Tomb Raider - recenzja filmu

Od 6 kwietnia w polskich kinach możecie oglądać film Tomb Raider z Alicią Vikander w roli głównej. Jak wypadł powrót Lary Croft na duży ekran? Zapraszamy do naszej recenzji.

W jaki sposób przyprawić kinomana o zgrzyt zębów? Odpowiedzi jest z pewnością wiele, ale jedną ze skuteczniejszych metod jest pokazanie mu filmu opartego na grze wideo. Od momentu, gdy w 1993 roku z okazji premiery Super Mario Bros do kin zawitał najbardziej znany hydraulik świata, liczbę przyzwoitych ekranizacji można by podać na palcach jednej ręki. W ostatnich latach, mimo tego, że twórcy gier coraz chętniej stawiają na filmowość swoich produkcji (teoretycznie ułatwiając przy tym robotę przedstawicielom hollywoodzkich studiów), nie doczekaliśmy się niestety żadnego przewrotu. Tymczasem zupełnie niespodziewanie, rok 2018 dzięki nowej wersji Tomb Raidera, po wyciągnięciu odpowiednich wniosków może okazać się małym punktem zwrotnym w podejściu do tworzenia tego typu kina. Po tym, jak silnik Need for Speed przegrzał się na starcie, Agent 47 nie wypełnił kontraktu, a Assassinowi do miękkiego lądowania było daleko, Lara Croft (tym razem) wywiązała się ze swojego zadania wzorowo.

Tomb Raider bazuje na wznowionej w 2013 roku udanej serii, w której historia głównej bohaterki opowiedziana została od nowa. Lara będąca przypuszczalnie najlepiej rozpoznawalną kobietą ze świata gier, dzięki rewitalizacji cyklu stała się bardziej autentyczna niż kiedykolwiek. Na całe szczęście, podobną strategię przyjęli również twórcy owego filmu, ponieważ panna Croft w wykonaniu Alicii Vikander to postać, w której udało się zagnieździć osobowość. Nadzwyczajnie utalentowaną pod każdym względem Larę sportretowaną przed laty przez Angelinę Jolie należałoby zatem puścić w niepamięć. W pewnym sensie wchodząc w dialog z filmem z 2001 roku, otwierającą scenę nowego Tomb Raidera postanowiono umieścić na ringu. Tym razem jednak, to naszej protagonistce przyjdzie zbierać zęby z podłogi. Po chwili miejsce akcji przeniesione zostaje na ulice Londynu, które najwyraźniej stanowią naturalne środowisko Lary, jako że ta, nie przyjmując spadku po ojcu, zarabia jako kurier. Relacja dziewczyny z ojcem (Dominic West) obejmuje w gruncie rzeczy główną oś fabularną filmu. To z powodu jego niewyjaśnionego dotychczas zaginięcia bohaterka funkcjonuje w ten sposób. Nie potrafiąc pogodzić się ze stratą i nie przyjmując do wiadomości informacji o jego śmierci, Lara udaje się w ostatnie znane miejsce jego pobytu.

TR-15006.jpg

To, co w pewnej mierze wyróżnia ten film na tle całej rzeszy pozostałych produkcji mających pierwowzór w wirtualnej rzeczywistości, przejawia się w jego braku podporządkowania względem oryginału. Filmowy Tomb Raider po historii przedstawionej w grze przejął w istocie niewiele. Wadą mnóstwa ekranizacji wydaje się obsesyjne naśladowanie formuły gry komputerowej. Wyniki tego typu zabiegów mogliśmy ‘‘podziwiać’’ chociażby w poprzednich odsłonach przygód pani archeolog, gdzie Angelina Jolie bez większego wysiłku czy też poruszenia rozprawiała się z każdym, kto stanął na jej drodze. W tego typu przypadkach dochodzi do skrajnej imitacji atrybutów gry. Te przeważnie nie mają prawa bytu w filmie, a co za tym idzie całkowicie pozbawiają go charakteru i uniemożliwiają opowiedzenie własnej historii. Z nowym Tomb Raiderem owe zarzuty nie mają nic wspólnego, bowiem obraz zdaje egzamin jako dzieło oparte na prototypie, ale broni się także w postaci osobnego wytworu.

Norweski reżyser (Roar Uthaug) mający na koncie kilka filmów na wskroś hollywoodzkich, po przeniesieniu się na grunt amerykański odnalazł się jak ryba w wodzie. Stworzył obraz niestroniący od znanych nam klisz i powtórzeń (szczególnie w końcowym akcie), skrojony według ściśle określonej struktury od-zera-do-bohatera, ale był w stanie zrobić to na tyle umiejętnie, by całość prezentowała się efektownie. Jest tu naprawdę sporo niezłych scen akcji, a niektóre z nich, ze względu na pracę kamery wydają się odnosić bezpośrednio do gry. Nie jest to nic natrętnego, wypadałoby wręcz podejść do tego jako formy mrugnięcia okiem w stronę gracza. Tomb Raider nie unika schematów, czasem zdarza się wpaść w sztampową pułapkę, ale dużą zaletą filmu jest to, że potrafi się z niej skutecznie wydostać. Często z pomocą przychodzi również odtwórczyni głównej roli. Alicia Vikander będąca tak nieoczywistym castingowym wyborem jest wprost urzekająca. Świetnie łączy zawziętość charakteru Lary z jej arystokratyczną elegancją.

Pomimo iż Lara Croft biega przez dżunglę mocno wydeptanymi już ścieżkami, a potencjał drugiego planu gdzieś się w tym lesie zawieruszył, to film wciąż pozostaje atrakcyjnym widowiskiem. Materiału pod kontynuację zapewniono niemało, toteż jeśli wynik w box office będzie pozytywny, w przyszłości możemy spodziewać się więcej plądrowania grobowców.

Ocena -4/6

źródło: zdj. Warner Bros.