NOSTALGICZNA NIEDZIELA #38: Mgła

Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne, często pomijane produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. W dzisiejszej edycji zawitamy do świata klasycznego horroru przy okazji „Mgły” z roku 1980 – jednego z ciekawszych, niskobudżetowych dzieł autorstwa wielkiego Johna Carpentera. Zapraszamy do lektury!

Na początek chciałbym tylko wspomnieć, że dzisiejszy tekst miał, z uwagi na zbieżną okoliczność z tego tygodnia, dotyczyć oryginalnego „Piątku 13-tego”, podobnie jak „Mgła” – z 1980 roku. Niestety, po odświeżeniu sobie pierwszego z koszmarnie rozwleczonej (12 części!) sagi Jasona przypomniałem sobie, jak bardzo tegoż filmu oglądać się nie da. Abstrahując od zrozumiałej formuły slashera i paru fajnych reżyserskich zabiegów, „Piątek” jest dosłownie wyzwolony z napięcia, a przy tym po prostu wtórny, głupi i męczący – na tyle, by nie można go było nawet rozpatrywać w tak faworyzowanej przez dobre slashery kategorii komediohorroru. Generalnie lepiej oglądnąć „Koszmar z Ulicy Wiązów”, bo każdy Freddy Krueger jest lepszy od Jasona (albo jego mamusi), kropka.

Zdeformowane koty za płoty – przejdźmy niezwłocznie do carpenterowej „Mgły” – filmu, który z jakiegoś powodu nie pojawił się jeszcze w Nostalgicznej Niedzieli, a jest jednym z tych, do których podchodzę z największym sentymentem, jeśli chodzi o dzieła twórcy „The Thing”. Niskobudżetowy, bo oscylujący w granicach jednego miliona dolarów (dla porównania – budżet powstałego dwa lata później „The Thing” wyniósł piętnaście milionów), obraz jest drugim, po „Halloween”, kinowym przedsięwzięciem Johna Carpentera – diametralnie innym od slasherowej opowieści o Mike'u Myersie. „Mgła”, otwarta cytatem z wiersza Edgara Allana Poe i zainspirowana wizytą artysty w Stonehenge, podejmuje bowiem tematykę zamieszkującą pogranicze horroru i fantasy.

Obchodzące setną rocznicę portowe Antonio Bay w Kalifornii staje się scenerią makabrycznych wydarzeń, gdy na miasteczko opada fatum starej klątwy, a w szmaragdzie parnych wyziewów zaczynają pojawiać się duchy dawno wymordowanych marynarzy. Nawiązującą do klasyki kina grozy z lat pięćdziesiątych fabuły, zamkniętej w zaledwie dziewięćdziesięciominutowym formacie „Mgłę” rozpoczyna fenomenalny prolog, oparty na opowieści pewnego starego morskiego wyjadacza, snutej przy ognisku wobec audytorium głodnych przerażenia dzieci. Nie sposób nie pokusić się o dojrzenie pewnego meta-wydźwięku owego wstępu. Reżyser za pośrednictwem wiekowego marynarza szybko cementuje ton historii jako swego rodzaju nieprawdopodobnej ballady, zaimprowizowanej ku uciesze entuzjastów duetu dreszczy i ciarek. Pośród paranormalnego zagrożenia szybko znajdują się główni bohaterowie obrazu – post-halloweenowa Jamie Lee Curtis jako Elizabeth i Tom Atkins w roli Nicka. Carpenter bynajmniej nie spędza zbyt wiele czasu na sylwetkach ludzkich postaci „Mgły” – w ciągu półtorej godziny służą mu one przeważnie jako niezbędne instrumenty (czy może lepiej: świadkowie) fabularnej progresji. Zamiast tego, w miejscu protagonisty reżyser stawia samo miasteczko Antonio Bay, „przemawiające” głosem radiowej prezenterki Stevie (Adrienne Barbeau).

6a017d4117b2c6970c01a73dba5dc8970d.png

Przy okazji „Mgły” reżyser, jakkolwiek natychmiastowo wyczarowuje estetykę i charakterystyczny nastrój swego dorobku artystycznego, gromadzi dość surowy jak na siebie zestaw środków stylistycznych, przenoszący poczucie klarownej, jednowymiarowej narracji. Bezsprzeczenie, strachy John Carpentera są i zawsze będą niezwykle aktualne. Z mistrzowską prostotą skomponowane ujęcia „Mgły” transformują zwykłe miejskie krajobrazy w niepokojące pejzaże paranormalnego terroru, a nieokrzesana i sugestywna brutalność – choć tak niewinna w zestawieniu ze współczesnymi makabreskami – wypada efektownie i makabrycznie skutecznie. Zwłaszcza w odniesieniu do tego ostatniego, autor „Mgły” osiągnął do niemal perfekcji umiejętność współgrania z wyobraźnią widza, każdorazowo pozostawiając odpowiednio wyważoną szczyptę wizualnego niedopowiedzenia. Nie można też nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej w kompozycji samego reżysera i scenarzysty. John Carpenter jest autorem wielu kultowych, muzycznych ilustracji, pokuszę się jednak o stwierdzenie, że jego „Mgła”, oparta jak zawsze na dźwiękach zimnych, ambientowych i przytłaczających syntezatorach, stanowi jedną z najlepszych, jeżeli nie najlepszą w jego muzycznym dorobku. Przy „Christine”, „Halloween” i „Ucieczce z Nowego Jorku” znaczy to naprawdę niemało. 

the-fog-1980d.jpg

To powiedziawszy, trzeba dodać, że „Mgle” daleko do najsłynniejszych filmów Carpentera. Nie ma tu mowy o wstrząsającym rozmachu „The Thing” czy kulturowym impakcie pokroju „Ucieczki z Nowego Jorku”. A jednak film o morderczych duchach żeglarzy nigdy nie aspiruje do statusu „wielkiego”, kontynuując tradycje mniejszych i skromnych opowieści, wprost skrojonych do rzewnego rozpamiętywania pod tytułem „a pamiętasz ten film o trędowatych piratach, co mordowali we mgle?”. Mówiąc krótko – prosta historia o duchach, opakowana w makabryczny, choć bardzo stonowany w tym przypadku styl Johna Carpentera po dziś dzień pozostaje znakomitą, skuteczną i nastrojową, jak diabli, wizytówką umiejętności mistrza horroru. Jednocześnie, trudno nie dojść do wniosku, że niewielu poza twórcą „The Thing” byłoby w stanie opowiedzieć historię „Mgły” z nie tylko równie nieśmiertelnym, ale i po prostu dobrym skutkiem. Potwierdzenia powołanej tezy nie trzeba daleko szukać, wystarczy rzucić okiem na (a następnie obejść szerokim łukiem) remake z 2005 roku. 

W Polsce niestety nie doczekaliśmy się wydania Blu-ray, a jedynie edycji DVD, która ukazała się nakładem nieistniejącego już dystrybutora Vision. Miłośnicy tego nośnika mogą wybierać pomiędzy wydaniem w digi-packu oraz wznowieniem w zwykłym plastikowym opakowaniu. Jeśli natomiast angielski nie stanowi dla Was problemu, możecie sięgnąć po edycję Blu-ray z Wielkiej Brytanii, wydaną przez StudioCanal.

2036_front.jpg

źródło: zdj. AVCO Embassy Pictures / StudioCanal