„Watchmen” – spoilerowe omówienie trzeciego odcinka

Wczoraj na HBO GO zadebiutował trzeci odcinek serialu „Watchmen”. Po naszej ostatniej recenzji dwóch pierwszych epizodów dzisiaj mamy dla Was omówienie najnowszej odsłony produkcji osadzonej w świecie z komiksu Alana Moore'a.

Lindelof lubi żarty. Narracja jego „Watchmen” od pierwszego odcinka operuje w niebezpiecznie wąskiej przestrzeni, sytuującej się gdzieś pomiędzy łechtaniem oczekiwań najgorliwszych fanów (podchodzących do komiksowego pierwowzoru z sakralnym namaszczeniem) a autorską swadą, z odpowiednim dystansem przeszczepiającą język powieści graficznej Moore'a na potrzeby dzisiejszych odbiorców. Nieprzypadkowo jest to ta sama przestrzeń, w której zagubiły się nieodżałowane prequelowe komiksy z serii „Before Watchmen” oraz ekranizacja Snydera. Lindelof wie doskonale, że nadmiernie kultywując materiał źródłowy skazuje swoją reinterpretację na natychmiastową wtórność. Konsekwentnie, do tej pory artysta posługiwał się dziedzictwem „Watchmen” bardzo oszczędnie. Trzecia godzina jest pod tym względem zupełnie inna, bo obfitsza w intertekstualne odwołania i zachęcająca do odczytywania przez literacki pryzmat. Szczęśliwie na straży autonomiczności kontynuacji stoi niegrzeczna wellesowa różyczka. Zawartość tajemniczego nesesera – absurdalnie wielki niebieski wibrator – ironicznie przypomina odbiorcom, że choć „Strażnicy” A.D. 2019 należą do tej samej, organicznie przedłużonej narracji, to po latach nie ma tu mowy o wzniosłości czy emblematycznej podrzędności. W sercu, „Watchmen” to wciąż pełna realnych konsekwencji opowieść o zwykłych ludziach i twarzach, które zakładają.

Komedia bije tragedię

Najnowszy odcinek nie rozwija zeszłotygodniowego what the fuck, które po zakończeniu „Martial Feats of Comanche Horsemanship” zawisło w fabularnej próżni. Zamiast tego trzecia godzina wstrzymuje rozwój pierwszoplanowej intrygi i oblepia uwagę widzów wokół jednej z klasycznych postaci komiksu. Tytuł odcinka: „She Was Killed by Space Junk” ma w kontekście powrotu Laurie Juspeczyk vel Laurie Blake kilka znaczeń (z których przynajmniej jedno, to najbardziej niewybredne, odnosi się do wspomnianej wcześniej zawartości srebrnego nesesera). Pierwsze, najbardziej oczywiste, wiąże się z użytą w odcinku piosenką post-punkowej kapeli Devo. Drugie, zainscenizowane przez fantastyczną Jean Smart, rezonuje metaforycznie wewnątrz postaci, którą Lindelof stawia pod szkłem powiększającym, a kolejne etapy psychoanalizy wyznacza rozbudowany, nihilistyczny dowcip. W nieustannie rozwijanym świecie „Watchmen” osobliwe quasi-budki telefoniczne czy też quasi-konfesjonały umożliwiają jednostronny kontakt z wyższą instancją – obojętnym (czy na pewno?) bogiem z Marsa. W rękach reżysera Stephena Williamsa rozmowa Laurie z Doktorem Manhattanem staje się przede wszystkim okazją do wyważonej ekspozycji, zaś punchline żartu – dowodem na egzystencjalną pustkę, którą pozostawiły w bohaterce wydarzenia sprzed trzydziestu lat. Nieprzypadkowo zakończenie monologu powtarza niemal słowo w słowo fragment komiksu, w którym to nad grobem Komedianta wygłosił je Rorschach. A jednak, ku zaskoczeniu agentki Blake, prawdziwy punchline następuje dopiero po opuszczeniu Niebieskiej Budki (swoją drogą – pochwalmy znakomity design stojący za produkcją, każdy odcinek ujawnia kolejny fascynujący skrawek alternatywnej rzeczywistości, ale kosmiczne konfesjonały należą do moich ulubionych, ex aequo z deszczem kałamarnic). Wciąż nie wiemy, jak w szerszą historię wpisuje się Manhattan, choć zrzucony samochód zdaje się jasno sugerować, że jego udział nie ogranicza się do konstruowania zamków na Marsie. Zwłaszcza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że ów samochód to ten sam, który zniknął z podjazdu Angeli Abar w zwieńczeniu ostatniego odcinka.

Co gryzie Adriana Veidta?

W porównaniu do poprzednich dwóch godzin, które umyślnie prowokowały poczucie fabularnego zagubienia, trzeci odcinek podrzuca nam nieco więcej wskazówek co do losu Ozymandiasza. W istocie, poszlak mamy już na tyle dużo, że możemy skonstruować tymczasową wersję wydarzeń. Po pierwsze, wątek Veidta nie biegnie równolegle z wydarzeniami w Tulsie – upływ czasu mierzą torty urodzinowe, które co rusz podają Adrianowi jego sklonowani służący. Do tej pory więc każdą przedziwną wizytę w rezydencji dzieli rok. Po drugie, jak informuje w pewnym momencie Petey – na Ziemi Veidt został oficjalnie uznany za zmarłego. „Na Ziemi”, ponieważ jestem niemal pewien, że wątek narcystycznego geniusza-ludobójcy albo „najmądrzejszego człowieka świata” dzieje się na Marsie. Wszystko wskazuje, że Veidt usiłuje uciec z więzienia zbudowanego przez Doktora Manhattana – stąd granice oznaczone pirackimi flagami zaczerpniętymi wprost z komiksu oraz tajemniczy Gajowy, który strzeże, by te granice były respektowane. Co więcej, jeśli uważnie obserwowaliście premierę serialu, to z pewnością zauważyliście, że zamek, który ten konstruował na czerwonej planecie, wygląda bliźniaczo do samotni Ozymandiasza.

„Dziennik Rorschacha”

Wątek dziedzictwa Rorschacha to jeden z najciekawszych punktów zapalnych serialu, a zarazem jeden ze ścisłych powodów, dla których portale agregujące oceny użytkowników notują dla „Watchmen” Lindelofa fatalne wyniki. Przy okazji omówienia trzeciego odcinka warto więc obalić nienajmądrzejszy pogląd, jakoby seria tę kultową postać rujnowała. Z wielokrotnej lektury komiksu wyciągnąłem tyle, że Rorschach (mój ulubiony zresztą antybohater) to niejednoznaczny facet. Z jednej strony, good guy dotknięty paskudnym dzieciństwem, tuzinem traum i nieszczęść, a z drugiej, psychopatyczny hipokryta. U Lindelofa jego dziennik wpadł w ręce ultraprawicowego brukowca, który parę lat później sprzedał go społeczeństwu jako ni mniej, ni więcej, a neonazistowski manifest. Porównanie do ideologii nazistów nie jest tu bynajmniej przypadkowe, zwłaszcza jeżeli przyjrzymy się widocznej kilkukrotnie w trzecim odcinku okładce opublikowanego dziennika. Krótko po śmierci Friedriecha Nietzschego, Hitler rozpoczął systematyczne przepisywanie i wzbogacanie pozostawionej przez filozofa twórczości, by dopasować ją do własnej, antysemickiej i rasistowskiej narracji. I choć z Rorschacha nie jest żaden Nietzsche – Kovacs to wszak socjopata, moralny absolutysta, homofob i radykalny konserwatysta – to warto powiedzieć, że poczynania Siódmej Kawalerii nie odzwierciedlają jego poglądów, a wpisują się w nurt subiektywnej interpretacji historii, będącej przecież istotnym motywem serialu. Pozostałości po postaci i tym, co reprezentowała, warto więc poszukiwać w postaci Looking Glassa oraz Sister Night – osobowość Rorschacha jest w istocie rozsiana po narracji, a odszyfrowywanie poszczególnych tropów sprawia bodaj największą przyjemność z obcowania z serialem.

źródło: zdj. HBO