NOSTALGICZNA NIEDZIELA #62: Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. W tym tygodniu przeniesiemy się na Dziki Zachód, trzydzieści lat przed ostatnią odnotowaną napaścią na dyliżans wraz z jednym z najbardziej pominiętych filmów w historii kina – „Zabójstwem Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” z 2007 roku, z Bradem Pittem i Caseyem Affleckiem w rolach głównych. Zapraszamy do lektury.

Beyond the myth lies America's greatest betrayal.

Choć w swojej krótkiej historii Ameryka doczekała się niemałej garstki bohaterów, w powszechnej świadomości społecznej największym sentymentem, a wręcz swego rodzaju osobliwym podziwem darzy się samozwańczych wyrzutków społecznych, owych funkcjonujących poza prawem i zasadami banitów, którzy dla własnej korzyści rzucili wyzwanie systemowi i zginęli w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Jesse James zginął od kuli należącej do członka jego własnej bandy w 1881 roku w wieku 34 lat, pozostawiając za sobą archetyp niepokornego, romantycznego buntownika, którego historię raz po raz od blisko półtora wieku snują i zmieniają niezliczone ludowe przyśpiewki, groszowe powieści, opowiadania, opracowania historyczne i filmy. Wobec natłoku interpretacji wynoszących bandytę do statusu amerykańskiego Robin Hooda, opatrzone ironicznym tytułem „Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” stanowi nie tylko rozliczenie z mitem Dzikiego Zachodu i jego legendarnego anty-bohatera, ale przede wszystkim – funkcjonuje znacznie szerzej, jako komentarz na temat historii westernu i krwawej historii Ameryki, jej bożków, jej kłamstw i fikcji.

Będąc ekranizacją powieści Rona Hansena „Zabójstwo...” skupia się na skomplikowanej i tragicznej w skutkach relacji dwóch słynnych postaci Dzikiego Zachodu – jednej powszechnie kochanej, a drugiej powszechnie znienawidzonej. Zafascynowany Jessem Jamesem, dwudziestoletni Robert Ford (Affleck) bierze udział w ostatnim napadzie zorganizowanym przez słynnego bandytę, a w następstwie – usiłując nie zmarnować wyczekiwanej okazji – robi wszystko, by zbliżyć się do niego i przypodobać. Gdy urzeczywistnienie mitu staje się zaledwie człowiekiem, co więcej – człowiekiem, który ochoczo kwituje swoje najsłynniejsze przygody i osiągnięcia mianem „gówno prawdy”, toczonym depresją i spiralizującą paranoją, dotknięta zawodem obsesja Forda szybko staje się zalążkiem przyszłej, nieuniknionej zdrady, która zwieńczy historię Jessego Jamesa i unieśmiertelni ją dla przyszłych pokoleń.

2ee3532a2514b5ff2541d4d44477a035.jpg

„Zabójstwo...” powstawało od 2004 roku pod patronatem producentów Brada Pitta i Ridleya Scotta. Film, opisywany przez reżysera Andrew Dominika jako „kontemplacja na temat sławy i niesławy” w stylu dzieł Terrence'a Malicka, spotkał się z niechęcią ze strony zaangażowanego do projektu studia Warner Bros., mimo pozornego braku ingerencji na etapie produkcji. Silne naciski w fazie montażu filmu niemalże przyczyniły się do powstania obrazu o zupełnie innym kształcie i wydźwięku – skróconego i nastawionego w szczególności na sceny akcji. Dopiero wpływ Brada Pitta pozwolił na zmontowanie „Zabójstwa...” wedle pierwotnej wizji Dominika i – jak sam reżyser stwierdził w wywiadach po premierze – to właśnie dzięki niemu film „w ogóle ujrzał światło dzienne”. Ku niezadowoleniu włodarzy Warner Bros. (zwłaszcza w obliczu dalekiego od idealnego wyniku finansowego), „Zabójstwo...” stało się trwającym blisko trzy godziny, obfitym w napięcie zakorzenione nie w akcji, a w rozwoju i (de)ewolucji bohaterów, obfitym w symbolizm poematem – tak głębokim i przejmującym, jak oryginalnym. Dość będzie powiedzieć, że narracja „Zabójstwa...” rysuje wyraźną dystynkcję między popularnymi wzorcami gatunku a preferowanym przez siebie tropem surowego anty-westernu. Rozróżnienie tego rodzaju następuje wyraźnie podczas otwierającej film sekwencji napadu na pociąg. Roger Deakins, operator niemal wszystkich filmów braci Coen, niedawno nagrodzony Oscarem za pracę przy „Blade Runner 2049”, nadaje scenie dwa bardzo odmienne charaktery. W pierwszej kolejności, zabiegi wykorzystujące jedynie oświetlenie pochodzące z lampionów niesionych przez bohaterów i lampy zamontowanej na przedzie pociągu, pozwalają Deakinsowi na uzyskanie niezwykle posępnej, a jednocześnie podniosłej w odniesieniu do legend o Jessem Jamesie atmosfery. Rysująca się we mgle i niemal jednolitej ciemności nocy sylwetka wyjętego spod prawa banity podkreśla i celebruje idealistyczny język narracji i kulturowe wyobrażenie o nieoficjalnych bohaterach epoki. A jednak, gdy tylko gasną iskry hamującego pociągu, piękna wizytówka legendy Zachodu staje się sceną brutalną i chaotycznie nakręconą, a jednocześnie całkowicie wyjałowioną z poszlak romantyzmu i wzniosłej estetyki.

5cf7e964defb7ec18fbce2110e959ac4.jpg

Wizualnych zabiegów, mających na celu oddanie poczucia błędnej percepcji względem i postaci Brada Pitta (w najlepszej roli kariery) i historii młodej Ameryki w ogóle, jest w „Zabójstwie Jesse'ego Jamesa...” z resztą znacznie więcej. Sztandarowym przykładem jest zastosowanie efektu zniekształcenia, na podobieństwo zamazanej na brzegach winiety, uzyskanego poprzez nałożonenie starego szerokokątnego obiektywu na kilka kamer, a sugerującego oddzielenie popularnego wyobrażenia od eksplorowanej w filmie znacznie tragiczniejszej rzeczywistości. Zabieg tego rodzaju towarzyszy kadrom otwierającym każdy kolejny rozdział obrazu Dominika. Zdjęcia, jakkolwiek (słowami Deakinsa) stronią od nostalgii, próbują możliwie najrealistyczniej i sugestywniej oddać wygląd Dzikiego Zachodu. Inspiracją dla zastosowanej palety brązu i czerni stały się stare fotografie oraz malarska, socjorealistyczna twórczość Andrew Wyetha. „Jesse błądzi wśród prochów swego życia” – mówił o „Zabójstwie...” reżyser. „Chcieliśmy więc utrzymać swego rodzaju „jesienny” wygląd, trochę jak jeden długi pogrzeb”. Podobnymi skojarzeniami zdaje się wybrzmiewać ścieżka dźwiękowa Nicka Cave'a i Warrena Ellisa – melancholijna coda do historii, której nigdy nie było. Jakkolwiek przepiękna oprawa filmu, największym atutem jest właśnie wizja Andrew Dominika, praca Afflecka i genialnego Pitta. Wiele mówi się o tym, że Affleck dostąpił aktorskiego panteonu przy okazji „Manchester by the Sea”. Prawdą jest, że stało się to wiele lat wcześniej, właśnie gdy wcielił się w tragiczną postać Boba Forda.

Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” to wizualne i reżyserskie arcydzieło rewizjonistycznego westernu, które niestety – zupełnie jak postać drugiego z tytułowych bohaterów – nigdy nie zostało należycie docenione. Ponadto, co w obliczu tragicznej historii wydaje się nieco pozytywniejsze, dzięki filmowi Dominika po ponad stu latach historia Jessego Jamesa, tak przecież za życia wzgardzającego pulpowymi opowieściami na swój temat, zyskuje wymiar ludzki, umożliwiając wrażliwej i udręczonej legendzie, pokonanej ostatecznie przez ciężar własnej sławy, odnalezienie spokoju.

d062777211432b5e50fd57365d90cc3d.jpg

Polskiego wydania DVD w standardowym, plastikowym opakowaniu film doczekał się w 2008 roku za sprawą dystrybutora Galapagos. Na rynku dostępne było także wydanie w booklecie w ramach Wielkiej Kolekcji Westernów (tom 9), ale do dzisiaj „Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” nie otrzymało na naszym rynku żadnego wydania na niebieskim krążku. Oczywiście na edycję Blu-ray nietrudno natknąć się na zagranicznych rynkach, ale niestety dla polskich widzów w żadnej z nich nie znajdziemy nawet polskich napisów.

56fe808a1f8c5.jpg

źródło: zdj. Warner Bros. / Galapagos