Zimna wojna - recenzja filmu

A więc stało się! Werdykt nie mógł być inny. Po zagranicznym sukcesie canneńskim i wyjątkowo ciepłym przyjęciu filmu przez polską widownię podczas czerwcowej premiery, Złote Lwy z 43. edycji gdyńskiego festiwalu zdobywa Zimna wojna. Z tej okazji mamy dla Was naszą recenzję najnowszego filmu Pawła Pawlikowskiego. Miłej lektury.

W 2013 roku reżyser również opuścił Trójmiasto z tymże wyróżnieniem, po czym rok później gratulowano mu już z Oscara. Wygląda na to, że szanse, aby ten scenariusz się powtórzył są dość spore, jednak na chwilę obecną zostańmy myślami w Polsce i cieszmy się stanem rodzimej kinematografii. Zerkając na zestawienie zwycięzców festiwalu z ostatnich lat, możemy z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Ku przeszłości zwraca się natomiast ponownie sam Pawlikowski. W Zimnej wojnie raz jeszcze wraca do powojennej Polski, by zajrzeć w niespokojne Polaków serca. Tym razem jednak, skala jego opowieści wykracza poza granice Polski Ludowej, bowiem akcja filmu toczy się w przeciągu 15 lat w różnych miejscach odradzającej się po wojnie Europy. Zaczynamy w wyniszczonej polskiej wsi, gdzie bohaterowie formują ludowy zespół muzyczny „Mazurek” – filmowy odpowiednik „Mazowsza”. Tam też poznajemy dwójkę kochanków – Wiktora (Tomasz Kot), stonowanego, wręcz wyciszonego i wielce utalentowanego kompozytora i Zulę (Joanna Kulig), żywiołową i równie charakterną, jak uzdolnioną młodą dziewczynę, która może poszczycić się wyrokiem w zawiasach za atak na ojca – dziewczyna mówi w pewnym momencie: „Pomylił mnie z matką, to mu pokazałam różnicę nożem”. Burzliwy związek pary rozciągnięty jest na lata 1949-1963, a zakochanych obserwujemy między innymi w szarym i posępnym Berlinie, nietkniętym szponami socjalizmu Paryżu i spowitej słońcem Jugosławii. Zimna wojna, owszem toczy się w tle, ale Pawlikowskiego bardziej interesuje ta, która trwa nieprzerwanie między Wiktorem, a Zulą.

Mimo tego, że film trwa tylko 84 minuty, a narracyjne przeskoki w czasie stosowane są dosyć często, z poszczególnych, niespiesznie prowadzonych z wielką gracją ujęć uzyskujemy jednocześnie ogromny ładunek emocjonalny oraz dokładnie tyle informacji, ile potrzeba, by ze zrozumieniem przejść do następnej sekwencji. Pawlikowski stawia zatem na oszczędność, subtelność przekazu i siłę niedopowiedzenia. Nie mówi wszystkiego wprost, zamiast tego woli zaufać widzowi i jego filmowej intuicji. Przez labirynt emocji swych postaci woli oprowadzać nas wyszukanym stylem wizualnym, którego ogromna siła jest w stanie zastąpić każdą linijkę dialogu. Podobną strategię zastosował przy realizacji Idy, jednak nie ma tutaj mowy o wyczerpaniu formy bądź pretensjonalności. Podobieństwa między jednym, a drugim obrazem uwidaczniają się przede wszystkim w specyficznym kadrowaniu, a także dzięki zastosowaniu czerni i bieli. Sportretowana ponownie w formacie 4:3 Zimna wojna miejscami przypomina zagubiony album zdjęć Bogdana Dziworskiego lub Mariana Schmidta. Oziębły i beznamiętny świat PRL-u, który rozpala w filmie nieokiełznana miłość bohaterów, skonfrontowany zostaje z autorską wizją Pawlikowskiego i wybitnymi osiągnięciami operatorskimi Łukasza Żala. Postaci rzadko kiedy zajmują całą przestrzeń kadru, zamiast tego muszą zadowolić się zaledwie jego skrawkiem, zostawiając przy tym znaczną część czy to ogromnemu portretowi Stalina czy emocjonalnej pustce związanej z niepewnością.

zimna_wojna_fotosy206-min.jpeg

Wielkim sukcesem Zimnej wojny jest przedstawienie uniwersalnej historii przy jednoczesnym pozostaniu wiernym tradycji polskiego folkloru i polskości w ogóle. Pawlikowski, jako doświadczony dokumentalista, z wielkim pietyzmem potraktował nie tylko kulturę ludową regionu wraz z jej elementami śpiewu i tańca, ale też akuratnie odniósł się do stanu polskiego ducha owego czasu. Do zobrazowania różnic w postawach charakteru poszczególnych bohaterów posłużyć może scena, w której minister kultury składa zarządowi zespołu propozycję nie do odrzucenia. Powołując się na rosnącą popularność „Mazurka” oznajmia zgromadzonym, iż grupie brakuje tematyki zbliżonej do programu partii, w tym na przykład treści o... „reformie rolnej”. Irena (Agata Kulesza) reaguje sprzeciwem i obawą o utratę nieskazitelnego charakteru i naturalności wiejskiego ludu. Kaczmarek - partyjniacki karierowicz, grany przez Borysa Szyca na granicy autoironii i szydery, stwierdza jednoznacznie, że „Mazurek” dostosuje się do wskazanych zaleceń. Wiktor z kolei nie decydując się na żaden ruch, oddaje się w ręce losu. Pawlikowski w ten sposób ukazuje odmienność form ulegania panującemu systemowi, a także konsekwencje indywidualnych działań. Postać Ireny z czasem przestaje się w filmie pojawiać, podczas gdy Kaczmarek staje się na tyle wpływowym obywatelem, by móc skrócić czyjś wyrok w obozie pracy.

Pawlikowski zabiera nas w filmie na trwającą kilkanaście lat miłosno-muzyczną odyseję, którą doskonale udaje mu się streścić w niecałe półtorej godziny. Robi to z takim skutkiem, że myśl przewodnia filmu zawarta we fragmencie pieśni ludowej „Dwa serduszka” pozostaje z widzem na bardzo długo. Film może i pozostawia apetyt na więcej, jednak z każdym kolejnym seansem odkrywa się, że w tych pieczołowicie wystylizowanych kadrach, ludowej mądrości zawartej w pieśniach i przede wszystkim w ekspresji filmowych kochanków jest wszystko, czego kiedykolwiek potrzebowaliśmy.  

Ocena 6/6

źródło: Festiwalgdynia.pl / zdj. Amazon Studios