NOSTALGICZNA NIEDZIELA #33: Armia ciemności

Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne, często pomijane produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. W dzisiejszym wpisie wspomnimy o filmie, który z określeniem „konwencjonalnie dobry” rozmija się o długość zdezelowanej piły mechanicznej Homelite XL. Ostatnia w trylogii Sama RaimiegoArmia ciemności” z 1992 roku stanowi konkluzję pełnometrażowych losów Asha Williamsa i jego walki z nieczystymi siłami. Zapraszamy do lektury.

W odniesieniu do twórczości Sama Raimiego i jego nieuniknionemu zagoszczeniu na łamach Nostalgicznej Niedzieli, narzuca się następujące pytanie. Dlaczego nie piszemy o pierwszym „Evil Dead” albo o jego bodaj jeszcze bardziej charakterystycznym sequelu? Będąc szczerym, przy całym swym uwielbieniu dla obmierzłych koszmarów, których Ash Williams doświadczał w leśnej chatce w stanie Tennessee, miałbym niemały problem z wybraniem spośród tejże dwójki faworyta. Oryginalny film z 1981 roku przy wszystkich latach, które dumnie spoczywają na jego śliskim od posoki karku, pozostaje jednym z najbardziej niepokojących filmów, jakie było mi dane oglądać. Specyficzne połączenie humoru i body horroru, tak charakterystyczne dla „dwójki” nie zdążyło jeszcze wychylić łba, gdy Ash wraz z trójką przyjaciół po raz pierwszy zaparkował pod opuszczonym domkiem, a następnie w jego czeluściach odnalazł plugawą Księgę Umarłych - Necronomicon. Dość powiedzieć, że „Martwe zło”, które było przecież w dużym stopniu festiwalem debiutów dla zaangażowanych twórców, namieszało mi w głowie, zszokowało i nigdy, ale to nigdy nie pozwoliło o sobie zapomnieć. Stało się tak mimo telenowelowego wówczas aktorstwa Bruce'a Campbella i miniaturowego budżetu produkcji. Dla wielu jednak właściwym tudzież definiującym serię wpisem jest dopiero druga przygoda Asha, stanowiąca swego rodzaju lekki reboot „jedynki”. Ash odbywa tu kolejną serię efektownych starć z niepowstrzymanym Złem, a jednak całość może pochwalić się bardzo odrębnym, absurdalnym i wisielczym poczuciem humoru, za który marka „Evil Dead” została zapamiętana po dziś dzień. Wystarczy wspomnieć, chociażby mistrzowską scenę z elementami wyposażenia chatki, które bezlitośnie wyśmiewają udręczonego Asha. Niewielu potrafi przedstawić paszczę szaleństwa w tak umiejętny, oryginalny i przezabawny sposób jak Sam Raimi. Dwie paskudnie satysfakcjonujące historie zamknięte w dwóch znakomitych na swój sposób filmach. Co dalej? W tym miejscu na scenę wkracza „Armia ciemności” (a właściwie: „Bruce Campbell vs. Armia ciemności”), czyli obraz, którym Raimi pokazuje, ile znaczą dla niego styropianowe bariery konwencji i oczekiwania widzów.

1843_3.jpg

As far as I can tell, the year is 1300 A.D and I'm being dragged to my death. It wasn't always like this – ów głupawe zdanie wypowiada Ash spoza kadru, otwierając półtorej godziny przygody z „Armią ciemności”. W następstwie nieoczekiwanego cliffhangera z zakończenia „Evil Dead 2”, Ash trafia do Europy krótko po wyprawach krzyżowych. Wkrótce, zgodnie ze wskazówkami wioskowego mędrca, okazuje się, że by wrócić do swego czasu, postać Campbella musi odnaleźć MacGuffina serii – Necronomicon, a jednocześnie nie przebudzić do drugiego życia tytułowej armii. Naturalnie, można sobie wyobrazić, jak powyższa fabuła się potoczy.

Nowe terytorium dla serii Sam Raimi zagospodarowuje prostą, jak budowa cepa opowieścią, zaopatrzoną w kilotonę przerysowanych odwołań do schematów gatunku. Bruce Campbell natomist, mimo pewnych, ewidentntych szlifów w odniesieniu do warsztatu utwierdza w „Armii” swoją pozycję jako idealny aktor dziwacznego teatru jednego reżysera. Nie moglibyśmy przebrnąć przez tekst o „Armii ciemności” bez zaznaczenia jak bezdennie kiczowate owo celuloidowe dziecko Rosemary właściwie jest. Kicz bowiem, gra w narracji „Armii” rolę wyraźnie pierwszoplanową, znacznie bardziej zauważalną, niż w poprzednich dwóch filmach. Kiepskie one-linery, niepoprawnie kreskówkowe gagi rodem z Królika Bugsa, slapstickowe poczucie humoru, pastiszowe nawiązania do kina science-fiction (a ściślej „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia”) - wszystko to składa się na ton idealnej, przygodowej autoparodii, co rusz puszczającej do widza zaropiałe oko. Jednocześnie, przy „Evil Dead” i „Evil Dead 2”, „Armia” wypada dużo delikatniej i grzecznej. Komedia najczęściej wypiera obrzydzenie i strach, większość gore'u gwarantującego kategorię wiekową R, dotyka zastępy szkieletów, a wysłużona piła mechaniczna przesiada się na tylne miejsce. Jak zawsze jednak, przy okazji filmów z serii o Ashu, błyszczą klasyczne efekty specjalne i charakteryzacja.

1843_2.jpg

Porzucenie ścieżki kontrowersyjnego komedio-horroru na rzecz znacznie lżejszego eksperymentu, nie skutkuje kinem o podobnie kultowym impakcie, co poprzednicy a jednak bezsprzecznie zasługuje na uwagę miłośników gatunku (gatunków?), zwłaszcza duetu Raimi-Campbell. Ze wszystkimi fantasmagoriami kina B, narracją popychaną coraz to absurdalniejszymi mechanizmami i oczywistym planem stworzenia groteskowo i umyślnie kiepskiego filmu, „Armia ciemności” pozostaje jednym z tych obrazów, wobec których nie sposób nie odczuwać nostalgicznego rozrzewnienia i, choć w okolicach „Martwego zła” postawić go nie można – warto to paskudztwo docenić.

"Armia ciemności" nie otrzymała wydania Blu-ray zaopatrzonego w polską wersję językową. Władającym językiem angielskim można polecić wydanie z oryginalną ścieżką dźwiękową (i angielskimi napisami), odnajdywalne w ofercie brytyjskiego Amazonu.

91ebdpy6wmL._SL1500_.jpg

źródło: zdj. Universal Pictures