NOSTALGICZNA NIEDZIELA #88: „Terminator 3: Bunt maszyn”

W Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne, często pomijane produkcje kinowe i telewizyjne... Cóż, w przeciwieństwie do mojego redakcyjnego kolegi z reguły nie sięgałem w tym cyklu po pozycje XXI-wieczne, ale że w naszych kinach pojawił się właśnie kolejny „Terminator”, który uzurpuje sobie prawa do bycia uważanym za jedyny słuszny trzeci film serii, wypadało przypomnieć o filmie, któremu ten tytuł rzeczywiście się należy.

W roku 1994, na chwilę przed tym, gdy zawitał u mnie w domu magnetowid, trafiłem w osiedlowej wypożyczalni na kasetę z „Terminatorem 2” (zaopatrzonym wtedy w podtytuł „Ostateczna rozgrywka”). Moja wiedza o serii ograniczała się wtedy jedynie do dość mglistego pojęcia, o co chodziło w pierwszej części, i faktu, że Arnold wciela się tam w tego złego. Z braku własnego sprzętu film obejrzeliśmy z bratem u sąsiada i dosłownie wbiło nas w fotele, a sam fakt, że Arnie okazuje się być tym dobrym, stanowił dla nas sporą niespodziankę. Ach, chciałoby się powiedzieć: gdzie te czasy, gdy zasiadało się przed telewizorem, nie wiedząc kompletnie nic o fabule filmu, który się ogląda... Tak czy inaczej, „Terminator 2” opętał nas do tego stopnia, że wypożyczaliśmy go raz po raz i przeżywali wciąż na nowo. W końcu zapytaliśmy w wypożyczalni, czy aby nie dałoby rady odkupić tej kasety na własność. Ku naszej radości plan się powiódł i obiekt naszego uwielbienia skończył w domowej videotece – trzymam go do dziś jako pamiątkę tamtych czasów. Jako że to jednak nie „Ostateczna rozgrywka” jest tematem tego artykułu, wypadałoby przejść w końcu do sedna. Dziewięć lat później stało się coś, czego się wtedy nie spodziewałem, zważywszy na to, jak drugi Terminator się kończył. Oto do kin weszła część trzecia, a że w 2003 roku wciąż jeszcze nie miałem dostępu do Internetu, mogłem obejrzeć kontynuację jednego z moich ulubionych filmów, nie wiedząc praktycznie nic o tym, co mnie czeka. Jakie wrażenia? O tym za chwilę, ale już teraz zaznaczę, że rozczarowania nie było.

Niedługo po premierze części drugiej producentka Gale Anne Hurd stwierdziła, że jej zdaniem „Terminator” powinien przeistoczyć się w dłuższą serię. Sukces „Dnia sądu” (od tej pory wrócę do aktualnie obowiązującego tłumaczenia podtytułu „Terminatora 2”) jak najbardziej temu sprzyjał. Niestety bankructwo wytwórni Carolco w 1995 roku (w czym miał spory udział film Renny'ego Harlina „Wyspa piratów”) znacząco skomplikowało sprawę. W roku 1996 Cameron wrócił do serii, realizując „Terminator 2 3D: Battle Across Time”, w którym pojawili się odtwórcy ról głównych z „T2”, by następnie zająć się „Titanikiem”, co ponownie odsunęło w czasie możliwość zaangażowania się w produkcję trzeciego „Terminatora”. W tym czasie trwały negocjacje w tej sprawie ze studiem Fox, a powrotem do swych ról zainteresowani byli zarówno Linda Hamilton, jak i Arnold Schwarzenegger. Kwestia rozbiła się jednak, jak to zwykle bywa, o pieniądze, gdyż Fox zamierzał zrealizować film w oparciu o budżet nieprzekraczający 100 mln dolarów, co – biorąc pod uwagę przewidywaną gażę Schwarzeneggera w wysokości 25 milionów – stawiało pod dużym znakiem zapytania sens całego przedsięwzięcia. W końcu zainteresowanie prawami do marki wyrazili producenci części drugiej, Mario Kassar i Andrew Vajna. Wysunęli oni ofertę kupna (stanęło na kwocie 8 mln dolarów) bez wcześniejszego porozumienia z Cameronem, co doprowadziło ostatecznie do jego wycofania się z udziału w projekcie. Taki stan rzeczy okazał się zniechęcający również dla Arnolda, który początkowo nie chciał się angażować w produkcję bez udziału twórcy poprzednich części. W związku z tym próbował przekonać Camerona do powrotu, ten jednak doszedł do wniosku, że w dwóch pierwszych filmach powiedział już wszystko, co było do powiedzenia. Wysiłki Arnolda spełzły więc na niczym, sam został jednak zachęcony przez „Króla świata” do przyjęcia roli w trzecim filmie (zwłaszcza jeśli miano by mu za to dobrze zapłacić). Kassar i Vajna już po zakupie praw złożyli Cameronowi ofertę objęcia posady reżysera, lecz ten ostatecznie odmówił. W jego miejsce rozważano różne kandydatury (ponoć na liście nazwisk znaleźli się Ang Lee, Roland Emmerich i Ridley Scott), ale ostatecznie na reżyserskim stołku zasiadł Jonathan Mostow („U-571”). Budżet filmu osiągnął ostatecznie sumę 187 milionów dolarów. Prócz Schwarzeneggera do roli powrócił tylko odtwórca roli Dr. Silbermana, Earl Boen (który zaliczył tu jedynie cameo). Linda Hamilton otrzymała ponoć ofertę, którą odrzuciła. Do roli antagonisty, terminatora w kobiecej postaci, rozważano Famke Janssen oraz zapaśniczkę Chynę (która zamiast do „Terminatora” załapała się później do branży porno). Ostatecznie rola trafiła do znanej z serialu „Mortal Kombat: Conquest” Kristanny Loken. Do roli Johna Connora nie wrócił Edward Furlong (któremu przeszkodziły w tym problemy z narkotykami), zastąpił go Nick Stahl. Partnerowała mu Claire Danes, która już po rozpoczęciu zdjęć zastąpiła Sophię Bush, choć od początku była faworytką reżysera do objęcia roli Kate Brewster.

Jak się przedstawiała fabuła? Obeszło się bez większych rewolucji. Jak się okazało, działania bohaterów w „Dniu sądu” zamiast zapobiec nuklearnej zagładzie i wojnie z maszynami, jedynie ją opóźniły, a przeznaczenie Johna Connora jako wodza, który poprowadzi ludzkość do zwycięstwa, tak czy inaczej, miało się wypełnić. Sam bohater jednak o tym nie wiedział, prowadził więc dość bezcelowy żywot włóczęgi bez tożsamości, żyjąc w ciągłym strachu i ukrywając się w obawie przed nieznaną przyszłością. Taki stan rzeczy trwał do chwili, gdy jednej nocy napotkał na swej drodze znajomą ze szkolnych czasów oraz kolejne przysłane z przyszłości maszyny: morderczą T-X i znajomo wyglądającego T-850. Od tego momentu zaczyna się nieustająca walka o przetrwanie i wyścig z czasem, okazuje się bowiem, że opóźniony dzień sądu czai się tuż za rogiem i nie zostało wiele czasu, by go powstrzymać. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że nie tylko John jest istotny dla przyszłych wydarzeń, ale i jego dawna szkolna koleżanka, Kate. Fabuła w dużej mierze przypomina tę z poprzedniego filmu, ale powiedzmy sobie szczerze – to w tej serii norma (tylko „Ocalenie” próbowało odejść od schematu, ale sukcesu na tym polu nie odniosło). Już drugi „Terminator” posiadał niemal identyczny szkielet fabularny, co część pierwsza, a nawiązań do niej i powtórzonych motywów miał tyle, że lepiej się nad tym zbyt długo nie zastanawiać, bo można dojść do wniosku, że to remake udający sequel. Tym razem jest podobnie. Film podąża też w kierunku wyznaczonym przez poprzednika pod względem tonu – o ile część pierwsza była zdecydowanie najmroczniejsza i ponura, dwójka oferowała nieco luzu i humoru, tak tutaj mamy kolejny krok w tym kierunku. Jednak elementy humorystyczne i autoparodystyczne są na tyle stonowane (i miejscami autentycznie zabawne), że nigdy nie przeszkadzały mi w odbiorze, choć zdaję sobie sprawę, że wielu widzów ma na ten temat odmienne zdanie.

Problematyczny dla wielu okazuje się nowy John Connor, który zdaje się mieć niewiele wspólnego z samym sobą z poprzedniego filmu. Brakuje mu tego pazura, zadziorności, charakteru, jakim charakteryzował się bohater odtwarzany przez Furlonga – z drugiej jednak strony należy pamiętać o tym, jaką drogę przeszła ta postać i jak odmienne stało się jej życie względem własnych oczekiwań. Trzeba jednak przyznać, że kreacja Stahla, jak również sposób przedstawienia Johna Connora od strony scenopisarskiej może budzić zastrzeżenia i stanowi jeden z problemów trzeciego „Terminatora”. Lepiej wypada za to jego ekranowa partnerka, z której postacią wiąże się pewien fabularny twist. Również odtwórcy maszyn z przyszłości trzymają fason, choć niektóre sytuacje i zachowania postaci Schwarzeneggera nie każdemu przypadną do gustu (nawet jeśli nawiązują do tego, co robił w poprzednim filmie). Nie mam za to żadnych zastrzeżeń do Kristanny Loken, która odnajduje się dobrze w roli zimnej, mechanicznej morderczyni. Film ma kilka dobrych scen akcji (szczególnie zapada w pamięć pościg z udziałem dźwigu), w dużej większości udane efekty specjalne (za które odpowiadało Industrial Light & Magic, a także nieodżałowanej pamięci Stan Winston) i niezłą muzykę (na stanowisku kompozytora Brada Fiedela zastąpił Marco Beltrami), szkoda tylko, że klasyczny motyw główny pojawia się wyłącznie na napisach końcowych. Jednak największym jego plusem pozostaje dość zaskakujące, a zarazem satysfakcjonujące zakończenie, które mogłoby z powodzeniem służyć za zamknięcie całej serii. Czymś takim nie mógł się pochwalić żaden z kolejnych kinowych „Terminatorów”, które serwowały rozwiązania niepotrzebnie przekombinowane lub zwyczajnie wtórne i nieciekawe.

Podsumowując: mam dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że film z pewnością nie dotrzymuje kroku poprzednikom. Należy jednak wziąć pod uwagę, jacy to byli poprzednicy – ścisła czołówka kina science fiction, z którą do dzisiaj mało co może się równać. Trudno oczekiwać utrzymania takiego poziomu. Dochodzimy w tym momencie do wiadomości dobrej – z pewnością wielu się ze mną nie zgodzi, ale czy to po wyjściu z kina w 2003 roku, czy to po każdym z co najmniej dziesięciu kolejnych seansów tego filmu, byłem usatysfakcjonowany tym, co zobaczyłem, w związku z czym stwierdzam, co następuje: „Bunt maszyn” to udana kontynuacja i godne zamknięcie trylogii, któremu żaden kolejny „Terminator” dorównać nie był w stanie. Tegoroczne „Mroczne przeznaczenie”, którego jeszcze nie widziałem (ale i nie mam na to większej ochoty, zważywszy na wszystko, czego zdążyłem się o filmie dowiedzieć), nie ma najmniejszych szans zastąpić „Buntu maszyn” w moim prywatnym kanonie. Bez względu na stanowisko Jamesa Camerona, film Jonathana Mostowa na zawsze pozostanie dla mnie jedynym słusznym „Terminatorem 3”. I kropka.

Jeśli chodzi o wydania na nośnikach fizycznych, to film wydano u nas w formie dwupłytowego i jednopłytowego wydania DVD (z niezłą jak na ograniczone możliwości tego nośnika jakością obrazu) oraz Blu-ray, zaopatrzonych w napisy i lektora (Maciej Gudowski).

źródło: zdj. Columbia TriStar Film Distributors / Imperial Cine Pix