Road to Oscars 2026 – kto zdobędzie nagrody? Omówienie tegorocznych nominacji
W nocy z piętnastego na szesnastego marca w Dolby Theatre w Los Angeles odbędzie się dziewięćdziesiąta ósma ceremonia wręczenia Nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Po raz drugi poprowadzi ją amerykański komik Conan O’Brien. Czego można spodziewać się po gali wręczenia popularnych Oscarów? Serdecznie zapraszam do analizy oraz omówienia tegorocznych nominacji.
Według Gower Street Analytics, 2025 rok zapewnił dochód ze światowego Box Office na poziomie trzydziestu trzech i pół miliarda dolarów, co stanowi 12% wzrost względem 2024. Ponownie ogromnym sukcesem okazały się animacje (pierwsze i drugie miejsce na liście przychodów należy do „Ne Zha 2. W krainie potworów” oraz „Zwierzogrodu 2”, a siódme do „Demon Slayer: Kimetsu no Yaiba Infinity Castle”) oraz ich fabularyzowane wersje („Lilo & Stich” na miejscu czwartym oraz „Jak wytresować smoka” na miejscu ósmym). Z produkcji nominowanych w kategorii najlepszego filmu, w pierwszej dziesiątce uplasował się wyłącznie „F1: Film” (miejsce dziewiąte). Główni faworyci, czyli „Grzesznicy” oraz „Jedna bitwa po drugiej” zajęli odpowiednio miejsce dwudzieste oraz dwudzieste siódme. Polacy najliczniej wybrali się do kina na „Minecraft: Film”, „Dom dobry” oraz „Lilo & Sticha”. „Minecraft: Film” dodatkowo może poszczycić się rekordem otwarcia, gdyż w pierwszym weekendzie wyświetlania zebrał niemal milion widzów i wyprzedził tym samym „Kler”.
Do tegorocznych Oscarów zgłoszono aż 317 filmów, z czego 201 uprawnionych do ubiegania się o statuetkę za najlepszy film. Jest to rok z rekordem ilości wyróżnionych kobiet, a także rok z rekordem nominacji dla jednego filmu. „Grzesznicy” otrzymali ich aż szesnaście i pozostawili w tyle tytuły takie jak „Wszystko o Ewie”, „Titanic”, oraz „La la Land” (po czternaście nominacji). Daje to produkcji nadzieję, by na poważnie myśleć o pozostaniu także najliczniej nagrodzonym filmem w historii. Ten zaszczyt piastują obecnie aż trzy obrazy - „Ben Hur”, „Titanic” oraz „Władca Pierścieni: Powrót Króla”. Zdobyły one po jedenaście Oscarów.
Na kilka miesięcy przed galą (16 listopada 2025) zasłużonego, honorowego Oscara za wkład w rozwój sztuki filmowej oraz rozwój branży otrzymał Tom Cruise.
O to czego należy spodziewać się po poszczególnych kategoriach podczas oscarowej nocy.
Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny
24 lutego 2022 roku Władimir Putin rozpoczął „specjalną operację wojskową”, która do dziś pustoszy terytoria naszego wschodniego sąsiada i codziennie zbiera swoje krwawe żniwo. Agresja Rosji na Ukrainę naturalnie wyzwoliła również głos dokumentalistów, którzy dzielą się ze światem faktami, dotyczącymi funkcjonowania totalitarnego reżimu. Głos ten regularnie wybrzmiewa także podczas oscarowych ceremonii. W 2023 roku Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny zdobył „Nawalny”. W 2024, „20 Dni w Mariupolu”. Jeszcze pod koniec roku zanosiło się, że Mstyslav Chernov po roku przerwy ponownie sięgnie po Oscara. Jego „2000 metrów do Andrijiwki” zostało entuzjastycznie przyjęte w Polsce (trzy nagrody Millenium Docs Against Gravity oraz nagroda publiczności na Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi”), ale co istotniejsze, zdobyło nagrodę w Sundance oraz wyróżnienie Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych. Ostatecznie zaskakująco nie znalazło się w gronie pięciu nominowanych tytułów. Tłumaczyć to można niechęcią członków Sekcji Dokumentalnej do ponownej nominacji uprzednio nagradzanych już twórców za podobne tematycznie dzieła. Innym dokumentem, na który warto zwrócić uwagę jest nad wyraz lekki w narracji „Pan Nikt kontra Putin” (zdobywca nagrody BAFTA za najlepszy dokument), w którym nauczyciel rosyjskiej podstawówki obnaża propagandową machinę autorytarnego kraju. Obawiam się, że triumfatorem zostanie dzieło Geety Gandbhir, „Idealna sąsiadka”. Porusza ono problematykę znacznie bliższą amerykańskiej publice. Dokument z kategorii true crime znacząco namieszał na gali Critics’ Choice Documentary, gdzie zwyciężył w aż pięciu kategoriach (najlepszy montaż w filmie dokumentalnym, najlepszy dokument typu true crime, najlepszy archiwalny film dokumentalny, najlepszy reżyser filmu dokumentalnego oraz najlepszy film dokumentalny). Osobiście doceniam mnogość zebranych i wykorzystanych materiałów archiwalnych oraz precyzyjny montaż, jednak reżyserka daje się uprowadzić własnej tezie. „Idealna sąsiadka” traci przez to swój obiektywizm i narzuca interpretację. Z tego powodu zwycięstwo dokumentu będzie dla mnie rozczarowaniem.
Najlepszy film animowany
W 2017 roku Oscara za najlepszy film animowany otrzymał „Zwierzogród”. Tytuł okazał się zarówno komercyjnym jak i artystycznym sukcesem, przez co z góry można było zakładać, że dalsze losy Judy Hops i Nicka Bajera są jedynie kwestią czasu. Kontynuacja nie tylko spełniła pokładane w niej nadzieje, lecz zdecydowanie przekroczyła wszelkie oczekiwania. „Zwierzogród 2” zebrał pozytywne recenzje i szybko stał się najbardziej dochodową animacją w historii Hollywood, przynosząc ponad 1,8 miliarda dolarów wpływów. Co ciekawe, w szerszej perspektywie nie wystarczyło to, by stać się najbardziej dochodową animacją na świecie. Niespodzianką okazało się bowiem chińskie „Ne Zha 2. W krainie potworów”, które przebiło ten wynik, gromadząc zawrotne 2,2 miliarda dolarów. Zdumiewająco produkcja nie została jednak zgłoszona do wyścigu o złotego rycerza. Mimo tej absencji Oscar i tak nie trafi najpewniej w ręce Disneya, ponieważ mamy w tym roku do czynienia z globalnym fenomenem. Takim określić należy produkcję Netflixa. „K-popowe łowczynie demonów” szturmem wdarły się do domów subskrybentów i jak wskazuje opublikowany półroczny raport Netflixa, z wynikiem 482 milionów wyświetleń, stały się najpopularniejszym filmem w historii platformy. Film otrzymał dwa Złote Globy, Critics’ Choice, wyróżnienie Amerykańskiej Gildii Producentów Filmowych, a także dziesięć nagród Międzynarodowego Stowarzyszenia Twórców Filmu Animowanego. Myślę, że skończy się również Oscarem. Ze swojej strony żałuję jedynie braku nominacji dla „Demon Slayer: Kimetsu no Yaiba Infinity Castle”, któremu gorąco kibicowałem.
Najlepszy montaż
Kategoria montażu często traktowana jest jako prognostyk przed nagrodą za najlepszy film. W historii Oscarów aż trzydzieści siedem razy produkcja, która zwyciężała w tej kategorii, triumfowała również na zakończenie gali. Trend ten jest szczególnie aktualny, gdyż w ostatnich trzech latach kolejno dokonały tego: „Wszystko wszędzie naraz” (2023), „Oppenheimer” (2024) oraz „Anora” (2025). Z grona faworytów trzy tytuły mają porównywalne szanse. Michael P. Shawver za montaż „Grzeszników” otrzymał Czarną Szpulę, a z „Jedną bitwą po drugiej” podzielił się nagrodami Amerykańskiego Stowarzyszenia Montażystów (ACE). „Grzesznicy” wygrali za najlepszy montaż dramatu, a „Jedna bitwa po drugiej” komedii. „F1: Film” natomiast zdobyło Critics’ Choice. Zawężając, raczej wykluczyłbym „Grzeszników”, gdzie montaż jest najmniej charakterystyczny i zauważalny. Już na pierwszy rzut oka efekt pracy Stephena Mirrioine wydaje się bardziej spektakularny. Wykorzystując materiał dostarczany z dziewięciu kamer równocześnie, odpowiednio dobrał ujęcia, a dynamicznymi cięciami idealnie wydobył pokłady adrenaliny, wynikające z zaciętych wyścigów Formuły 1. Widz ma szansę ekscytować się samym przebiegiem sportowej rywalizacji, jak i klarownie prowadzony jest przez warstwę fabularną w momentach, kiedy akcja przenosi się poza tor. Mimo że „Jedna bitwa po drugiej” także jest filmem akcji, to jej siła z pewnością nie wynika z podobnie zastosowanego efekciarstwa. Nawet scena pościgu występująca w dziele Paula Thomasa Andersona stanowi totalny kontrapunkt. Oparta na cierpliwym, stopniowym budowaniu napięcia, innymi środkami wyrazu konstruuje dramaturgię. Montaż nigdy nie wysuwa się na pierwszy plan, będąc jednym z precyzyjnie skrojonych elementów służącym opowieści. Ciężko stwierdzić, czy Akademia ostatecznie postawi na widowiskowość „F1: Film”, czy na kameralny pietyzm warsztatu Andy Jurgensena w „Jednej bitwie po drugiej”. Kierując się wspomnianą wyżej zależnością oraz faktem, że BAFTA trafiła do Jurgensena, przechylam się mocniej ku tej drugiej opcji.
Najlepszy dźwięk
Niezmiernie cieszę się z dostrzeżenia „Sirat”. Laia Casanovas wspomina, że intencją zespołu dźwiękowców było emocjonalne zaangażowanie widza już od pierwszej sceny i utrzymanie go do samego końca. Zbudowanie hipnotycznego i immersyjnego doświadczenia sprawiającego, że widz nie tylko obejrzy i usłyszy film, ale przede wszystkim go poczuje. Pustynna tułaczka w rytm muzyki rave to jeden z najoryginalniejszych tytułów zeszłego roku. W pełni zasłużona nominacja. Większą szansę na wygraną mają „Grzesznicy”. Tytuł zdobył za najlepszy dźwięk wyróżnienie Internetowego Towarzystwa Krytyków Filmowych oraz Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Północnej Karoliny. Otrzymał również dwie Złote Szpule (nagroda Amerykańskiego Stowarzyszenia Montażystów Dźwięku). Za najlepszy montaż dźwięku w filmie pełnometrażowym – dialogi i technika ADR oraz najlepszy montaż muzyki w filmie pełnometrażowym. Wydaje mi się, że ustąpi jednak bardziej wieloaspektowemu „F1: Film”. Pięcioosobowy zespół dźwiękowców pracował w pocie czoła, by zapewnić jak najbardziej autentyczne poczucie uczestniczenia w realnych wyścigach. Zależało im, aby każdy rajd posiadał swą własną charakterystykę, miał inne brzmienie i odrębną tożsamość. Ryk silnika, wiwaty tłumu, pisk opon, emocje komentatorów, instrukcje z kokpitu oraz muzyka Hansa Zimmera tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. „F1: Film” wygrał BAFTA oraz branżową nagrodę Cinema Audio Society. Spodziewam się, że zdobędzie także Oscara.
Najlepsze zdjęcia
Jestem pod wielkim wrażeniem pracy Dana Laustsena w „Frankensteinie”. Wysmakowane kadry, operowanie światłocieniem, kompozycja barw i gotycki, baśniowy klimat idealnie wkomponowały się w mój gust, kształtujący się na estetyce wczesnych dzieł Tima Burtona. Jest to już trzecia nominacja Laustsena za współpracę z Guillermo del Toro (był nominowany także za „Kształt Wody” oraz „Zaułek Koszmarów”). Dotychczas nie przełożyła się ona na Oscara i tak również niestety będzie tym razem. Niezmiernie szkoda, że choćby nominacji nie uzyskał Łukasz Żal. Polski operator z wyczuciem sportretował „Hamneta”. I choć film Chloe Zhao otrzymał w tym roku aż osiem nominacji, tej za zdjęcia niestety zabrakło. Czarnym koniem okazać się mogą „Sny o pociągach”. Adolpo Veloso wzorował się na historycznych, czarno-białych fotografiach. Z tego powodu dla wzmocnienia doświadczenia epoki i uzyskania podobnego uczucia zdecydował się na format 3:2, rezygnując z standardowej kinowej panoramy. W filmie skorzystał z przenośnej kamery ALEXA 35, która pozwoliła mu swobodnie podążać za bohaterem granym przez Joela Edgertona. Zależało mu na oddaniu poczucia wolności, jakie generuje symbioza człowieka z otaczającą przyrodą. Sama natura przedstawiona została jako bohater. Ujęcia miały na celu oddanie zarówno jej piękna, jak i grozy. Większość filmu powstała z wykorzystaniem wyłącznie naturalnego światła, by spotęgować poczucie wiarygodności. „Sny o pociągach” zdobyły za zdjęcia Critics’ Choice, a także Film Independent Spirit Awards. Odrębny kierunek obrała Autumn Durald Arkapaw w „Grzesznikach”. Doceniając rolę horyzontu, wraz z reżyserem zdecydowała się na szeroki format Ultra Panavision 70 (65mm; 2.76:1) oraz IMAX (70mm; 1.43:1). Stała się tym samym pierwszą kobietą kręcącą w ten sposób film fabularny. Dla osiągnięcia jak najlepszego efektu skorzystała dodatkowo z rad i doświadczenia Hoyte Van Hoytema, który użył 65mm w „Oppenheimerze” Christophera Nolana. Co interesujące, inspiracją dla wizualnej tożsamości filmu była „Nienawistna ósemka” Quentina Tarantino. Arkapaw została pierwszą niebiałą operatorką nominowaną do Oscara za zdjęcia. Zdobyła wyróżnienia Amerykańskiego oraz Internetowego Stowarzyszenia Krytyków Filmowych, Stowarzyszeń Krytyków z Bostonu, Denver, Filadelfii, Georgii, Michigan, Minnesoty, Północnej Dakoty, Północnej Karoliny, San Francisco, Seattle, Nowego Jorku, a także National Board of Review i Czarne Szpule. Na jej drodze stanie prawdopodobnie Michael Bauman. W celu oddania estetyki filmów lat 70-tych, a także zapewnienia unikalnych kinowych doświadczeń, operator zdecydował się na format Vista Vision. Jest to format opracowany przez Paramount Pictures w 1954 roku, który był wykorzystywany chociażby przez Alfreda Hitchcocka. Jego celem było zapewnienie głębokiego obrazu najwyższej jakości tak, aby odciągnąć widzów od telewizorów i zachęcić do kin. W zeszłym roku wykorzystanie tej techniki zapewniło Oscara filmowi „The Brutalist”, a w tym powinno przysłużyć się Baumanowi. „Jedna bitwa po drugiej” zdobyła już za zdjęcia nagrodę Amerykańskiego Stowarzyszenia Operatorów Filmowych, a także BAFTA.
Najlepsze kostiumy
To był z pewnością niezapomniany rok dla Małgosi Turzańskiej. Polka stworzyła stroje do „Snów o pociągach” oraz „Hamneta”. Za ten drugi otrzymała pierwszą w swoim życiu nominację do Oscara. Rozpoczynając przygotowania, kostiumolożka zawsze mocno angażuje się w etap rozpoznania. Zagłębia się w reguły danej epoki, zasady jakie ówcześnie panowały, które materiały były dostępne oraz dlaczego, kto i co nosił. Wybiera z tego elementy, które emocjonalnie pasują do jej wyobrażenia opowieści. Zależy jej również, by kostium rozwijał się razem z postacią. Jest to szczególnie widoczne w nawiązaniu do tragedii jaką przeżywa Agnes. Za inspirację służy tu przepływ krwi, gdzie z początku kolory są intensywne oraz żywe, by w rytmie opowieści przejść przez tony ciemnej pomarańczy, aż do fioletowo-szaro-brązowych odcieni symbolizujących stracone życie i ulatujące z głównej bohaterki siły. Życzę Małgosi kolejnych sukcesów, trzymam kciuki, jednak zdaję sobie sprawę, że o niespodziankę na gali będzie niezwykle trudno. Nie skreślałbym „Grzeszników”. Ruth E. Carter posiada już dwa Oscary w swoim dorobku („Czarna Pantera”, „Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu”). Z drugiej strony, nawet na gali Czarnych Szpul, gdzie „Grzesznicy” wygrali niemal w każdej kategorii, pobijając rekord tych nagród (14 statuetek), w kategorii kostiumu ulegli „Wicked: Na dobre”. W moim odczuciu Oscar trafi do Kate Hawley. Już przy okazji zdjęć, pisałem jak wysmakowane są kadry „Frankensteina”. Ogromna w tym zasługa wyrazistych i spektakularnych kreacji. Reżyser dał Hawley przestrzeń do eksperymentowania. Bardziej zależało mu, by kostiumy charakteryzował nowoczesny design niż, aby trzymały się sztywnych ram epoki. Swoboda korzystania z wyobraźni zaowocowała interesującymi wyborami. Suknie Elizabeth wzorowane są głównie na naturze, wykorzystują elementy zdobień wywodzących się z insektów (np. ćmy). Moim absolutnym faworytem jest natomiast niebieska suknia, której geneza sięga nałożonych zdjęć rentgenowskich. Klimatyczny strzał w dziesiątkę. „Frankenstein” do nagrody BAFTA, Critics’ Choice, Saturna oraz nagrody Amerykańskiej Gildii Kostiumologów za najlepsze kostiumy w filmie kostiumowym dołoży najpewniej także Oscara.
Najlepsze efekty specjalne
Ubolewam, że na poziomie opowiadania interesujących historii forma Jamesa Camerona daleka jest od optymalnej. Kolejny „Avatar” traktowany jest już coraz mocniej jako deklaracja technologicznych możliwości, aniżeli angażująca w treść filmowa epopeja. Nie można jednak zanegować, że twórca „Titanica” jest wizjonerem, który wciąż stara się przesuwać granice kina. Z dziewięciu wyreżyserowanych przez niego filmów, siedem otrzymało nominację za najlepsze efekty specjalne, a aż sześć wygrało (jedynie „Prawdziwe kłamstwa” przegrały z „Forrestem Gumpem” w 1995 roku). Wyłączając dokumenty, jedynie dwa pierwsze filmy, „Pirania 2: Latający mordercy” i „Terminator” nie zostały na tym polu dostrzeżone. Należy chyba współczuć tegorocznym współnominowanym, gdyż ich szanse na sukces wydają się wyłącznie iluzoryczne. „Avatar: Ogień i Popiół” zgarnął siedem nagród VES (Visual Effects Society). Spodziewam się, że będzie kontynuował dziedzictwo i przyniesie serii kolejnego Oscara.
Najlepsza scenografia
Myślę, że dwa filmy realnie walczą o nagrodę za scenografię. Pierwszym z nich są „Grzesznicy”. Hannah Beachler wspomniała, że główną inspiracją dla odpowiedniego oddania charakterystyki Missisipi początku lat trzydziestych była fotografia Eudory Welty (amerykańska pisarka i autorka opowiadań. Laureatka Nagrody Pulitzera za powieść „Córka optymisty”. Fotografią zajmowała się we wczesnych latach swojego życia), przedstawiająca rodzinę dzierżawców przed sfatygowanym domem ze stosem bawełny leżącej na ganku. Konstrukcje, jak kościółek, chatka Annie czy zakupiony przez braci stary tartak, powstały całkowicie od podstaw na potrzeby filmu. Odpowiednie przygotowanie meliny, w której toczy się większa część akcji, zajęło ekipie aż osiem tygodni. Beachler zależało, żeby każdy z budynków posiadał własną osobowość za wzór obierając scenografię z „Dużej ryby” Tima Burtona. Nie mniej wysiłku w swoją pracę włożyli Tamara Deverell oraz Shane Vieau na planie „Frankensteina”. Guillermo del Toro od początku zaznaczył, że istotne jest dla niego zminimalizowanie green screenu na rzecz realnej, rzeczywistej scenografii. W ten sposób, na parkingu przed siedzibą Netflixa w Toronto, powstała pełnowymiarowa replika XIX wiecznego okrętu uwięzionego w lodzie. Zabawną anegdotę stanowi fakt, że pani Deverell chodziła do szkoły artystycznej w Vancouver, które jest miastem portowym i jedną z jej letnich prac stanowiło dokańczanie statku. Kiedy została już scenografką przez myśl przeszło jej nawet: „czy nie byłoby świetnie, gdybym kiedyś mogła zbudować statek?”. Wyzwanie stanowiła również wieża i laboratorium doktora, w którym ożywiono martwe zwłoki. Odpowiedniej lokacji szukano w Kanadzie, Chorwacji i Czechach, by ostatecznie trafić na Szkocję. Ośmiometrowa szczegółowa makieta powstała dzięki szkicom wzorowanym na wieży Wallece’a. Została ona potem zresztą wysadzona dla uchwycenia odpowiedniego efektu w filmie. „Frankenstein” za scenografię zdobył już Critics’ Choice, nagrodę BAFTA i wyróżnienie Amerykańskiej Gildii Scenografów (najlepsza scenografia w filmie kostiumowym). Oscar będzie słusznym wyborem.
Najlepsza charakteryzacja
Charakteryzacja to ponowna bezpośrednia rywalizacja „Grzeszników” z „Frankensteinem”. Wśród nominowanych jest co prawda choćby „Brzydka siostra” wyróżniona za charakteryzację nagrodą Amandy na Norweskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, czy „Smaching Machine”, w którym Dwayne „The Rock” Johnson przeszedł wiarygodną transformację w legendarnego zapaśnika Marka Kerra. Nie podejrzewam jednak, by któryś z tych tytułów sięgnął po nagrodę. Wytypowanie laureata jest tym trudniejsze, że obydwaj główni faworyci podzielili się nagrodami Amerykańskiej Gildii Charakteryzatorów. „Frankenstein” wygrał jedną, za najlepsze efekty specjalne w makijażu, a „Grzesznicy” dwie, za najlepszy makijaż historyczny lub/i postaci oraz najlepsze fryzury historyczne lub/i postaci. Nie do końca przekonuje mnie ostateczna wizja artystyczna obrana dla wykreowania jednego z najsławniejszych monstrów popkultury. Oglądając Jacoba Elordiego nie mogę wyzbyć się skojarzenia z Inżynierem z „Prometeusza”. Zdecydowanie bliżej mi do zdeformowanego, groźnego oblicza Roberta de Niro z ekranizacji Kennetha Branagha z 1994 roku (w 1995 roku „Frankenstein” przegrał Oscara za charakteryzację z „Ed Woodem”). Za wyborem twórców stoją natomiast racjonalne argumenty. Zależało im, by doktor Frankenstein nie był odbierany jako rzeźnik, lecz twórca, który dąży do stworzenia perfekcyjnego organizmu. Przygotowanie aktora do roli potwora wymagało pięciu osób pracujących równolegle przez dziewięć godzin korzystając z aż czterdziestu dwóch elementów prostetycznych. Biorąc pod uwagę skalę całego przedsięwzięcia stawiam na kolejnego i ostatniego już Oscara dla „Frankensteina”.
Najlepsza muzyka
Niejednoznaczna w odbiorze jest ścieżka dźwiękowa do „Jednej bitwy po drugiej”. Gitarzysta Radiohead i czołowy kompozytor Paula Thomasa Andersona, Jonny Greenwood skomponował agresywny, intensywny i chaotyczny soundtrack. Z jego powodu dla wielu widzów seans stawał się męczący oraz trudny. Film opowiada o dziedzictwie, radykalizmie i konflikcie w spolaryzowanym świecie. Muzyka odzwierciedliła ten stan nieprzerwanego tarcia. Z jednej strony idealnie więc wpisała się w narrację produkcji, z drugiej wymagała od widza znaczącej dozy cierpliwości i zrozumienia. Analizując sezon nagród sądzę, że Oscar trafi do Ludwiga Goranssona. Szwedowi zależało na oddaniu ducha ery Jima Crowa (okres w historii Stanów Zjednoczonych w latach 1877 do 1965, naznaczony prawnie usankcjonowaną segregacją i dyskryminacją rasową czarnoskórych Amerykanów w myśl zasady „równi, ale oddzielni”). Pracę przy „Grzesznikach” postrzega jako najbardziej osobistą w swojej dotychczasowej karierze, będącą odbiciem jego własnej przygody z muzyką. Kompozycję zaczął od bluesa, a większość utworów skomponował przy użyciu gitary rezonatorowej Dobro Cyclops z 1932 roku, którą kupił w sklepie w Los Angeles tuż przed rozpoczęciem pracy nad filmem. Co interesujące, jest to ta sama gitara, którą postać Sammiego posługuje się w filmie. Goransson zdobył już Złoty Glob, nagrodę BAFTA, Critics’ Choice i Grammy. „Grzesznicy” posiadają ponadto, być może najbardziej hipnotyzującą i elektryzującą scenę muzyczną w historii kina. Te pięć minut aranżacji „I Lied to You” to magia srebrnego ekranu w najczystszej postaci. Zdecydowanie zasłużony Oscar.
– Magnetyczna scena przenoszącego w czasie bluesa w filmie „Grzesznicy”
Najlepsza piosenka
Pewną tradycją stało się już, że przy komentowaniu najlepszej piosenki wspominam o mojej ulubionej oscarowej bohaterce, Diane Warren. Nominacja za „Dear Me” do dokumentu „Diane Warren: Relentless” jest siedemnastą w jej karierze oraz dziewiątą z rzędu (co stanowi rekord tej kategorii). Warren otrzymała wprawdzie Oscara honorowego w 2022 roku, jednak nigdy nie wygrała w bezpośredniej rywalizacji. Na zwycięstwo będzie musiała znowu poczekać, ponieważ nieprawdopodobne jest, aby złoty rycerz nie trafił do utworu „Golden” z filmu „K-popowe łowczynie demonów”. Skoczny, pełen pozytywnej energii przebój stał się pierwszym utworem K-pop, który zdobył nagrodę Grammy. Przekroczył miliard wyświetleń na YouTube w ciągu siedmiu miesięcy, szturmem wkradł się na popularną listę Billboard Hot 100, okupując ją przez osiem tygodni. Pamiętam jak w 2017 roku, Justin Timberlake z impetem rozpoczął ceremonię, wykonując utwór „Can’t Stop The Feeling” z „Trolli” i mam nadzieję, że podobny powiew optymizmu i dobrej zabawy powtórzy się także w tym roku.
„Golden” z filmu „K-popowe łowczynie demonów”. Muzyka i słowa: EJAE, Mark Sonnenblick, Joong Gyu Kwak, Yu Han Lee, Hee Dong Nam, Jeong Hoon Seo oraz Teddy Park:
Najlepszy film międzynarodowy
Na początek Oscar, a sprawa Polska. Podejrzewam, że jedynie z powodów komplikacji z kalendarzem, wśród siedmiu kandydatów przedstawionych rodzimej komisji zabrakło zdobywcy Złotych Lwów oraz nagrody publiczności z Gdyni, „Ministrantów”. (polskiego kandydata ogłoszono 15 września, termin zgłoszenia do Akademii upływał 1 października, natomiast „Ministranci” swoją kinową premierę w Polsce mieli 21 listopada (światową, 22 września)). „Ministranci” Piotra Domalewskiego mieli wszystko co potrzebne, aby stać się wartościowym towarem eksportowym na światowy rynek. Dobry pomysł, angażującą historię, sprawną realizację oraz zapadające w pamięć kreacje młodej obsady. Komisja z dostępnych tytułów, postawiła ostatecznie na doskonale znaną członkom Akademii, Agnieszkę Holland, a naszym kandydatem został „Franz Kafka”. Film niestety nie zmieścił się choćby na wstępnej shortliście i już na wczesnym etapie stracił swoją szansę. Jest to bardzo mocno obsadzona kategoria, która w ostatnich latach niczym nie ustępuję tej głównej. „Wartość sentymantalna” oraz “Tajny Agent” mogą wygrać także za najlepszy film. Tym samym stały się dwunastym oraz trzynastym nieanglojęzycznym tytułem z dubletem nominacji za najlepszy film oraz najlepszy film międzynarodowy (Z tego grona, Oscara za najlepszy film zdobył jedynie „Parasite” w 2020 roku). Nie lekceważyłbym zwycięzcy Złotej Palmy. „To był zwykły przypadek” Jafara Panahiego otrzymał National Board of Review oraz nagrodę Gotham. Film jest mocnym głosem krytyki wobec polityki irańskiego rządu. W postawach poszczególnych bohaterów zawiera celną analizę przekroju irańskiego społeczeństwa. Od bezsilności, zwątpienia i pogodzenia się z losem, poprzez obojętność, aż do poczucia złości, buntu i pełnego sprzeciwu. Zachowuje przy tym godną podziwu chłodną bezstronność, rozumiejąc przyczynę tej polaryzacji i kryjących się za nią motywacji. Panahi w grudniu 2025 roku został przez irański rząd skazany na rok pozbawienia wolności za działalność propagandową przeciwko krajowi. Podczas ogłoszenia wyroku przebywał poza granicami Iranu, jednak oświadczył, że po zakończeniu sezonu nagród, mimo wszystko zamierza wrócić do ojczyzny i poddać się wyrokowi. W obliczu sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie i amerykańsko-irańskiej eskalacji, wybór antyrządowego filmu może wydawać się prawdopodobny. Sądzę jednak, że polityka nie odegra roli pierwszoplanowej, a nagroda przypadnie „Wartości Sentymentalnej” lub „Tajnemu Agentowi”. Norweska produkcja za najlepszy film nieanglojęzyczny otrzymała nagrodę BAFTA oraz BIFA (British Independent Film Award), natomiast reprezentant Brazylii, Złoty Glob, Critics’ Choice oraz Independent Spirit. Obydwie produkcje uważam za niezwykle udane, pojedynek za zacięty i trudny do przewidzenia. Moje serce bije odrobinę mocniej za Joachimem Trierem, dlatego zdecyduję się na „Wartość Sentymentalną”.
Najlepszy scenariusz adaptowany
Wyjątkiem od adaptacji literackiego pierwowzoru jest „Bugonia”, której scenariusz powstał w oparciu o południowokoreański film „Save the Green Planet!” z 2003 roku. Znaczenie słowa bugonia wywodzi się ze starożytnych wierzeń i mitologii greckiej. Oznacza rytuał mający na celu powołanie lub przywrócenie do życia pszczelego roju z truchła byka. Narodziny pszczół mają w tym ujęciu znaczenie religijne, Rzymianie wierzyli bowiem, że rodzą się one z dusz zmarłych i ciężko pracujących rolników. Symbolika transformacji przez odrodzenie jest kluczowa dla interpretacji filmu Yorgosa Lanthimosa. Ten tradycyjnie już dla swojej twórczości, ochoczo korzysta z abstrakcji i wymyka się tradycyjnej formie narracji. Dla mnie w scenariuszu Willa Tracy’ego brakuje jednak odpowiedniego pazura. Zawężone miejsce akcji, ograniczona liczba bohaterów, kolizja ich całkowicie odmiennego światopoglądu oraz systemu wartości, aż prosi się o to, by każdy dialog był pojedynkiem, z którego aż sypią się iskry. Finalnie film pokłada zbyt wielkie zaufanie w samej tajemnicy, którą obnaża dość przewidywalny i oczekiwany finał. Szkoda, gdyż do dyspozycji oddani zostali fenomenalni aktorzy i zarówno Jesse Plemons jak i Emma Stone, wyraźnie wiedzieli jak wykazać się w swoich rolach. Statuetki nie otrzyma Guillermo del Toro, który wiernie oddał ducha powieści Mary Shelley w „Frankensteinie” oraz melancholijne „Sny o pociągach” bazujące na krótkiej książce Denisa Johnsona o tym samym tytule. Żałuję nikłych szans „Hamneta”, jednak zdaję sobie sprawę, że siłę filmu bardziej stanowi wrażliwość reżyserska Chloe Zhao niż jakość samego skryptu adaptującego powieść Maggie O’Farrell (O’Farrell jest zresztą nominowaną współautorką scenariusza). Laureatem Oscara za scenariusz adaptowany zostanie Paul Thomas Anderson, który w „Jednej bitwie po drugiej” kolejny raz sięgnął po utwór pióra Thomasa Pynchona. W 2015 roku nominację przyniosła mu „Wada Ukryta”, jednak musiał wtedy uznać wyższość „Gry Tajemnic”. Dość swobodna adaptacja książki „Vineland” zdobyła już Złoty Glob, nagrodę BAFTA, Scriptera, Critics’ Choice, oraz nagrodę Amerykańskiej Gildii Scenarzystów. Nic nie powinno odebrać jej Oscara.
Najlepszy scenariusz oryginalny
Wielka szkoda, że bez większego echa przeszedł „Blue Moon”. Przywołuje on autentyczną postać Lorenza Harta. Był on amerykańskim twórcą piosenek, który wraz z kompozytorem Richardem Rodgersem w ciągu dwudziestu lat współpracy napisali ponad tysiąc utworów i zrewolucjonizowali Broadway w latach dwudziestych oraz trzydziestych XX wieku. Do najsłynniejszych piosenek Harta zaliczyć należy takie utwory jak „Blue Moon”, „Manhattan” czy „My Funny Valentine”. Nowy film Richarda Linklatera jest rodzajem biografii, jaki uwielbiam. Nie prowadzi sztampowo przez całe życie, kolejno odhaczając wzloty i upadki swojego bohatera, lecz na przestrzeni jednego momentu w czasie jest w stanie oddać esencję jego osobowości (w filmie tym miejscem i czasem jest pewien bar podczas premiery musicalu „Oklahoma!”). Już dwa cytaty osób z otoczenia Harta rozpoczynające produkcję są dowodem na to, jak trudno tę esencję wydobyć. Pierwsza opinia określa go jako osobę „wokół której zawsze fajnie i śmiesznie było przebywać”, by druga brzmiała, „był najsmutniejszym człowiekiem jakiego znałam”. Co jest rzeczywistością w obliczu tych sprzeczności? Nic, a może jedno i drugie. Tym, którzy nie mieli okazji zobaczyć polecam przekonać się samemu. Wyśmienity, nostalgiczny i pełen szczerości scenariusz Roberta Kaplowa. „Blue Moon” Oscara nie otrzyma (za scenariusz wyróżniło go wyłącznie Bostońskie Stowarzyszenie Krytyków Filmowych), ale niezmiernie cieszę się z jego obecności wśród nominowanych. Sama nominacja jest niewątpliwym sukcesem dla nieanglojęzycznego „To był zwykły przypadek”. Nie wróżę sukcesu „Wielkiemu Marty’emu”. W obliczu jego realnej szansy w zasadzie jedynie dla Timothee Chalameta za rolę pierwszoplanową, „Wielki Marty”, przy dziewięciu nominacjach, okaże się prawdopodobnie jednym z największych przegranych ceremonii. Analizując fakty z życia Marty’ego Reismana, którego życiorys posłużył jako inspiracja dla filmu, zaskoczyło mnie, jak wiele historycznych wydarzeń znalazło swoje odwzorowanie w fikcyjnej przecież fabule. Osobiście wyróżniłbym „Wartość Sentymentalną”. Tekst Eskila Vogta oraz Joachima Triera jest dla mnie najgłębszym i najbardziej wartościowym spośród ubiegających się tytułów. W nienachalny sposób porusza wiele zagadnień, pełen jest niuansów i subtelności. Zdobył wyróżnienie Europejskiej Akademii Filmowej, a także AACTA (Australian Academy of Cinema and Television Arts Awards). Trzymam kciuki za niespodziankę, jednak zdaję sobie sprawę, że byłaby ona ogromnym zaskoczeniem. Wszelkie znaki wskazują, że Oscar za najlepszy scenariusz oryginalny powędruje do Ryana Cooglera. „Grzesznicy” za scenariusz otrzymali już nagrodę Amerykańskiej Gildii Scenarzystów, BAFTA, Critics’ Choice oraz National Board of Review. Akademia nie jest skora do wyróżniania filmów z gatunku horroru, jednak schemat ten zdążył przełamać już Jordan Peele, który w 2018 roku odebrał statuetkę za scenariusz oryginalny „Uciekaj!”.
Najlepszy casting
Walcząc ze spadającą oglądalnością oraz niknącym zainteresowaniem Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej wciąż szuka interesujących kierunków ekspansji. Tym samym, po raz pierwszy od 2002 roku, kiedy to wręczono pierwszego Oscara za najlepszy film animowany („Shrek”), zdecydowano się ponownie wprowadzić nową kategorię. Nie jest to koniec zmian, gdyż już teraz wiadomo, że w roku 2028 wyróżniane będą także dokonania w dziedzinie kaskaderstwa. Wdrożenie castingu ma być dowodem podążania z duchem czasu i docenieniem roli reżyserów obsady w procesie tworzenia filmów. Z powodu dziewiczego rozdania i historycznego braku odniesienia, ciężkie jest wskazanie faworyta na bazie rzetelnych przesłanek. Nie pomoże zasugerowanie się zwycięzcą nagrody BAFTA, gdzie tożsama kategoria występuje, ponieważ w tym roku zwyciężył w niej brytyjski „I Swear”, którego próżno szukać wśród nominowanych. Identyfikując główne odpowiedzialności reżysera obsady należy wskazać na zarządzanie procesem przesłuchań, wstępną selekcją aktorów i aktorek oraz ich rekomendacją, na bazie której reżyserzy i producenci będą mogli podjąć stosowne decyzje. To, co rzuca się w oczy korelując nominowane tytuły za casting z kategoriami aktorskimi, to nieobecność „Wartości Sentymentalnej”. Norweska produkcja ma aż cztery nominacje aktorskie, naturalne jest więc przypuszczenie, że dobór aktorów był tutaj dokonany nad wyraz trafnie. Z drugiej strony obecny jest „Hamnet”, „Wielki Marty”, oraz „Jedna bitwa po drugiej”, gdzie jednymi z największych zaskoczeń aktorskich przeoczeń były kolejno pominięcia Paula Mescala („Hamnet”), Odessy A’zion („Wielki Marty”), a także debiutującej Chase Infiniti („Jedna bitwa po drugiej”). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dyskutując o castingu równie istotne są role epizodyczne, stąd nie można wyciągać wniosków analizując wyłącznie pierwszy czy drugi plan. Uważam, że zwycięzcą zostaną „Grzesznicy”. Typowanie to opieram na wygranej przez nich nagrodzie Critics’ Choice za casting i obsadę, Artios (nagroda Casting Society Awards) za najlepszy dobór obsady w dramacie wielkobudżetowym oraz wyróżnieniu przez Gildię Aktorów za najlepszy filmowy zespół aktorski.
Najlepsza aktorka drugoplanowa
Rozpoczynając analizę kategorii aktorskich warto wspomnieć, że nominacja aż czterech ról nieanglojęzycznych stanowi nowy oscarowy rekord. Stało się tak za sprawą Ingi Ibsdotter Lilleaas, Renate Rinsve, Stellana Skarsgarda za norweską „Wartość sentymentalną” oraz Wagnera Moury za brazylijskiego „Tajnego agenta”. Poprzedni rekord należał do potrójnej nominacji w 1977 roku (Marie-Christine Barrault za „Kuzyn, kuzynka”, Giancarlo Gianni za „Siedem piękności Pasqualino” oraz Liv Ulmann za „Twarzą w twarz”). Co prawda za „Wartość sentymentalną” nominowana jest jeszcze Elle Fanning, jednak jej rola jest w pełni anglojęzyczna. Fanning dość niespodziewanie znalazła się w gronie ubiegającej się o Oscara piątki. Typowana w to miejsce była bardziej Ariana Grande lub Odessa A’zion. Wątpliwa jakość produkcji „Wicked: na dobre”, na dobre pogrzebała szanse piosenkarki, natomiast ciężko stwierdzić, co wykluczyło z wyścigu aktorkę z „Wielkiego Marty’ego”. Lukę wypełniła Elle, co można potraktować za pewne zadośćuczynienie za zeszły rok, w którym pominięto jej bardzo dobry występ w „Kompletnie nieznanym”. Tegoroczny kobiecy drugi plan to kategoria niezwykle mocno obsadzona i zarazem jedna z najbardziej zaciętych. Praktycznie wszystkie kandydatki mają realną nadzieję na końcowy triumf. Swój głos, po dłuższej chwili zastanowienia, oddałbym na Ibsdotter Lilleaas. Jest ona bijącym sercem „Wartości sentymentalnej”. Jej bohaterka jest postacią poboczną, która pozornie nie przykuwa uwagi, a w obliczu kolizji bardziej charyzmatycznych, skomplikowanych charakterów familii Borgów zawsze wycofuje się w cień. Odwrót ten jest natomiast pozorny, gdyż mimo najmłodszego wieku, to ona dźwiga brzemię podtrzymania więzi i komunikacji w nacechowanej dziedziczną traumą rodzinie. Naprawdę wyborna rola, która przyniosła Lilleaas nagrodę National Board of Review. Dobrą passę ma Wunmi Mosaku. Pominięta całkowicie w nominacjach do Złotych Globów, zwyciężyła nagrodę BAFTA, Czarne Szpule oraz Gotham. Rozumiem i szanuję mentorską wagę występu Mosaku w „Grzesznikach”, lecz mimo wszystko, jest to dla mnie najmniej wyróżniająca się rola w tej kategorii i jedyny wybór, który przyjąłbym z wyraźnym rozczarowaniem. Ogrom charyzmy wniosła na ekran Teyana Taylor. Niejednoznaczna, agresywna i wręcz antypatyczna rewolucjonistka Perfidia w „Jednej bitwie po drugiej” to prawdziwy ekranowy dynamit. Rola silnej, oddanej sprawie buntowniczki jest głównym paliwem filmu. Taylor otrzymała Złoty Glob i jest mocną pretendentką do złotego rycerza. Słowem „magiczny” - i to dosłownie - określić można występ Amy Madigan w „Zniknięciach”. Aktorka przypomniała o sobie szerszej publiczności w sposób spektakularny, otrzymując swoją drugą nominację równo czterdzieści lat po poprzedniej (w 1986 roku nominowana była za „Dwa razy w życiu”). Grana przez nią ciocia Gladys jest wyrazista, przerażająca i z pewnością na stałe zagości w kanonie horrorowych indywiduów. Doceniły ją Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Bostonu, Atlanty, Denver, Georgii, Minnesoty, Portland, Północnej Dakoty, Północnej Karoliny, San Diego, San Francisco, Seattle oraz Nowego Jorku, a w jej ręce trafiły ponadto nagrody Critics’ Choice, a także Nagroda Aktorska (po raz pierwszy przyznawana pod nową nazwą statuetka Gildii Aktorów (SAG - Screen Actors Guild)). Przewiduję, że w tym wyrównanym wyścigu to właśnie jej przypadnie Oscar.
Najlepszy aktor drugoplanowy
Zwycięstwo Jacoba Elordiego spowodowałoby, że stałby się on drugim najmłodszym zwycięzcą tej kategorii w historii. Najmłodszym pozostanie wciąż Timothy Hutton, który zdobył Oscara za „Zwyczajnych ludzi” w 1981 roku (w dniu wygranej miał 20 lat i 227 dni). Przeskoczyłby jednak Cubę Goodinga Jr., który odbierając statuetkę za „Jerry’ego Maguire’a” w 1996 roku skończone miał już dwadzieścia dziewięć lat, tymczasem Elordi w dniu ceremonii wciąż będzie dwudziestoośmiolatkiem. Na jego korzyść przemawiają zdobyte Critics’ Choice oraz Saturn, jednak uważam, że na Oscara za wcześnie i trafi on do bardziej doświadczonego kolegi po fachu. Nie sądzę, by był nim Delroy Lindo („Grzesznicy”). Różnie mogą rozłożyć się głosy zwolenników „Jednej bitwy po drugiej”. Konkurują tu ze sobą bezpośrednio Benicio del Toro oraz Sean Penn i może okazać się, że negatywnie odbije się to na ich wyniku. Nagrodzona National Board of Review prześmiewcza komediowa szarża del Toro idealnie kontrastuje z przerysowaną, ale w założeniu o wiele dramatyczniejszą kreacją Penna, za którą ten otrzymał Nagrodę Aktorską (SAG) oraz BAFTA. Z całego serca kibicuję, aby złoty rycerz trafił do nagrodzonego Złotym Globem, Stellana Skarsgarda za „Wartość Sentymentalną”. Jest to pierwszy przypadek nominacji w kategorii najlepszego aktora drugoplanowego za rolę w filmie nieanglojęzycznym. Zarazem jest to rola kompletna. Dojrzała, świadoma i wielopoziomowa. Skarsgard błyszczy zarówno w dialogach jak i w chwilach całkowitego milczenia. Tworzy pełnokrwistego, złożonego i skomplikowanego bohatera. Korzysta ze swojego szerokiego wachlarza aktorskich umiejętności, potrafiąc wydobyć zarówno ciepło jak i mrok. Z powodów niechęci Gildii Aktorów do wyróżniania nieanglojęzycznych ról, Szweda całkowicie w nich pominięto. Jest to o tyle dotkliwe, że wręczenie nagród SAG przypadło centralnie na najgorętszy okres oddawania oscarowych głosów, przez co obawiam się, że absencja ta mogła negatywnie odbić się na jego notowaniach. Tak stawiając sprawę, spodziewałbym się Oscara dla Seana Penna. Dwukrotny laureat nagród Akademii (za „Rzekę tajemnic” w 2004 oraz „Obywatela Milka” w 2009 roku) ma z nią jednak dość mocno na pieńku. W 2022 roku, pod groźbą nawołania do bojkotu ceremonii i publicznego przetopienia swoich statuetek, zażądał uwzględnienia w programie czasu dla wystąpienia prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełenskiego. Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej nie ugięła się i podobnego czasu w transmisji nie udostępniła. Aktor swoich Oscarów nie przetopił, jednak podczas wizyty w Kijowie zostawił jednego z nich jako symbol wiary w zwycięstwo. W grudniu 2024 roku głośnym echem odbiła się jego wypowiedź, w której określił zachowania Akademii jako tchórzowskie i ograniczające wyobraźnię, a także różnorodność kulturowych doświadczeń. Skrytykował brak odwagi do nagradzania odważnych tytułów i unikanie kontrowersyjnych treści. Już niebawem okaże się, na ile te wszystkie zakulisowe zawirowania wpłyną na werdykt i czy zwycięzcą zostanie Skarsgard, Penn, a może wydający się najbezpieczniejszym wyborem Benicio del Toro. Obstawiam zwycięstwo Seana Penna za „Jedną bitwę po drugiej”, lecz do końca trzymał będę kciuki za Stellana Skarsgarda.
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
Dwadzieścia pięć lat minęło od czasu, kiedy Kate Hudson otrzymała nominację za najlepszą rolę drugoplanową („U progu sławy” w 2001 roku). Jak nie przepadam za aktorką, tak muszę przyznać, że jej rola w „Song Sung Blue” bardzo mi się spodobała. Z pewnością nie jest to kreacja, która powinna wypchnąć efektowny, błyskotliwy debiut Chase Infinity w „Jednej bitwie po drugiej”, ale Claire Sardina w wykonaniu Hudson jest na tyle pełna ciepła i entuzjazmu, że jestem w stanie przyjąć ten werdykt bez negatywnych emocji. Dalszą karierę Chase Infinity zamierzam śledzić z zainteresowaniem i coś czuję, że nie jest to ostatni raz, kiedy o niej słyszymy. Niebywałej rzeczy dokonała Emma Stone. Dzięki „Bugoni”, w wieku trzydziestu siedmiu lat, została najmłodszą kobietą w historii, która zdobyła siedem nominacji do Oscara. Pobiła tym samym rekord Maryl Streep, której osiągnięcie podobnego wyczynu zajęło o rok więcej. Lepszy w tym względzie jest wyłącznie sam Walt Disney, który siódmą nominację otrzymał mając jedynie trzydzieści cztery lata. Ponadto, Stone została pierwszą kobietą, która w dwóch różnych latach nominowana była zarówno jako aktorka jak i producentka (obecnie „Bugonia, a w 2024 roku „Biedne istoty”). Duet z Yorgosem Lanthimosem wyraźnie służy obojgu i ciekaw jestem, czym jeszcze ta współpraca zaowocuje w przyszłości. Do aktorskiej pierwszej ligi przebija się konsekwentnie Renate Reinsve. Już „Najgorszy człowiek na świecie” był niewątpliwym dowodem jej talentu, a doceniona przez Europejską Akademię Filmową rola w „Wartości sentymentalnej” jeszcze mocniej to potwierdza. Mam nadzieję, że nominacja zapewni Norweżce dopływ wartościowych scenariuszy na biurko, a to pozwoli częściej oglądać ją na dużym ekranie. Rolę swojego życia zagrała Rose Byrne. Eksploatujący występ matki na skraju załamania w „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”, to prawdziwy wulkan emocji. Erupcja bezsilności i desperacji w wyniku zderzenia marzeń i oczekiwań z brutalną rzeczywistością. To również wartościowe, mądre kino, wchodzące w dialog z idealizmem macierzyństwa, ukazujące to częściej skrywane, niepopularne odbicie. Byrne otrzymała Srebrnego Niedźwiedzia podczas Berlinale, Independent Spirit oraz Złoty Glob. Byłby pewnie i Oscar, lecz na jej nieszczęście, w tym samym sezonie, Chloe Zhao powierzyła Jessie Buckley rolę Agnes w „Hamnecie”. Efektem, jest jeden z najlepszych dramatycznych występów ostatnich lat. Buckley wkłada w swoją postać całe serce, co widać choćby w improwizowanym, zapadającym w pamięć, przejmującym krzyku podczas tragedii spotykającej jej bohaterkę. Wielka rola, warta przelanych podczas seansów „Hamneta” łez. Warta Złotego Globu, nagrody BAFTA, Critics’ Choice, Nagrody Aktorskiej i warta także Oscara.
Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Wypada wyrazić słowa uznania pod adresem Leonarda Di Caprio. Wliczając „Jedną bitwę po drugiej”, wystąpił on w aż dwunastu produkcjach nominowanych za najlepszy film, czym wyrównał dotychczasowy rekord Roberta De Niro. Rola Boba Fergusona rozbudowuje zróżnicowane portfolio aktora, który mimo doświadczenia i wypracowanej pozycji w Hollywood wciąż nie boi się ryzyka i podejmowania niebanalnych wyzwań. Di Caprio w tym roku nominowany do każdej męskiej nagrody pierwszoplanowej, w ostatecznym rozrachunku musiał uznawać wyższość innych kandydatów. Po raz kolejny w sferze marzeń pozostanie Oscar dla Ethana Hawke’a. Szkoda, gdyż wyróżnienie za „Blue Moon” to już piąta nominacja dla tego legendarnego aktora. Jeszcze ani razu nie udało mu się wygrać. Warto zaznaczyć, że trzy nominacje były aktorskie („Dzień Próby”, Boyhood”, „Blue Moon”), a dwie za scenariusz adaptowany („Przed zachodem słońca”, „Przed północą”). Jestem pełen podziwu dla wyczynu Hawke’a. Film praktycznie nie traci go z kadru, a większość scenariusza opiera się na monologach głównej postaci. Jak sam wspomina, pierwszy dzień kręcenia filmu Linklatera zapewnił mu więcej linii dialogowych do zapamiętania niż cała ostatnia dekada pracy. Warto zwrócić na to uwagę podczas seansu, ponieważ rola Lorenza Harta stanowi nie lada osiągnięcie. Wagner Moura w „Tajnym agencie” z właściwym wyczuciem wykreował portret zwykłego obywatela obranego na cel przez brazylijski aparat polityczny lat 70-tych. Stworzył wiarygodną indywidualną postać, którą równie dobrze można interpretować szerzej jako bezimienny pomnik wielu członków tamtego pokolenia. Moura został wyróżniony Złotą Palmą w Cannes dla najlepszego aktora oraz Złotym Globem za najlepszego aktora w dramacie. Werdykt rozstrzygnie się w mojej opinii pomiędzy Timothee Chalametem, a Michaelem B. Jordanem. Z początku wszystko wskazywało na tego pierwszego. Chalamet pewnie wygrał Złoty Glob (najlepszy aktor w komedii lub musicalu) oraz Critics’ Choice. W wieku trzydziestu lat, został najmłodszym aktorem, który zagrał w ośmiu filmach nominowanych do Oscara oraz pierwszym mężczyzną od czasu Marlona Brando (1954), który skolekcjonował trzy nominacje dla najlepszego aktora przed ukończeniem trzydziestego pierwszego roku życia („Tamte dni, tamte noce” (2018), „Kompletnie nieznany” (2025), „Wielki Marty” (2026)). Jeżeli wygra, stanie się drugim najmłodszym aktorem z Oscarem (pozycję tego najmłodszego utrzyma Adrien Brody, który zdobył statuetkę za „Pianistę” w wieku dwudziestu dziewięciu lat). Na ostatniej prostej Oscar zaczął się Chalametowi niespodziewanie wymykać. Aktor zraził do siebie środowisko przesadną pewnością siebie oraz niefortunnymi wypowiedziami umniejszającymi wartość opery i baletu. Nagrodę BAFTA odebrał Robert Aramayo za „I Swear”, natomiast prestiżową Nagrodę Aktorską otrzymał Michael B. Jordan. Szanuję występ w „Grzesznikach”. Aktor przekonująco wypadł w podwójnej roli braci Moore. Czuć autentyczną więź między rodzeństwem, a zarazem widać, że są to dwa różne charaktery o odmiennej charyzmie, sposobie myślenia oraz działania. To już piąta współpraca aktora z reżyserem, Ryanem Cooglerem („Fruitvale”, „Creed”, „Czarna Pantera”, „Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu”, „Grzesznicy”). Tym razem pozwoliła ona Jordanowi w pełni zaprezentować aktorski potencjał. Wynik ważyć się będzie do samego końca i niezmiernie ciężko jednoznacznie wskazać zwycięzcę. Postawiłbym na Timothee Chalameta gdyż wydaje mi się, że jest to po prostu bardziej wszechstronny aktorski popis, ale coś czuję, że członkowie Akademii postanowią utrzeć mu nosa i nauczyć odrobiny pokory. W tej sytuacji Oscar trafi do Michaela B. Jordana za „Grzeszników”.
Najlepsza reżyseria
Aż trudno uwierzyć, ale nominacja dla „Hamneta” to dopiero jedenasta kobieca nominacja za reżyserię w niemal stuletniej historii Oscarów. Chloe Zhao ma szansę przejść do historii, ponieważ w przypadku wygranej zostałaby pierwszą kobietą, która zwyciężyłaby więcej niż raz. Zhao zdobyła Oscara za reżyserię „Nomadland” w 2021 roku. Dwukrotną szansę miała dotychczas jedynie Jane Campion (w 1994 roku przegrała ze Stevenem Spielbergiem („Lista Schindlera” wygrała z „Fortepianem”), natomiast w 2022 roku zdobyła Oscara za „Psie pazury”). „Hamnet” przesiąknięty jest wysoką wrażliwością reżyserki. Sam zaliczam się do grona fanów tej filmowej estetyki, aczkolwiek mimo oczarowania historią rodziny Szekspira, nie upatruję w niej faworyta. Istotnego znaczenia nie odegra Josh Safdie. Choć reżyser posiada na tyle charakterystyczny styl, że „Wielkiego Marty’ego” często nieformalnie uznaje się za zwieńczenie trylogii „chaotycznych protagonistów” („Good time”, „Nieoszlifowane diamenty” i „Wielki Marty” (dwa pierwsze reżyserowane wspólnie z bratem Bennym)), to w mojej opinii lepszym wyborem byłoby nominowanie Guillermo del Toro. We „Frankensteinie” ta reżyserska sygnatura wydaje mi się zwyczajnie wyrazistsza. Już pierwszą sceną „Wartości sentymentalnej” kupił mnie Joachim Trier. Przedstawienie rodzinnego domu z perspektywy żywej, obserwującej i czującej istoty wystarczyło bym wiedział, że będzie to wyjątkowy i niebanalny seans. Reżyser wzorcowo poprowadził międzynarodową obsadę. Doskonale rozumiejąc swoich bohaterów, z pozycji wytrawnego obserwatora zilustrował jak skomplikowana i niejednoznaczna potrafi być międzyludzka komunikacja, a wzajemne zrozumienie trudne do osiągnięcia. W jednym z wywiadów Trier powiedział, że postrzega kino jako głębsze spojrzenie na to, czym jest otaczający świat. Życzę sobie, by takich prób wglądu w otaczającą rzeczywistość było jak najwięcej. Ze względu na wysokie prawdopodobieństwo zwycięstwa w kategorii najlepszego filmu, nie można lekceważyć Ryana Cooglera. Mimo rekordu ilości nominacji dla „Grzeszników” wątpię jednak, by Oscar trafił w jego ręce. Prognozuję, że nadszedł czas Paula Thomasa Andersona. Ten legendarny amerykański twórca zdobył w tym roku swoją dwunastą (scenariusz adaptowany), trzynastą (reżyseria) oraz czternastą (najlepszy film) nominację. Aż nieprawdopodobne, że tytuły takie jak „Boogie Nights”, „Magnolia”, „Aż poleje się krew”, „Wada ukryta”, „Nić widmo” czy „Licorice Pizza” nie zagwarantowały mu statuetki zdecydowanie wcześniej. W obecnym sezonie nagród Anderson za reżyserię „Jednej bitwy po drugiej” wyróżniony został Złotym Globem, nagrodą Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych, BAFTA oraz Critics’ Choice. Pomysł na realizację dojrzewał w nim bardzo długo, a początki prac nad scenariuszem sięgają ponad dwudziestu lat wstecz. Być może dlatego, film jest złożonym kolażem kolejnych fascynacji reżysera. Fragmentarycznie dobrał elementy z książki „Vineland” Thomasa Pynchona, wykorzystał wątek rewolucjonistów z końca lat 60-tych. Inspirację czerpał także z klasyki kina i tytułów takich jak „Francuski łącznik”, „Zdążyć przed północą” czy „Bitwa o Algier”. Ten hołd dla sztuki wyczuwalny jest podczas seansu, a finałowa scena pościgu stanowi niepodważalny dowód reżyserskiej maestrii. Dla mnie, najlepszym filmem w dorobku reżysera pozostaje niekwestionowane arcydzieło, jakim jest „Aż poleje się krew”, więc Oscara za „Jedną bitwę po drugiej” potraktuję trochę jako korektę na poczet historycznych uchybień.
Najlepszy film
Pora na wielki finał i najważniejszą nagrodę dla całej branży filmowej. Oscar za najlepszy film roku.
Właściwy kierunek obrał Joseph Kosinski. W 2022 roku dostarczył udany „Top Gun: Maverick”, a w tym podbił kina „F1:Film”. Reżyser tworzy dynamiczne, emocjonujące produkcje, szanując przy tym inteligencję widza. Pompowanie ekranowej adrenaliny służy dramaturgii i koresponduje z dopracowaną historią. Oczywiście, wymaga niekiedy zawieszenia niewiary, ale rekompensuje to rozrywką na wysokim poziomie. Komercyjny oraz artystyczny sukces pozwolił, aby pomijany zazwyczaj film z gatunku akcji znalazł się w gronie dziesięciu najlepszych filmów roku, a ja już trzymam kciuki za kolejny projekt reżysera, którym ma być nowa wersja „Miami Vice”.
Swojego charakterystycznego, abstrakcyjnego stylu nieustannie trzyma się Yorgos Lanthimos. „Bugonia” może okazać się trudna w odbiorze dla widzów, którzy pierwszy raz zetkną się z twórczością Greka. To dość przewrotna satyra na teorie spiskowe, bezrefleksyjne systemy wartości, a nawet kondycję człowieczeństwa. Głos o tym jak nieprzekraczalne są komunikacyjne bariery klas funkcjonujących na przeciwstawnych biegunach. Niebanalne kino z bardzo dobrym aktorstwem Plemonsa i Stone, dalekie jednak od poziomu do jakiego przyzwyczaiły mnie filmy takie jak „Kieł”, „Lobster” czy „Zabicie świętego jelenia”.
Rolę Kopciuszka wśród nominowanych pełnią niskobudżetowe i kameralne „Sny o pociągach”. Film Clinta Bentleya to przede wszystkim sentymentalna pocztówka z czasów, które bezpowrotnie minęły. Kiedy to człowiek żył w symbiozie z naturą, w oderwaniu od technologii, rozpraszaczy i wiecznej pogoni za sukcesem. To refleksja na temat przemijania, radzenia sobie ze stratą oraz wartościowa przypowieść, aby celebrować i doceniać życie, ponieważ jest ono niezwykle kruche i ulotne.
„Gotycki horror jest moim kościołem, a Boris Karloff mesjaszem”, stwierdził siedmioletni chłopiec oczarowany seansem „Frankensteina” z 1931 roku. Po wielu latach chłopiec spełnił swoje marzenie i nakręcił własną, upragnioną ekranizację. Guillermo del Toro, bo o nim oczywiście mowa, z pietyzmem przywołał powieść Mary Shelley, wskrzeszając ducha i klimat oryginału. W każdym elemencie produkcji widać pasję, zaangażowanie oraz serce włożone w projekt. Jest w nim także wyraźny reżyserski styl, będący konsekwencją złożonej w młodości obietnicy. Bardzo udany film prezentujący ponadczasowy klasyk kolejnemu pokoleniu.
Walter Salles rok temu odebrał Oscara za najlepszy film międzynarodowy za „I’m Still Here”, w którym przypomniał o czarnych kartach z historii Brazylii i przerażającym obliczu wojskowego reżimu. Tożsamym tropem podążył Kleber Mendonca Filho, który w „Tajnym agencie” pochyla się nad tym samym zagadnieniem. O ile u Sallesa historia jest bardziej intymna i ogniskuje się na historycznym przypadku morderstwa Rubensa Paivy, o tyle Filho spogląda szerzej. Portretuje mechanizmy działania aparatu władzy, zaszczucie obywateli, kryzys etycznych i moralnych zasad oraz chaos w elementarnym wymiarze funkcjonowania państwa. Brutalnie oraz bardzo trafnie puentuje, jak nieodwracalne są skutki dziedziczenia spaczonej rzeczywistości, kiedy to sprawiedliwość i prawda umarły na ołtarzu zakłamanej historii.
Pewną powtórką z rozrywki był dla mnie seans „Wielkiego Marty’ego”. Choć historię tenisisty stołowego trudno uznać za wtórną, tak styl narracji i sposób prowadzenia bohatera aż nazbyt wybrzmiewa mi echem „Nieoszlifowanych diamentów”. Najmocniejszym punktem bez wątpienia pozostaje dający popis Timothee Chalamet. Dzięki jego wyczuciu i wrażliwości „Wielki Marty” jest opowieścią o niezgodzie na przeciętność i niestrudzonej pogoni za marzeniem, a nie historią antypatycznego typa, który robi wszystko, by zrazić do siebie ludzi i skomplikować sobie życie.
Czternastą nominację za najlepszy film otrzymał Steven Spielberg, co czyni go rekordzistą. Ten zasłużony twórca nominowany jest jako producent filmu „Hamnet”. Rozumiem zarzuty o emocjonalny szantaż, jakiego dopuszczać się ma Chloe Zhao. Osobiście nie odbieram tego jako świadomy akt masochizmu lub wyrachowanej chęci manipulacji uczuciami widza. Tragedia naturalnie wpisuje się w ramy gatunku melodramatu, a reżyserka traktuje ją jako katalizator w ukazaniu sposobu radzenia sobie ze stratą. W naturalistyczny sposób przedstawia subiektywizm doświadczenia. Ze znanym sobie wyczuciem akcentuje, że ścieżka żałoby, to sprawa indywidualna, która może prowadzić zarówno przez gniew oraz żal, jak i wycofanie oraz ciszę. To prawda, że seans jest bolesny i smutny, ale zapewnia, że obok śmierci jest sztuka, a ta ma w sobie moc nieśmiertelności. „Hamnet” zdobył nagrodę BAFTA za najlepszy film brytyjski oraz Złoty Glob za najlepszy dramat.
Swój głos oddałbym w tym roku na „Wartość sentymentalną”. Joachim Trier nakręcił wielowarstwową i złożoną psychologicznie historię o rodzinnych barierach. Dziedzicznych traumach przekazywanych wraz z DNA z pokolenia na pokolenie. O wyrazistych, trudnych charakterach, których osobowość uniemożliwia osiągnięcie wzajemnego zrozumienia. Zrozumienia, którego desperacko wręcz potrzebują i o które nieświadomie wciąż zabiegają. Wybitna rola Stellana Skarsgarda i w mojej opinii najlepszy film tegorocznej stawki.
Patrząc racjonalnie Oscar trafi do „Grzeszników” lub „Jednej bitwy po drugiej”. „Grzesznicy” otrzymali dotychczas Złoty Glob za najlepsze osiągnięcie kinowe i finansowe, Saturna za najlepszy thriller, a także Czarne Szpule za najlepszy film. „Jedna bitwa po drugiej” skompletowała Złoty Glob za najlepszą komedię lub musical, nagrodę BAFTA, Critics’ Choice, National Board of Review, Gotham oraz Złoty Laur Amerykańskiej Gildii Producentów Filmowych. Czysto matematycznie wydaje się więc, że sprawa powinna być z góry przesądzona. „Grzesznicy” mają na finiszu jednak bardzo dobrą prasę oraz wzorcowo prowadzoną kampanię marketingową. Z tej przyczyny sądzę, że pojedynek może być o wiele bardziej wyrównany, niż wskazują na to standardowe sondaże.
Ryan Coogler nie wymyślił koła na nowo. Sięgnął po znane, podstawowe składniki i przygotował z nich prawdziwie wykwintne danie. Co istotne, zamiast podążyć popularnym w ostatnim czasie trendem wpisywania afroamerykańskiej kultury w zakorzenione już masowe fundamenty, postąpił wprost przeciwnie, dobitnie akcentując bogactwo jej własnego dziedzictwa. Można wprawdzie postawić tezę, że „Grzesznicy” to tak naprawdę kalka z duetu Robert Rodriguez, Quentin Tarantino i jest to nowsza wersja „Od zmierzchu do świtu”, lecz według mnie byłoby to krzywdzącym umniejszeniem. „Grzesznicy” mają własną tożsamość, unikalny klimat, a także wszelkie elementy filmowego rzemiosła na najwyższym poziomie.
Jak wspominałem scenariusz „Jednej bitwy po drugiej” powstawał od dawna. Nieprawdopodobne jak bardzo aktualna jest jego problematyka mimo upływu tych lat. Zapytany o ten fakt Paul Thomas Anderson odpowiedział słowami Perfidii, bohaterki filmu: „Szesnaście lat później, świat zmienił się bardzo nieznacznie” i spuentował, że cywilizacyjnie tylko wydaje się nam, że tak bardzo się transformujemy, kiedy w istocie pozostajemy wciąż tymi sami, dopuszczającymi się identycznych idiotyzmów, ludźmi. Początkowo miałem kłopot z filmem. Nie mogłem odnaleźć balansu w proporcjach komedii i dramatu. Satyra była dla mnie zbyt mocno oderwana od realizmu. Choćby stowarzyszenie białych suprematystów i prawicowych radykałów tajnie rządzących krajem w ramach Klubu Świątecznych Poszukiwaczy Przygód zdawało się przesadnym absurdem. W obliczu faktycznych wiadomości i obrazków spływających ostatnimi czasy spoza oceanu, jestem już znacznie bliższy konsternacji. Widząc nagranie z Białego Domu, gdzie grupa pastorów otacza prezydenta, modląc się o mądrość z nieba, która wypełni jego serce i umysł, lub czytając doniesienia oficerów, którzy słyszą, że wojna z Iranem jest zatwierdzoną biblijnie misją rozpoczęcia armagedonu w celu powrotu Chrystusa, zmuszony jestem zawiesić swoją niewiarę wobec filmu. Może to przerysowanie i chaos, o których traktuje „Jedna bitwa o drugiej”, to właściwa soczewka dla zobrazowania naszej obecnej rzeczywistości. Sądzę, że film Paula Thomasa Andersona sięgnie po Oscara za najlepszy film, a zwycięstwo to będzie wybrzmiewać echem maksymy Boba: Viva la revolucion!
zdj.