że pozwala skupić uwagę widza na jeszcze jednej myśli, która wybrzmiewa w filmie bardzo głośno. Równolegle, jednak nie w takim samym stopniu zaangażowania, rozgrywany jest wątek drugiego rodzeństwa. Iga nie do końca radzi sobie z otaczającą ją rzeczywistością, przez co zostaje ubezwłasnowolniona przez własną siostrę, po czym pozbawiona zostaje nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim niezależności. Reżyser zestawiając ze sobą dwa diametralnie różne portrety rodzin, przedstawia historię nie tyle o samej chorobie, co o poświęceniu. Mimo nienajlepszych stosunków z bratem na przestrzeni wielu lat, Janusz odnajduje w sobie siłę, by zapewnić mu godne potraktowanie na ostatniej prostej. Film, oprócz wiernego odtworzenia ostatnich momentów życia Andrzeja (zdjęcia powstawały nawet w rzeczywistych lokacjach) jest formą epitafium dla starszego brata.

Jak pies z kotem_2-min.jpg

Nie doświadczymy tu, zresztą jak to u Kondratiuka bywa, żadnych wizualnych ekscesów. Nakręcony bardzo kameralnie film to w pierwszej kolejności dzieło bazujące na interakcjach opisanych wyżej bohaterów. Cała czwórka odgrywa swe role z wielką intensywnością i zrozumieniem postaci, jednak na pierwszy plan wysuwają się kreacje Łukaszewicza i Koniecznej. Materiałów źródłowych, co powszechnie wiadomo, nie brakowało, zatem występy aktorów w połączeniu z głęboko zakorzenionymi w świadomości odbiorcy kultury masowej pierwowzorami, powodują pewną niewymuszoną sentymentalność. Jedną z najlepszych scen w filmie jest ta, w której oglądająca na monitorze swój występ Iga, śpiewa wraz z jej cyfrową, młodszą o kilkadziesiąt lat projekcją słowa piosenki Intymny świat.

Podobnego odniesienia brakowało mi nieco po stronie męskiej, tj. u filmowych braci Kondratiuków. Pokuszenie się przez reżysera na pewne nawiązania do ich notabene uznanej twórczości lub zaznaczenie w ten sposób różnicy między nimi mogłoby być ciekawym zabiegiem dodającym filmowi odrobinę kulturowego kolorytu. Nie zważając na to, tak udanego obrazu młodszego z Kondratiuków nie było… od lat 90-tych. Za tak emocjonalne powroty (dla obu stron) serdecznie dziękujemy!

Ocena 4/6

źródło: zdj. AKSON Studio / Festiwalgdynia.pl