„IO” – recenzja filmu. W marchewkowej koronie cierniowej [47. FPFF w Gdyni]

Jedną z najbardziej wyczekiwanych premier na tegorocznym Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni był „IO”, najnowszy film w reżyserii Jerzego Skolimowskiego, cenionego na całym świecie twórcy, który wsławił się takimi tytułami jak „Fucha”, „Essential Killing” czy nagrodzony Złotym Niedźwiedziem „Start” z 1967 roku. Jak wypada film mający reprezentować nas w walce o tegoroczne Oscary? Zapraszamy do lektury naszej recenzji.

Na szczycie listy najlepszych filmów 1966 roku według francuskiego czasopisma Cahiers du cinéma znalazły się dwa znamienne tytuły. Pierwsze miejsce trafiło do Roberta Bressona i jego dramatycznej przypowieści z osiołkiem jako męczennikiem z „Na los szczęścia, Baltazarze”. Tuż za ulubieńcem nowofalowych krytyków znalazł się „Walkower” – drugi pełny metraż od 28-letniego wówczas Jerzego Skolimowskiego, w którym Francuzi szczęśliwie upatrzyli nowego pretendenta do miana kinowego autora par excellence. Niespełna 60 lat później do kin przedostaje się „IO”, z jednej strony utrzymana w charakterystycznej dla polskiego filmowca formie eksperymentalna wariacja „Baltazara”, z drugiej zaś symboliczny hołd złożony tyleż Bressonowi, co istocie zwierzęcia. Krytycy, którzy widzieli film w Cannes (skąd ekipa wyjechała z Nagrodą Jury) i na Nowych Horyzontach doszukali się też w „IO” wydźwięku autobiograficznego. Oto bowiem wodzony za nos osiołek tuła się po Europie niczym wygnany z Polski reżyser, którego niepokorna twórczość rozwścieczyła skundloną (przy całym szacunku dla kundelków) władzę. O czym zatem tak naprawdę mówi nam „IO”?

Skolimowski stanowczo wyznaje, że główną myślą przyświecającą produkcji jest zwrócenie uwagi na ludzkie okrucieństwo względem zwierząt. Film ma być kuksańcem dam ozdobionych w futra z lisa, kopniakiem wobec ekologicznych ignorantów czy wreszcie mocnym sierpowym wymierzonym w stronę popleczników chowu przemysłowego. Przy tego typu założeniach bardzo łatwo o ideologiczną łopatę, którą ziemię kopała choćby Agnieszka Holland w „Pokocie”. Skolimowski – mimo że boksował za młodu – swe ciosy wymierza z lekkością, atakuje równie celnie, co zwinnie. Nie uświadczycie tu szantażu emocjonalnego czy obrazków rodem z pikiet rozhisteryzowanych aktywistów. Wzorem Victora Kossakovsky’ego i chwytającej za serce „Gundy” polski reżyser „oddaje głos” swojemu głównemu bohaterowi. Jak wskazuje dwuznaczny tytuł, „IO” (zarazem imię protagonisty, jak i onomatopeja) to opowieść przedstawiona z perspektywy osła. W przeciwieństwie do filmu Bressona, to nie ludzie są tu najważniejsi. Człowiek jest u Skolimowskiego jedynie pejzażem, który odbija się w przytomnym wzroku IO. Widok ten nie napawa optymizmem.

Sam osiołek okazuje się malarzem bardzo zręcznym. IO postrzega człowieczeństwo we wszystkich barwach, począwszy od tych ciepłych – którymi mienią się ludzie empatyczni, jak artystka Magda (Sandra Drzymalska) – kończąc na zimnych, spowitych mrokiem fizycznego okrucieństwa, absurdalnej rywalizacji, a nawet mordu. W „IO” przemierzymy wraz z bohaterem pół Europy, rozpoczynając  podróż w cyrku sygnowanym Orionem, myśliwym gigantem z greckiej mitologii, który niczym kapryśne fatum czuwać będzie nad kopytnym w trakcie wojaży. Prowadzony ludzką ręką osioł trafi do wystawnego pałacu enigmatycznej Księżnej (Isabelle Hupert), nowo powstałej stajni, gdzie spotka się z hierarchizacją świata zwierząt, czy wprost na trybuny lokalnej potęgi piłkarskiej z okręgówki, której kibice instynktownie mianują go jednym z nich. Wędrówce zwierzaka nieustannie towarzyszy dojmujące poczucie niemocy i posłuszeństwa, które – idąc bressonowskim tokiem myślenia – zostało nadane mu przez ludzi na kształt marchewkowej korony cierniowej. Seans „IO” należy do tych określanych często „słodko-gorzkimi”. Skolimowski nie karmi nas smutkiem, przeciwnie, w filmie jest sporo humoru. Gdy jednak zmierzamy do końca, górę bierze gorycz.

1340-1024.jpg

Wbrew temu, co można by pierwotnie założyć, „IO” charakteryzuje naprawdę dobry scenariusz. Skolimowski wraz ze swą zawodową i prywatną partnerką Ewą Piaskowską („Cztery noce z Anną”, „Essential Killing”) rzadko włączają tryb autopilota i umiejętnie krążą między kolejnymi przystankami podróży osiołka. Opowieść spowijają rozmaite klucze interpretacyjne, od wspomnianych cech biograficznych, przez aspekt humanistyczny, aż po przestrogę w duchu podniesienia świadomości ekologicznej. Nie oznacza to bynajmniej, że w produkcji obyło się bez wad. Na drodze do uznania „IO” niepodważalnym sukcesem filmowym stoi przeszkoda w postaci kilkukrotnej gimnastyki z dosłownością i formalnych ekscesów, które balansują na granicy przedobrzenia. Warto jednak uściślić, że najnowszy film twórcy „Wrzasku” jest imponującym skokiem jakości po docenionych gdzieniegdzie, lecz technicznie niedomagających  „11 minutach”. Za sprawą tego tytułu reżyser ponownie pokazuje, że nawet po przekroczeniu osiemdziesiątki, w kwestii sprzęgnięcia alternatywnej formy i bezkompromisowej treści w Polsce nie ma sobie równych. W moim odczuciu „IO” to najpiękniej nakręcony film w karierze Skolimowskiego.

Za warstwę wizualną produkcji odpowiada Michał Dymek, młody operator doceniony gdyńskimi Złotymi Lwami za „Sweat” czy na Camerimage za „Supernovę”. Wspomagany Pawłem Edelmanem i Michałem Englertem (!) zdjęciowiec daje wyraz prawdziwemu tour de force sztuki operatorskiej. Uprawiana przez Dymka żonglerka perspektywami i saturacyjny nadmiar są w stanie zniechęcić część widowni potencjalną popisówą, choć jakkolwiek nie testowałby on naszej wytrzymałości, nie sposób nie docenić części rozwiązań. W zgodzie z przesłaniem Skolimowskiego kamera najczęściej „przylega” do osiołka, zaś każde odstępstwo od normy każe traktować się w kategoriach opresyjności otoczenia. Efekt ten sprawnie umacnia na przemian melancholijna i napastliwa muzyka Pawła Mykietyna, a także montaż zawsze wybitnej Agnieszki Glińskiej. Ekipie realizacyjnej życzę rozbicia banku nagród na festiwalu, zaś samemu filmowi drogi wiodącej prosto do serc widzów. Taka lekcja empatii jest potrzebna każdemu z nas.

Ocena filmu „IO”: 4+/6

zdj. Gutek Film / Aneta Gębska i Filip Gębski