Narodziny gwiazdy - recenzja filmu

Od piątku w polskich kinach możecie oglądać film Narodzin gwiazdy, reżyserski debiut Bradleya Coopera z Lady Gagą w roli głównej. Jak wypadła kolejna wersja popularnej hollywoodzkiej historii? Zapraszamy do lektury naszej recenzji.

On jest kimś, ona jeszcze nikim. On jest gwiazdą muzyki country rozpalającą serca tysięcy fanów na koncertach, ona kelnerką z marzeniami. Spotykają się przypadkowo, w barze, w którym ona występuje. O tym, co dzieje się później, doskonale uświadomieni będą Ci, mający w swym filmowym dorobku więcej niż 100 obejrzanych amerykańskich produkcji. Chciałoby się powiedzieć: "historia stara jak świat". Tyle, że ów świat jest niczym więcej, jak wytworem sprawnie działającej maszyny zaprogramowanej tak, by kreować fantazje. Jednak mimo wszystko, zanurzając się w iluzję, jesteśmy w stanie zapomnieć o maszynie, o kreacji, o wszystkich poprzednich wcieleniach ludzi, których obecnie podziwiamy na ekranie. Debiutującemu w roli reżysera, Bradleyowi Cooperowi udała się rzecz niełatwa – opowiadając dobrze znaną baśń, był w stanie wciągnąć słuchacza. Jego Narodziny gwiazdy to zaskakująco solidne rzemiosło.

Zarzuty o powtarzalność, czy schematyczność obrazu z pewnością nie byłyby niczym kontrowersyjnym, jednak tego typu oskarżenia stają się mało znaczące z uwagi na to, że film Coopera – mówiąc najprościej – naprawdę działa. Jest to jedna z tych produkcji, w których łatwo wytknąć palcem wszelkie nieścisłości bądź rażące elementy będące w stanie spowodować u widza zażenowanie. Cooperowi bardzo rzadko zdarza się uciekać w ckliwość i tani dramatyzm (być może z wyjątkiem ostatniego aktu), zamiast tego stawia na nadanie głębi psychologicznej swoim postaciom i budowanie bardzo autentycznych relacji między nimi. Najlepiej pod tym względem niewątpliwie wypadają odtwórcy głównych ról – wyposażony w nowy, przenikliwy i głęboki głos Bradley Cooper oraz niespodziewanie naturalna i grająca z niewymuszonym wdziękiem Lady Gaga. Para może poszczycić się niesamowitą chemią i to w znacznej mierze dzięki ich fantastycznemu sprzężeniu można bez wątpienia uwierzyć w przenikającą ich na ekranie filmową magię. Cooper w tym filmie udowadnia, że jest filmowcem na tyle sprawnym, by uczynić z tak banalnego i trywialnego gestu jak dotknięcie nosa moment magiczny. Od czasu premiery La La Land nie wyprodukowano w Hollywood zbyt wiele filmów, posługujących się urokiem w podobny sposób.

star_is_born_2018_featured-min.jpg

Wbrew pozorom, Narodziny gwiazdy nie są tylko ładną laurką o burzliwej miłości, pozwalającą na chwilę zatracić się w wirze wielkiego uczucia. Film ma też co nieco do powiedzenia o kondycji osoby zwanej celebrytą w dzisiejszym świecie, a także rzuca bardzo ciekawe spojrzenie na przemysł rozrywkowy. Dość oschły i krytyczny punkt widzenia show-biznesu zaproponowany w filmie, najpełniej uwidacznia się za sprawą losów postaci granej przez Lady Gagę. Obserwując jej poczynania, nietrudno dojść do wniosku, iż jednym z zamierzeń twórców było zawarcie w Narodzinach dewizy o niszczeniu indywidualizmu przez bezwzględny, rządzący się swoimi prawami przemysł rozrywkowy. Zabieg ten w filmie staje się o tyle interesujący i przewrotny, że istniejąc w związku z pozafilmową rzeczywistością, budowany jest on na zasadzie paralelizmu. Kariera sceniczna odtwórczyni głównej roli jest właściwie antytezą drogi obranej przez jej ekranowy odpowiednik – Lady Gaga słynie przecież z ekscentrycznych stylizacji, krzykliwego i pełnego blichtru stylu, a filmowa Ally zanim upodobni się do pozbawionej charakteru gwiazdy popu, zasłynie z duetu country i melancholijnego utworu „Shallow”. Aktorce, która w pewnym sensie wystawia swój wizerunek na krytykę należą się tym większe brawa.

Wokalistka już teraz przewodzi w wielu rankingach dotyczących przewidywań Oscarowego wyścigu, ale intuicja każe podpowiadać, że nie będzie w tym osamotniona. Prócz wspomnianego świetnego pierwszego planu, spektakularne kreacje narodziły się również na planie drugim. Niewielka, lecz naładowana dużym ładunkiem emocjonalnym rola Sama Elliotta kładzie nacisk na sentymentalny charakter filmu i zwraca uwagę na poruszany wątek rodziny jako filaru bezpieczeństwa. Podobnie jest z niekonwencjonalnie obsadzonym Dave’em Chappelle. Amerykański komik pojawia się w zaledwie kilku scenach, lecz jego obecność nie jest bez znaczenia, bowiem za jego sprawą wydarzenia filmowe nabierają obrotów. Wciąż rosnące wyniki odtworzeń utworów z filmu na YouTube oraz coraz bardziej ochoczo pojawiające się w sieci cytaty, pozwalają nie tylko przyjrzeć się oddziaływaniu produkcji na publikę, ale również postrzegać ją, jako istotnego kandydata do wielu innych statuetek.

04-a-star-is-born-2018-billboard-1548-min.jpg

Bohater grany przez Coopera - dogorywający muzyk i legenda country rocka - ma w sobie coś z szaleństwa Jima Morrisona i antyestablishmentowego charakteru Johnny’ego Casha. Z poczuciem bezradności przygląda się scenicznej kreacji Ally, a jego stosunek do show-biznesu najlepiej podsumowuje krótki występ na rozdaniu nagród Grammy zwieńczony kontaktem z podłogą i plamą od moczu na spodniach. W jednej ze scen mówi do swej partnerki: „Każdy ma talent, ale tylko niektórzy mają coś do powiedzenia.” Niech to będzie najlepsze potwierdzenie tego, że Cooper powiedział w tym filmie wiele.

Ocena 4/6

źródło: zdj. Warner Bros.