NOSTALGICZNA NIEDZIELA #34: Zaginiony świat: Jurassic Park

Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne, często pomijane produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. Z okazji przedwczorajszej premiery „Jurassic World: Upadłe królestwo”, w dzisiejszym wpisie przeniesiemy się 300 kilometrów od wybrzeża Kostaryki i opowiemy o ostatnim dobrym filmie z kultowej serii o dinozaurach. Mowa tu o „Zaginionym świecie: Jurassic Park” z 1997 roku, wyreżyserowanym przez Stevena Spielberga, z Jeffem Goldblumem w roli głównej. Zapraszamy do lektury.

Nie żebym nienawidził zamysłu nowej trylogii, rozpoczętej przez Colina Trevorrow kilka lat temu. Uwielbiam dinozaury, uwielbiam „Park Jurajski” – pierwszy film, który przeraził mnie, gdy byłem dzieckiem. W 2015 roku, jako jeden z najbardziej gorliwych, nabyłem bilety na „Jurassic World” gotów zobaczyć kontynuację serii na jednym z najwcześniejszych pokazów w dniu premiery, oczekując odtrutki po beznadziejnej, trzeciej części „Parku”. Film okazał się ostatecznie jedynie „akceptowalny”, ale zawód, który czułem wychodząc z kina, był niepomierny. Nie spowodowała go jednak ani scena jazdy na motocyklu w otoczeniu oswojonych, przyjacielskich raptorów, ani fontanny bezsensownego, satysfakcjonującego przez ułamek sekundy tylko fan-service'u, ani nawet fatalne, sztuczne i wszechobecne CGI. Wywołał go absolutny brak magii, tudzież owego magicznego składnika, który sprawiłby, by „Jurassic World” był czymś więcej niż dwugodzinną odą do tego, czym seria zwykła być, a czego Trevorrow nie potrafił „odpędzelkować”, zamiast tego serwując listę „dziesięciu najlepszych odwołań do oryginalnego filmu i kilka autorskich pomysłów, specjalnie dla tych, którym znudził się film o zwykłych dinozaurach”. Nie pomogło nawet obsadzenie charyzmatycznego frontmana, mimo że postać Chrisa Pratta była jednym z niewątpliwych plusów obrazu. Będąc już po seansie „Upadłego królestwa” mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie zmierza trylogia. Kontynuacja „Jurassic World”, choć stanowi czasami krok w dobrym kierunku (dzięki praktycznym efektom specjalnym, pięknym zdjęciom i wyciskającej napięcie z każdej sceny akcji reżyserii J.A. Bayony), to wciąż dość niepotrzebny wpis w kanonie świata „Parku”, na siłę wprowadzający pewne kontrowersyjne i niepasujące wątki. Z jednej strony „Królestwo” dzielnie pozostawia w tyle dziedzictwo serii, ale z drugiej – nie oferuje w zamian absolutnie nic długofalowo ciekawego. Pozostaje mieć nadzieję, że nieuchronna trzecia część uratuje „Jurassic World” od wyginięcia pośród masy ciekawszych produkcji (w tym klasycznych filmów cyklu).

lost-world-cast-jurassic-park.jpg

Powróćmy więc do czasu, gdy wydumane krzyżówki genetyczne nie były konieczne, by przykuć uwagę milionów widzów, a świat dinozaurów fascynował, olśniewał i przerażał, często jednocześnie. „Zaginiony świat” (od którego „Upadłe królestwo” pożyczyło korpus fabularny) wysuwa znanego z „Parku” doktora Iana Malcolma (Jeff Goldblum, któżby inny) na pierwszy plan, pewnie podążając przetartym śladem starego hollywoodzkiego stwora zwanego Sequelozaurem Rexem. Od „Jurassic Park” jest tu więc głośniej, więcej, efektowniej i – naturalnie – brutalniej. Czy lepiej? Niekoniecznie, ale co z tego? Oryginalny film o przywróconych do życia dinozaurach to obraz jeden na milion – wspaniała, piękna przygoda i szalona wycieczka przez dżunglę, która nie mogłaby zjechać z torów w ten sam sposób więcej niż raz. Bycie od początku w pozycji ustępującej protoplaście nie przeszkadza „Zaginionemu światu” w staniu się filmem kultowym. Zacznijmy jednak od zarysu fabuły – specjalnie dla trzech osób, które z owym obrazem nie miały okazji się zapoznać. Kilka lat po katastrofalnej w skutkach podróży na wyspę Isla Nublar, do zrujnowanego parku rozrywki, wyśnionego przez wizjonera-ekscentryka, Johna Hammonda, udaje się kolejna grupa naukowców, z niechętnym dr Malcolmem na czele. Oprócz prehistorycznego zagrożenia, bohaterowie napotykają na wyspie grupę najemników, planujących zapolować i wywieźć z niej kilka zabójczych gatunków.

Pierwszą zaletą „Zaginionego świata” jest bezsprzecznie to, jak inny jest od pierwszego „Parku”. Steven Spielberg w żadnym razie nie próbuje powtarzać trików, które sprawdziły się parę lat wcześniej. Mimo że motywy przewodnie siłą rzeczy pozostają te same, reżyser i scenarzysta David Koepp stosują w „dwójce” diametralnie inną konstrukcję fabularną, odważnie odchodząc od obsypanej laurami formuły, aplikując w jej miejsce równie angażującą, stuprocentowo satysfakcjonującą przygodę. Drugą zaletą – bez zaskoczeń – jest mistrzowska reżyseria, na którą składają się długie, nieprzerywane i imponujące, choć nieoczywiste ujęcia i bezlitosne egzekwowanie suspensu z każdej możliwej sekwencji. Scenografia ani na chwilę nie pozostawia wątpliwości, że bohaterowie w istocie znajdują się głęboko w klaustrofobicznym sercu dżungli Isla Sorna. W odniesieniu do samych dinozaurów – zarówno w pierwszej, jak i w drugiej części te wyglądają po prostu znakomicie, a talent Spielberga do łączenia efektów komputerowych z praktycznymi zachwyca. Animatroniczne cuda mają przy tym w „Zaginionym świecie” znacznie więcej ról do odegrania i wykonują swoje zadanie bezbłędnie (zwłaszcza mały T-Rex i velociraptory). Skoro mowa o „obsadzie” – poza świetnym Goldblumem, na ekranie pojawiają się między innymi Julianne Moore i Vince Vaughn, których chemia z protagonistą i ciekawie rozpisane dialogi nie budzą żadnych zastrzeżeń. Tymczasem ścieżka dźwiękowa Johna Williamsa korzysta dość rzadko z tematów „jedynki”, wprowadzając w kanon motywów kilka nowych, znakomitych kompozycji.

vlcsnap-2015-06-09-13h27m53s122.png

W kontekście wad „Zaginionego świata” należy wymienić słabszy momentami wątek córki Iana Malcolma (wątek rodzinny pojawia się tu – delikatnie – na siłę) i climax filmu – pamiętną sekwencję w San Diego. Ta, mimo że satysfakcjonująca, zabawna i szalenie charakterystyczna – wydaje się też nieco pospieszona. Nie wspominając już o przymusowo wyciętej scenie odkrywającej los marynarzy, którzy zawijają do portu w San Diego, a której brak skutkuje sporą i dość zabawną dziurą logiczną. Za każdą wadę jednak „Zaginiony świat” oferuje szereg znakomitości – chociażby długą scenę na terenie łowieckim raptorów czy ucieczki przed Tyranozaurem pod wodospad. Szczególnie ważnym wydaje mi się jednak, że ostatnia scena filmu mogłaby z powodzeniem funkcjonować jako wymarzone zakończenie cyklu. Wspaniałe, podniosłe i zasłużone – czasem wolę udawać, że tak właśnie historia „Parku” się skończyła, bez „trójki” i bez Colina Trevorrow i jego „Jurassic World”. Zwłaszcza teraz, po seansie „Upadłego królestwa”.

Podsumowując, mimo kilku potknięć i pewnych fabularnych słabostek, „Zagiony świat: Jurassic Park” to godny sequel „Parku Jurajskiego”, który kultywuje formułę oryginalnego, angażującego i mrożącego krew w żyłach dino-horroru, bez wykazywania skłonności do pustego efekciarstwa i odtwórstwa – cech tak niestety charakterystycznych dla kolejnych filmów z serii.

Jurassic-Park-Finding-The-Lost-World4.jpg

„Zaginiony świat” doczekał się kilka lat temu nowego wydania na błękitnym krążku, zaopatrzonego w polską wersję językową (napisy i lektor). Ponadto, Ci, którym słabsze filmy niestraszne, odnajdą na rynku pełną kolekcję filmów, zawierającą poza pierwszą trylogią również pierwszy „Jurassic World”. Fani wydań 4K powinni też wypatrywać nowego wydania UHD.

źródło: Universal Pictures