„Inni ludzie” – recenzja filmu. Smog, dym z lufki i niezaspokojone ambicje [46. FPFF w Gdyni]

Na 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni debiutował film „Inni ludzie” bazujący na powieści Doroty Masłowskiej pod tym samym tytułem. Jak wypada produkcja nagrodzona za montaż, główną rolę męską oraz pełnometrażowy debiut?

Aleksandra Terpińska, autorka uznanych krótkometrażówek takich jak „Ameryka” czy „Najpiękniejsze fajerwerki ever”, jest dopiero drugim polskim filmowcem, który w swym CV pochwalić się może adaptacją prozy Doroty Masłowskiej w pełnym metrażu. W 2009 roku tego karkołomnego przedsięwzięcia podjął się oczywiście Xavery Żuławski, który w fikuśny i chaotyczny sposób chciał oddać filmowego ducha debiutanckiej powieści pisarki, „Wojny polsko-ruskiej”. Obecnie, po ponad dekadzie wciąż dokonujących się w cieniu narodowych barw i doskonale odzwierciedlonych w twórczości Masłowskiej zmian społeczno-kulturowych, w szranki z nieprzeciętną literaturą autorki postanowiła stanąć reżyserka stanowiąca świeżą krew. Odwaga przyświecająca powstaniu „Innych ludzi” winna być mierzona podwójnie, bowiem ekranizacja słynnego poematu rapowego jest pierwszym w karierze filmem pełnometrażowym Terpińskiej.

Jej debiut był z pewnością najbardziej nietuzinkowym obrazem tegorocznego festiwalu w Gdyni. Czy jest to jednak film udany? Jeśli wziąć pod uwagę kwestię przeniesienia na ekran unikatowego języka Masłowskiej, to tak. Jeśli zaś należałoby stwierdzić, czy w tym szaleństwie jest metoda, odpowiedziałbym, że nie. W transferze literatury do filmu reżyserka (oraz autorka scenariusza w jednej osobie) poradziła sobie znacznie lepiej, niż przed laty zrobił to Żuławski. Warto dodać, iż jej zadanie było dodatkowo utrudnione, gdyż „Inni ludzie” to lektura pisana słowem rapowanym; to literatura w duchu blokowego trzynastozgłoskowca, uformowana z ulicznej melorecytacji, depresyjnej komedii sytuacyjnej i wątpliwej jakości samorefleksyjnego hip-hopu. W powieści Masłowska rapuje o zatrutej współczesnością Warszawie. Jej wszechwiedzący narrator jest przewodnikiem turystycznym po mieście zasiedlonym ludźmi niespełnionymi, dryfującymi po rzeczywistości jedynie dzięki środkom zapewniającym dryfowanie. Tytułowi „inni ludzie” są jak dzieci we mgle, tyle że zamiast mgły stolicę wypełnia smog, dym z lufki i niezaspokojone ambicje. Słońca nie ma, zamiast niego nad krajobrazem lśni logo Lidla.

W filmie Terpińskiej figurę owianego tajemnicą narratora-rapera przyjął wcielający się w postać Jezusa-rapera Sebastian Fabijański, aktor-od niedawna raper. Już na samym wejściu jego casting wydaje się być bardzo interesującym zabiegiem, świadczącym o pełnym dystansu, autoironicznym nastawieniu twórców lub też, co jest mniej prawdopodobne, o śladzie popkulturowej nieroztropności, mimowiednej gry skojarzeń, która uplasowała go na tej pozycji. Przyozdobiony cierniową czapką z daszkiem mesjasz jest bacznym obserwatorem „innych ludzi”, który swym powtórnym przyjściem wytyka bohaterom brak kontroli nad własnymi żywotami. Trudno jednoznacznie ocenić jego bytowanie w narracji. Momentami zdaje się on być przezornym drogowskazem, a kiedy indziej – postronnym gapiem przekąśliwie komentującym realia protagonistów. Są nimi: Kamil (nagrodzony statuetką za najlepszą pierwszoplanową rolę męską Jacek Beler), ponad trzydziestoletni marzyciel, który mieszkanie z matką i dorywcze prace uzasadnia nagrywaniem prawdopodobnie nieistniejącej płyty, oraz Iwona (Sonia Bohosiewicz), zamknięta w domu, nowobogacka żona zajętego zdradami męża, która izolację rekompensuje sobie zrobionymi cyckami i nowym kompletem z Ikei.

inni ludzie sebastian fabijanski i sonia bohosiewicz

Los stawia ich naprzeciw siebie. Kamil, mimo iż w związku z Anecią (Magdalena Koleśnik), wdaje się w dziki i pełen przygodnego seksu romans z Iwoną. W stołecznym wannabe-MC Iwona szuka wypełnienia pustki pozostawionej po nieobecnym małżonku (Marek Kalita). Kamil z kolei odnajduje w kobiecie możliwość odskoczni od osiedlowo-rodzinnego położenia; okazję uchwycenia świata ustawionego półkę wyżej od jego własnego, nawet jeśli miałoby się to tylko skończyć pożyczką na rachunek z pleja. Terpińska sprawnie zapożycza od Masłowskiej faktograficzne tło i kasandryczny pejzaż „Innych ludzi”. Udaje jej się przenieść na ekran przenikającą kolejne strony powieści groteskową atmosferę beznadziei przerywanej przebłyskami upojenia, wzbogaconymi o ironiczne i, jak gdyby, tragikomiczne poczucie humoru zawarte w tekście. Niemniej, podczas gdy w książce śmiech z reguły odbywa się przez łzy, tak na ekranie zbyt często nabiera on znamion satyrycznych. Powoduje to perspektywę nieco niepokojącą, ocierającą się o stanowisko twórczego protekcjonalizmu, które żart zamienia w mem, a społeczne obserwacje zastępuje farsą.

Wydźwięk filmowych „Innych ludzi” byłby niewątpliwie inny, gdyby nie poczucie braku dramaturgicznego oddechu. W każdej kolejnej sekwencji debiutu Terpińskiej jesteśmy wręcz nękani tempem pędzącej na łeb na szyję narracji, która potrafi nie tyle przytłoczyć, co po prostu pozbawić przenikliwy tekst treści. Masłowski hip-hop jest wypełniony nawracającymi lejtmotywami, które film gubi poprzez deklamacyjną nawałnicę. Obraz przypomina rozciągnięty do półtorej godziny rapowany kawałek, który przerywany jest teledyskowymi wstawkami z zaproszonymi do udziału aktorami. Przesyt tego hip-hopowego musicalu sprawia, że sedno „Innych ludzi” ginie między wersami. Przewinienie mieści się najpewniej w traktowaniu pierwowzoru zbyt dosłownie. Film Terpińskiej jest bowiem adaptacją wyjątkowo wierną, przekładającą kartkę z powieści czasami w skali 1:1. Zabrakło tu miejsca na pierwiastek autonomiczny, więcej twórczej swobody i kreacji ze strony reżyserki. Uporządkowaną rozdziałami lekturę można w każdej chwili zawiesić. Z kina nie warto wychodzić w trakcie seansu.

Wśród piszących o filmie, pojawiły się głosy mianujące debiut Terpińskiej dziełem wybitnym. W moim odczuciu paradoks jej produkcji polega na tym, że pomimo ostatecznej przeciętności, miana dzieła wybitnego „Inni ludzie” byli bodajże najbliżej spośród wszystkich tegorocznych kandydatów gdyńskiego Konkursu Głównego. Jest tutaj sporo fragmentów świadczących o niezaprzeczalnym reżyserskim wyczuciu, uchwycaniu skrawków humoru z nawet najbardziej niepozornych sytuacji czy eksponowania dobrze poprowadzonego rapowego rytmu sprzęgniętego z wyczuloną komedią sytuacyjną. Są aktorzy, którzy w charakterystycznym dla Andrzeja Żuławskiego szale wyciskają niekiedy z tekstu siódme poty. Jest wreszcie zbliżony do perfekcji montaż autorstwa Magdaleny Chowańskiej, który w przenikaniu wewnątrz i między scenami doprowadza „Innych ludzi” do kreatywnego wstrząśnienia mózgu. Na koniec pozostaje jeszcze wyróżnić samą Terpińską, gdyż mierzenie się z istotnie „niefilmowalną” prozą Masłowskiej samo w sobie jest nie lada wyczynem.

Ocena filmu „Inni ludzie”: 3/6

zdj. Warner Bros.