Superbohaterowie Marvela: Kapitan Marvel - recenzja komiksu

W dziesiątym tomie kolekcji Superbohaterowie Marvela poznaliśmy kolejne przygody Kapitana Marvela. Jak wypadł album z kosmicznymi perypetiami herosa? Zapraszamy do lektury recenzji

Polski czytelnik miał już okazję zapoznać się z postacią Kapitana Marvela w jego najsłynniejszej historii Życie i Śmierć Kapitana Marvela, która ukazała się w 77. i 81. tomie Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Była to przełomowa opowieść  autorstwa Jima Starlina, która na zawsze zapisała się w dziejach amerykańskiego wydawnictwa. Kolejnym ważnym etapem w historii Kapitana była Wojna Kree ze Skrullami, którą poznaliśmy w 107. tomie wspomnianej wcześniej kolekcji. Tym razem w dziesiątym tomie Superbohaterów Marvela dane nam jest poznać wcześniejsze losy wojownika Kree, ale czy warto?

Nie będę trzymał Was w niepewności oraz niepotrzebnie podtrzymywał nadzieję na dobry komiks i odpowiem już teraz - nie warto i to pod żadnym względem. Niestety historie zawarte w tym albumie, jak mało które z tych wydanych w Polsce, mają wszystkie cechy typowych ramotek z lat 60. i 70. Zacznijmy jednak od ośmiu zeszytów z regularnej serii Capitan Marvel, które ukazały się na przełomie roku 1969 i 1970. Za scenariusz pierwszych pięciu zeszytów odpowiadał Roy Thomas, a pieczę nad rysunkami sprawował Gil Kane. Głównego bohatera zastajemy uwięzionego w strefie negatywnej, do której trafił w wyniku wydarzeń z poprzednich numerów. W tym samym czasie Rick Jones opuszcza szeregi Avengers i chce odnaleźć swoje prawdziwe powołanie. Już w tym momencie zaczyna się pierwszy zgrzyt scenariuszowy, bo los dwójki wspomnianych bohaterów zostaje połączony w sposób wręcz infantylny, bez jakiegokolwiek pomysłu i logicznego splotu wydarzeń. Scenarzysta chciał połączyć Marvela z nastolatkiem, aby upodobnić go do Shazama z konkurencyjnego wydawnictwa, który również nosił kiedyś przydomek Kapitana Marvela, ale nie wysilił się na jakikolwiek ciekawy zabieg scenariuszowy pozostawiając los bohaterów przypadkowi. Kiedy herosi zostaną już połączeni, a Rick Jones będzie mógł zamieniać się miejscami z Kapitanem Marvelem poprzez uderzenie w magiczne obręcze, wpadniemy w scenariuszowe schematy wyjęte prosto z lat sześćdziesiątych. Fabuła skupia się na zemście głównego bohatera, który chce pomścić śmierć swojej ukochanej, za którą stoi odwieczny arcywróg Yon-Rogg. Oczywiście ten przy okazji planuje zapanować nad całym wszechświatem za pomocą potężnej maszyny Psycho-magnitronu! Do kompletu dołączona zostaje dama w opałach i możemy zaczynać pozbawioną składu oraz logiki scenariuszową papkę.

sbm_t10_plansza_2.jpg

Dialogi walczących ze sobą postaci przepełnione są pustymi frazesami, no i oczywiście wygłaszaniem na głos swoich planów, tak aby przypadkiem nie zaskoczyć przeciwnika. Po pokonaniu swojego wroga Kapitan Marvel wraca do strefy negatywnej, a cała uwaga skupia się na postaci Ricka Jones'a. Nie jest on jednak postacią ciekawszą od bezprawnego Mar-Vella i pełni jedynie rolę nastoletniego alter-ego dawnego wojownika Kree. Rozterki odrzuconego młodzieńca, który nie może znaleźć swojego miejsca na świecie, powinny teoretycznie zainteresować czytelnika, ale jego butny charakterek, połączony z idiotycznymi decyzjami, które mają doprowadzić do kolejnej potyczki z makiawelicznym złoczyńcą, skutecznie odpychają nas od Ricka i szybko wywołują chęć powrotu do odrobinę mniej irytującego Mar-Vella. Jeśli mowa już o idiotycznych decyzjach młodego kompana Kapitana, to w zeszycie dziewiętnastym postanawia on podjąć pracę i zakwaterowanie u szalonego naukowca, który przyjmuje go do swojego apartamentu i nie bardzo chce rozmawiać o obowiązkach, jakie miałby wykonywać młodzieniec. Przyznam, że wtedy już na poważnie miałem ochotę rzucić tym cholerstwem w kąt i nigdy do niego nie wracać (wspomnianą scenkę możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej).

Jak się okazało, szybko zacząłem żałować, że tego nie zrobiłem. Po pokonaniu kolejnego szalonego łotra dwójka połączonych ze sobą bohaterów postanawia w końcu zerwać jakoś swoją międzygalaktyczną więź, a jedynym naukowcem, który może im pomóc jest Bruce Baner znany szerzej jako Hulk. Jak można się spodziewać, współpraca z niestabilnym psychicznie naukowcem nie mogła skończyć się dobrze, więc na końcu zeszytu bohaterowie wracają do punktu wyjścia i co gorsza fabuła zostaje urwana, ponieważ seria została w tym momencie zawieszona na ponad dwa lata. Szczerze powiedziawszy niespecjalnie mnie to dziwi. Po przerwie, w dwudziestym drugim zeszycie zaczynamy więc od bardzo krótkiego i zdawkowego streszczenia Wojny Kree ze Skrullami, w której Mar-Vell miał dość istotny udział oraz przypomnienia czytelnikowi, jak doszło do połączenia Kapitana Marvela z Rickiem Jonesem. Mimo, że rolę scenarzysty przejął w tym momencie Gerry Conway, to nie spodziewajcie się jakichkolwiek zmian. Znowu mamy do czynienia z przypadkowym superzłoczyńcą, nudnymi perypetiami Ricka i standardową walką na końcu, która doprawadza niemal do śmierci głównego bohatera. Po tak kiepskich zeszytach żywiłem odrobinę nadziei na przełamanie złej passy w ostatnich dwóch numerach z serii Marvel Spotlight. Niestety ponownie się zawiodłem. Jakkolwiek rysunki w tej krótkiej historii stoją na wyższym poziomie, tak poziom fabuły jest niemal identyczny. Bohaterowie trafiają na Tytana, gdzie muszą stawić czoła samoświadomej maszynie o nazwie Issak, powołanej do życia przez Thanosa. Historia ponownie przeładowana jest dziurami scenariuszowymi, brakiem logiki i naiwnością złoczyńcy. Od początku możemy bez najmniejszej trudności przewidzieć, jak to wszystko się skończy.

sbm_t10_plansza_1.jpg

Podsumowanie

Muszę z przykrością stwierdzić, że dziesiąty tom kolekcji Superbohaterowie Marvela z przygodami Kapitana Marvela jest jednym z najgorszych komiksów, jakie dane było mi przeczytać w ostatnim czasie. Nosi on wszystkie z możliwych cech, jakie charakteryzują ten niechlubny okres z historii komiksu i trudno mi sobie wyobrazić, aby ktokolwiek mógł czerpać przyjemność z jego lektury. Na koniec warto wspomnieć w kilku słowach o rysunkach. Tak, jak nadmieniłem już wcześniej, prace rysownika w ostatnich dwóch zeszytach tomu są odrobinę lepsze i przede wszystkim ciekawsze od prac Gila Kane'a, który miał czasami problemy z uchwyceniem rzeczywistej anatomii bohaterów. Ponadto jego rysunki nie wyróżniały się absolutnie niczym na tle innych rysowników z tego okresu. Jeśli nie znacie jeszcze przygód Kapitana Marvela zdecydowanie lepszym rozwiązaniem na poznanie tego bohatera będzie komiks Życie i Śmierć Kapitana Marvela. Zaczynając od tego tomu możecie jedynie zrazić się do tej postaci i to bardzo wyraźnie. Jeśli natomiast czytaliście już wspomnianą wyżej powieść graficzną, to siegając po ten tom nie dowiecie się zbyt wiele nowego o postaci Mar-Vella, nie poszerzy ona waszych horyzontów, a jedynie niewyobrażalnie znudzi i doprowadzi do złości. Wątek rozdzielenia kosmicznego bohatera z młodym Rickiem zostaje urwany i rozwiązany poza kadrami zeszytów obecnych w tym tomie, a na dodatek postać głównego bohatera zupełnie nie rozwija się przez te dziesięć zeszytów! Możecie sięgnąć po ten tom tylko wtedy, jeśli macie bardzo duży margines wyrozumiałości dla takich historii.

Oceny końcowe

1
Scenariusz
3
Rysunki
4
Tłumaczenie
+4
Wydanie
4
Przystępność*
3
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność - stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

sbm_t10_okladka.jpg

W albumie znalazły się zeszyty: Captain Marvel Vol. 1 #17-23 pierwotnie publikowane od sierpnia 1969 roku do września 1972 roku oraz Marvel Spotlight Vol. 2 #1-2 pierwotnie opublikowane od maja do czerwca 1979 roku.

Szczegółowe zdjęcia komiksu Superbohaterowie Marvela: Kapitan Marvel znajdziecie w naszej prezentacji.

Specyfikacja

Scenariusz

Roy Thomas, Gerry Conway, Marv Wolfman (główna historia), Doug Moench (zeszyty archiwalne).

Rysunki

Gil Kane, John Buscema, John Romita, Wayne Boring (główna historia), Pat Broderick (zeszyty archiwalne).

Przekład

Mateusz Jankowski

Korekta

Jakub "qba" Jankowski, Agata Ostrowska

Korekta merytoryczna

Sebastian Smolarek

Oprawa

twarda

Liczba stron

192

Druk

Kolor

źródło: Marvel / Hachette