NOSTALGICZNA NIEDZIELA #30: Prosta historia

W Nostalgicznej Niedzieli lubimy przybliżać Wam klasyczne i często pomijane produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. W dzisiejszej edycji podnosząca na duchu historia, która zdarzyła się naprawdę, a później, w 1999 roku, sfilmował ją mistrz oniryzmu i tym samym człowiek odpowiedzialny za takie wycieczki do surrealistycznego koszmaru, jak „Ogniu, krocz za mną” i „Zagubiona autostrada”. Reżyserem tym jest oczywiście David Lynch, a co do samego filmu - mowa tu o „Prostej historii” z Richardem Farnsworthem w roli głównej. Zapraszamy do lektury!

W 1994 roku niejaki Alvin Straight podjął się osobliwego zadania przebycia blisko 300-milowej trasy, która dzieli miejscowość Laurens w stanie Iowa od Blue River w Wisconsin. 73-letni staruszek postanowił odwiedzić swego, o dekadę wyprzedzającego go doświadczeniem życiowym, brata, który niedawno przeżył wylew i samotnie zamieszkuje na oddalonym wschodzie. Choć jego prawo jazdy dawno straciło ważność, a słabnący wzrok, artretyzm i sprawność ruchowa zdają się nie trwonić środków, by zniechęcić zdeterminowanego bohatera, Alvin nie zamierza się poddać i decyduje przebyć dzielący go od brata dystans na wiekowej i niekoniecznie sprawnej kosiarce spalinowej. Tak, „Prosta historia” zdarzyła się naprawdę i do dziś pozostaje świadectwem czegoś absolutnie wyjątkowego, co potrafi drzemać w sercu.

straight-story-6.png

Gdyby zapytano, kto idealnie nadałby się do opowiedzenia historii Alvina Straighta, podejrzewam, że nazwisko Davida Lyncha nie byłoby najprawdopodobniej pierwszym wyborem większości ankietowanych. W swej filmografii twórca zasłynął jako autor dzieł, które z oczywistością i znaczeniem literalnym mają mniej więcej tyle wspólnego, co prom kosmiczny z niedużą foką. „Głowa do wycierania”, „Zagubiona autostrada” (do której niedługo na łamach Filmożerców niedługo wrócimy) i „Mulholland Drive” to podróże do podświadomości, w których narracja nie pozwala na wytyczenie granic między snem a rzeczywistością, a w których w pułapkę symbolizmu wpada każdy, kto oczekuje zrozumiałych zwrotów akcji, konkluzji i jasnej puenty. A jednak, głowy studia Walt Disney, które uzyskało prawa do ekranizacji historii Straighta, kierowane bliżej nieokreślonym instynktem doszły do wniosku, że to Lynch jest właściwym wyborem. I – jak miała pokazać przyszłość - dobrze zrobiły, bo choć reżyser dopiero co oddał ludowi kontrowersyjną opowieść o szaleństwie z Billem Pullmanem w roli głównej, a parę lat wcześniej „Ogniu, krocz za mną” i „Dzikość serca”, odnalazł się w świecie kosiarki przemierzającej pejzaż ludzkiej dobroci, jakby ów fabularny padół zamieszkiwał od zawsze, ba – jakby władał nim niepodzielnie. Jak tłumaczył Lynch w kilku wywiadach - to właśnie serce opowieści i chęć przetłumaczenia emocji scenariusza na język filmu przyciągnęły go do „Prostej historii”. Mamy tu prostą, małą i czystą treść - mówił – której realizacja stanowi spore wyzwanie, ponieważ każdy z niewielu elementów musi być idealny i odpowiednio zbalansowany. (…) W wielu aspektach jest to mój najbardziej eksperymentalny film. (…)

the-straight-story-still-1.jpg

Świat Alvina Straighta, jak tłumaczy David Lynch to Niebo, chmury, pola kukurydzy i droga. Dzięki specyficznemu stylowi reżysera jest to przy okazji rzeczywistość, w której 300-milowa trasa na zdezelowanym urządzeniu ogrodniczym wydaje się całkowicie naturalnym sposobem na flirt z przeznaczeniem. Oryginalny tytuł filmu („Straight story”), korespondując z nazwiskiem głównego bohatera, idealnie oddaje ton i charakter tej prostej, acz chwytającej za serce historii. Nie doświadczymy tu ani zaskakujących zwrotów akcji, ani błyskotliwego poczucia humoru, ani postaci, o obszerniej rozpisanych sylwetkach (z wyjątkiem głównego bohatera). Straight to doświadczony człowiek zachodu, który kieruje się sztywnymi jak kość dinozaura regułami własnego kodeksu etycznego, a jego plan podróży nie przewiduje zachwiania tą wiekową moralnością w najmniejszy sposób. „Prosta historia” to w tym zakresie swego rodzaju antyteza dla filmów drogi. Protagonista nietknięty swą wyprawą, wywiera wpływ na każdego wędrowca, którego spotyka, a świat, który przywozi za sobą to ten pełen prostolinijnego optymizmu i stoickiej, nieświadomej mądrości. Gwoli ścisłości, nie ma tu też mowy o specjalnym rozwoju postaci. Alvin Straight to na początku filmu dokładnie ten sam, czarujący i zaangażowany człowiek, co w ostatniej scenie i muszę powiedzieć, że jest w tym coś bardzo optymistycznego, wręcz monolitycznego. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na cudownego Richarda Farnswortha, który przez większość swojej kariery filmowej wykonywał zawód kaskadera, a który wnosi do roli Straighta tyle serca, na ile tylko scenariusz mu pozwala. Niedawno zmarły Harry Dean Stanton, choć pojawia się na ekranie na zaledwie chwilkę, też zdąża wycisnąć kilka łez swoim minimalistycznym, acz pięknie ekspresywnym aktorstwem.

Eksperyment dla Lyncha i disnejowska bajka dla dorosłych - „Prosta historia” to naiwna w założeniu, nieprawdopodobna i wzruszająca odyseja na kosiarce, a przy tym piękny obraz determinacji, dobroci i ducha. Warto oglądnąć, uśmiechnąć się i zapamiętać.

W Polsce Prosta historia ukazała się jedynie na nośniku DVD. Pierwsze wydanie od Kino Świat znajdziemy w zwykłym plastikowym opakowaniu, drugi raz film ukazał się w serii Mistrzowie kina w booklecie. Wydania Blu-ray trzeba szukać między innymi na rynku niemieckim, hiszpańskim i włoskim. W żadnej zagranicznej edycji nie znajdziemy niestety polskiej wersji językowej.

źródło: zdj. Studio Canal