David Simon – sylwetka najlepszego współczesnego twórcy seriali

David Simon. Dziennikarz, twórca telewizyjny, pisarz, aktywista społeczny. Serial „The Wire”, który wyprodukował dla stacji HBO, w wielu zestawieniach i rankingach jest uznawany za najlepszy serial w historii. Ale zacznijmy od początku. Kim jest David Simon?

Urodził się 9 lutego 1960 roku w Waszyngtonie. Posiada żydowskie korzenie ze strony matki pochodzące ze wschodniej Europy oraz Węgrzech (jego babcia zmieniła nazwisko z „Leibowitz” na „Ligeti”). W 1983 roku ukończył Uniwersytet Maryland, w którym pisał do studenckiej gazety „The Diamondback”. Zanim jednak ukończył studia, to już w 1982 roku zaczął pracować w „The Baltimore Sun”, w którym to spędził aż 13 lat. Większość czasu, który spędził pracując w gazie poświęcał sprawom kryminalnym. W trakcie pracy dla „The Baltimore Sun” spędził rok w wydziale zabójstw w Baltimore, gdzie zbierał materiały do swojej, wydanej w 1991 roku książki „Homicide: A Year on the Killing Streets” (ukazała się ona również w Polsce, w 2013 roku pod tytułem „Wydział Zabójstw. Ulice zabójstw” nakładem wydawnictwa Buchmann”). W 1992 roku utrzymał za nią nagrodę im. Edgara Allana Poe w kategorii kryminał oparty na faktach. Nabyte doświadczenie wykorzystał tworząc najpierw serial „Wydział zabójstw Baltimore” (powstał na bazie książki Simona), a następnie tworząc wspomniane na początku „Prawo ulicy”. Jego kariera twórcy telewizyjnego nieprzerwanie związana jest z HBO, dla którego już w 2000 roku wyprodukował pierwszy serial „The Corner”.

Przypadkowemu widzowi mówię: pieprz się!

To słowem wstępu. Co zaś sam Simon mówi o swoich produkcjach? Na zorganizowanym przez HBO Polska w 2015 roku spotkaniu z twórcą powiedział, że nie tworzy seriali dla przypadkowych widzów. Nie zależy mu nich i mówi wprost: „pieprzcie się!”. Nie ukrywa, że żeby zaangażować się w historie opowiedziane w jego produkcjach widz musi się poświęcić i przetrwać te 2-3 godziny. Poczuć historię, poznać fabułę, czy też specyficzny, czasami nawet hermetyczny język, jakim posługują się bohaterowie. Sam przywołuje tutaj przykład mało znanego, ale nagradzanego miniserialu „Generation Kill: Czas wojny”, w którym pada chociażby fraza „oscar mike”, która w żargonie marines przedstawionym w tej produkcji oznacza - „ruszamy”.

Zabieram widza w podróż. Nie tłumaczę mu, co i jak. Jeśli się poświęci, zaangażuje, to zobaczy, poczuje, co czują bohaterowie.

Tutaj dochodzimy do tego, czemu seriale Simona, chociaż są nagradzane i chwalone, są tak trudne do wgryzienia się w nie i przeżywania historii. Kluczem jest pogląd, czy też sposób, w jaki Simon lubi i chce podróżować. Nie chce mieć żadnego przewodnika, człowieka, który mówi mu „tu jest to i to, tam coś innego” i opowiada całą podróż. Woli wyjechać gdzieś, wynająć dom i poczuć najbliższą okolicę, a następnie podróżować dalej i doświadczać miejsca takim, jakim jest. Na swój sposób.

I to widzimy w jego serialach. Trwają one po 6, 10, 12 godzin, ale w każdym z nich początku nic nie zostaje jasno przedstawione. Sami musimy do tego dojść, dowiedzieć się kto jest kim, jaki jest.

O produkcjach Simona często mówi się, że mają one ogromną rolę edukacyjną. I tak też pewnie w istocie jest. Serial „The Corner” jest niemalże fikcyjnym reportażem o ludziach uzależnionych chcących jakoś przetrwać. „The Wire” opowiada o walce z narkotykami i całym mechanizmie polityczno-społecznym zachodzącym w Baltimore. „Generation Kill” mówi o żołnierzach, którzy wyruszają na wojnę w Iraku i muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości. „Treme” jest o zniszczonym huraganem Katrina Nowym Orleanie i ludziach starających odbudować to miasto. „Kto się odważy” z Oscarem Isaakiem przedstawia autentyczną historię burmistrza Yonkers – miasta pod Nowym Jorkiem – który musi zmierzyć się z problemem segregacji rasowej i budowy mieszkań socjalnych dla Afroamerykanów. „Kroniki Times Square” ukazały nam jak w Stanach rodził się biznes pornograficzny, czy jakie zmiany społeczno-polityczne zachodziły w Nowym Jorku lat 70. i 80. Ostatni wyemitowany serial Simona, „Spisek przeciwko Ameryce”, chociaż jest oparty o alternatywną wizję przeszłości przedstawioną w powieści Philipa Rotha, to dalej pozostaje aktualnym komentarzem do rosnących podziałów i ksenofobii w społeczeństwie. Każdy z tych problemów jest ciągle w pewien sposób aktualny. Jest problem z narkotykami, wojnami na Bliskim Wschodzie, klęskami żywiołowymi, uchodźcami i ich przyjęciem, czy też pornografią i wszechobecnym seksizmem.

Generation Kill-min.jpg

Twórca jednak mówi wprost, że unika w swoich produkcjach dydaktyzmu. Jak mówi w wywiadzie udzielonym dla portalu Onet.pl: „Nie mogę być zbyt dydaktyczny, bo wtedy będę zwracał się tylko do swoich wyznawców, do lewicowej publiczności i nie wpłynę na niczyje zdanie. Ale mogę prowokować. Niewolnictwo w moim kraju nie skończyło się dzięki długim latom zbierania informacji i prezentowania faktów.”

Wspólnym mianownikiem produkcji Simona jest rasizm, ksenofobia, których jest wyraźnym przeciwnikiem. Do tego jest propagatorem równości, niezależnie od koloru skóry. Może to wydawać się dziwne, w końcu mówimy o człowieku, który wychowywał się w większości zamieszkanym przez czarnoskórych Baltimore. Jednak na niego wpłynęło to w pozytywny sposób. W wywiadzie dla internetowego magazynu „enter the Room” mówi:

Zajęło mi trochę czasu, zanim nauczyłem się rozmawiać z tymi ludźmi, zresztą nie tylko czarnymi, ale też Irlandczykami czy Włochami pracującymi w policji. Spotkanie z innymi kulturami i systemami wartości uczy pokory i dialogu, ale w pewnym momencie nasze uprzedzenia zderzają się z rzeczywistością i zdajemy sobie sprawę, że nie ma się czego bać, bo ludzie zwykle chcą tego samego.

Wątek ten jest również poruszany w przytoczonym wyżej wywiadzie dla Onetu: „Nie jestem neutralny w kwestiach społecznych. Mam swoje poglądy na temat desegregacji. Po tylu latach moje społeczeństwo nie może doświadczać segregacji rasowej. To szkodliwe dla wszystkich: białych, czarnych, Latynosów. Punktem wyjścia dla mnie jest założenie, że optymalne społeczeństwo nie jest podzielone na tle rasowym.”. Pomimo jednak takich poglądów wie, że nie może przedstawiać wizji świata, taką jaką chce i jaka mu pasuje, jak dodaje: „Muszę grać kartami, które dostaję i prezentować realistyczną wizję świata. Jeśli opowiadam o czterech kobietach, które przenoszą się z mieszkań komunalnych w złej dzielnicy do białej części miasta, to nie wszystkie będą święte. Nie wszystkie będą ciężko pracować i unikać złych decyzji.”. Jest to temat, który często i bardzo dokładnie porusza Simon czy to wywiadach, czy też produkcjach. Przejdźmy jednak do opus magnum Davida Simona i rzeczy, które na nie wpłynęły – „The Wire”.

Wszystko, co zostało pokazane w The Wire na przestrzeni pięciu lat – zbrodnia, korupcja – naprawdę wydarzyło się w Baltimore. Wątki podkradliśmy z życia

Prawo ulicy”, jak wszystkie produkcje Simona, zostało doceniane dopiero kilka lat po premierze. Dość powiedzieć, że nie dostało jakiejkolwiek poważnej nagrody. Jednak brak nagród nie przeszkodził tej produkcji znaleźć się na pierwszym miejscu w wielu rankingach na najlepszy serial w historii. Simon wykorzystał w trakcie pisania scenariusza swoje doświadczenie dziennikarskie oraz mógł pozwolić sobie na o wiele więcej, niż w trakcie prac nad „Wydziałem zabójstw Baltimore”, bo za wszystkim stała telewizja HBO – pionier współczesnej telewizji i seriali, jakie widzimy teraz. Główną osią serialu jest walka policji z handlarzami narkotyków. Na ich temat i sytuacji, która miała miejsce w Baltimore w rzeczywistości, jak i serialu Simon wypowiedział się dla portalu Salon.com

Nie jestem zwolennikiem narkotyków, ale to, czego nie udało im się zniszczyć, doszczętnie rozbiła wojna narkotykowa. Rząd stworzył strefy wojny, w których jedynym motorem ekonomicznym jest samonapędzający się handel narkotykami. Zawsze tak będzie, ale politycy oczekują, że ludzie po prostu to porzucą. Niewiarygodnie naiwna postawa.

W jednej krótkiej wypowiedzi mamy odniesienie do sytuacji przedstawionej w serialu, jak i krytykę rządzących. W rozmowie z Barackiem Obamą powiedział, że obserwując pracę policjantów zauważył, że im więcej uwagi poświęcają walce z handlarzami narkotyków, tym bardziej spada ilość aresztowań za gwałty, morderstwa, korupcję. To widzimy też w serialu Simona, gdzie korupcja jest wszechobecna. Do tego dochodzi fakt, o którym się nie mówi. „Walka z narkotykami, to walka z najniższą klasą społeczną”, co widać od początku. Mamy strefy wojny, w których by przeżyć, trzeba handlować.

Wracając do krytyki rządu – w serialu mamy wątek polityczny i polityków, których idealnie odzwierciedlają słowa Simona: „Politycy skupiają się na natychmiastowych korzyściach i najbliższych wyborach, zapominając, że procesy społeczne toczą się przez dziesięciolecia i skutki niektórych decyzji będą widoczne dopiero za kilka dekad. Nikogo nie obchodzi dłuższa perspektywa”. I każdy z nas wie, że taka jest prawda, a jeśli są postacie jak burmistrz Nick Wacisko z „Kto się odważy”, którym zależy, to szybko nadchodzi kres ich kadencji.

O „The Wire” mówi się w Stanach cały czas, ale też w Europie temat jest często poruszany, czego powodem według  Simona jest fakt, że: „The Wire jest osadzony w świecie post-industrialnego kapitalizmu. Wszyscy na zachodzie się z tym teraz zmagamy. Kontekst jest więc uniwersalny, jednak język, którego używamy, jest bardzo hermetyczny.”. Słowa te mogą potwierdzać, że serial Simona spełnia rolę edukacyjną.

Walczę o każdego dolara

Seriale Simona są powszechnie chwalone, uznawane za świetne, odnoszą sukcesy w wielu zestawieniach, ale nie odnoszą sukcesów finansowych, jak chociażby „Gra o Tron” czy też „Breaking Bad”. Simon zdaje sobie z tego sprawę i sam powiedział na wyżej przywoływanym spotkaniu: „Martin Scorsese dostanie 25mln dolarów, bo przyciągnie ludzi. Ja tego nie zrobię i muszę walczyć o każdego dolara. Dlatego ważna jest dla mnie praca z reżyserem, który rozumie biedę. Dla mnie to świetne wyzwanie. Nie dostanę, więcej pieniędzy, ok. Dzięki temu staję się kreatywniejszy. W moich scenariuszach nie ma miejsca na zbędne sceny. Muszą być zwarte”.

Chociaż swoich produkcji raczej nie ogląda, tak sam jest widzem i ogląda różne produkcje. Ma jednak specyficzny gust, ponieważ jak mówi dla „Denver Post”: „Ktoś mi musi powiedzieć, że serial dobrze zaczyna i dobrze się kończy, bym go obejrzał.”. Mówi również o tym, że dla niego film, czy też serial nie musi nieść, czy też hołdować wielkim ideom. Na jednej z ostatnich gal Oscarowych kibicował „Moonlight”, ale gdy zobaczył „La La Land”, to zmienił zdanie. Do tego lubi serial „Archer” za jego „głupi, ale zabawny humor”. Na pytanie, czy jest produkcja, której zazdrości mówi bez ogródek, że jest „Rodzina Soprano”, która również jest stawiana przez niektórych na piedestale w rankingach na najlepszy serial.

Trudno jest mi pogodzić się z faktem, że teraz jestem bardziej poważany niż kiedy pracowałem jako reporter

Chociaż Simon od lat zajmuje się tworzenie produkcji telewizyjnych, tak nie zapomina o swoich „korzeniach” dziennikarskich i często wypowiada się nt. współczesnego dziennikarstwa. Uważa, że gdyby dalej był dziennikarzem, to nie doszłoby do jego rozmowy z Barackiem Obamą, do której doszło poprzez to, jaką historię przedstawił w „The Wire” i jak wypowiada się nt. narkotyków. Wie, że teraz też przykuwa większą uwagę ogółu, niż jako dziennikarz, co „wynika z tego, że więcej ludzi ogląda telewizję, niż czyta. Niestety”.

Simon wysuwa tezę, że: „Dziennikarstwo chce być zawodem zaufania publicznego, ale jednocześnie nie chce nikogo oburzyć. Zresztą ten człowiek w domu na przedmieściu z dwójką, trójką dzieci, psem i kotem wcale nie chce być oburzany. Wszyscy zgadzamy się, że martwi nas głód na świecie, ale porozmawiajmy o nim bez wchodzenia na trudne tematy.”. Do tego Simon dorzuca fakt, jak bardzo dominujące stały się media społecznościowe, szczególnie Twitter, oraz walka o to, kto pierwszy opublikuje materiał, zdjęcie, wideo z miejsca zdarzenia. „Nie wierzę w dobre amatorskie dziennikarstwo. Są ludzie, którzy są wyszkoleni, by wykonywać ten zawód. Jest pewien etos. Zrezygnowaliśmy z dyskusji i straciliśmy pewien profesjonalizm, co nie jest dobre. Oczywiście nie neguję ery cyfrowej i nie staram się zabronić ludziom używania telefonów komórkowych. Próbuję tylko powiedzieć, że ta wierzchnia warstwa, nazwijmy ją redagowanie i etyka były niesłychanie wartościowe.”

David Simon to bez wątpienia barwna postać, która nie kryje się ze swoimi poglądami. Możemy się o nich dowiedzieć w wywiadach, wypowiedziach tekstach oraz jego twórczości. Jednak poza tym świetnie potrafi mówić o problemach współczesnego świata nie tylko w swoich serialach, czy księgach, ale również wywiadach. Z łatwością łączy tematy i odnajduje odniesienia, co pokazuje tylko jego wszechstronność. Możemy w nich znaleźć sposób, w jaki Simon tworzy swoje seriale, jak rozwija się jako twórca. Wisienką na torcie jest fantastyczna rozmowa, czy też wywiad z Davidem Simonem, który przeprowadził z nim Barack Obama. A wzięła się ona przecież z tego, że Obama jest fanem twórczości Simona oraz zaangażowania społecznego twórcy. Na koniec, jak mówi Simon:

W moich serialach nie będzie smoków, bo nie potrafię kreować światów, które nie istnieją. Potrafię mówić tylko o rzeczywistości.

Na mały ekran Simon powróci już 26 kwietnia za sprawą serialu „Miasto jest nasze”, w którym jeszcze raz zabierza nas do Baltimore.

źródlo: onet / enter the Room / Salon / zdj. HBO