„Jednym głosem” – recenzja filmu. Kropla drąży skałę [BFI London Film Festival]

W listopadzie do polskich kin trafi film „Jednym głosem” opowiadający o dziennikarskim śledztwie dotyczącym Harveya Weinsteina. Czy warto czekać na kolejną produkcję z Carey Mulligan, aktorką nominowaną do Oscara za rolę w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta”? Przekonacie się z naszej recenzji prosto z londyńskiego festiwalu.

Równolegle z premierowymi pokazami „Jednym głosem” na festiwalach w Londynie i Nowym Jorku, odsiadujący wyrok 23 lat pozbawienia wolności Harvey Weinstein odbywa kolejny proces na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Film w reżyserii Marii Schrader („Unorthodox”) i według scenariusza Rebekki Lenkiewicz (współscenarzystka oscarowej „Idy” Pawła Pawlikowskiego) odpowiada na pytanie, dlaczego postępowanie sądowe rozpoczęło się dopiero w przeciągu kilku ostatnich lat, skoro niesławny producent nadużywał swej władzy już dekady wcześniej. Oparty na reportażu dwóch dziennikarek śledczych New York Timesa obraz przybliża metodę pracy nie tylko reporterek, ale także ludzi kierujących mechanizmem, który nie dopuszczał ofiar molestowania seksualnego do głosu. Ekranizacja „She Said” (w polskiej wersji językowej książka, która opowiada o kulisach śledztwa nosi tytuł „Powiedziała”) to standardowy dziennikarski procedural, który penetruje każdy z etapów dochodzenia; począwszy od pierwotnego reporterskiego błysku w oku, przez wycieńczające warunki pracy, aż do efektu końcowego, który – na zatrważająco wielką skalę – odnalazł ujście pod hashtagiem Me Too.

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od Donalda Trumpa. Przed sześcioma laty, tuż przed wygraną Republikanina w prezydenckich wyborach, w Timesie ukazała się seria artykułów o nadużyciach seksualnych byłego gwiazdora reality TV. Pod tekstami podpisała się Megan Twohey (w „Jednym głosem” gra ją Carey Mulligan powoli wyrastająca na filmową heroinę MeToo), której głowa państwa telefonicznie podziękowała, twierdząc: „Jesteś wstrętnym człowiekiem”. Zakulisowa polityka przetarła dziennikarską drogę Twohey na castingową kanapę Hollywood. W środowisku filmowców od dekad mówiło się o pewnym producencie, który z rażącą konsekwencją zniechęcał kobiety do podjęcia tej ścieżki kariery. Komentarze wielu aktorek, w tym Rose McGowan (która jako jedna z pierwszych odważyła się mówić o molestowaniu wprost) wskazywały na jedno nazwisko – Harvey Weinstein. Ofiarami nie padały jednak wyłącznie gwiazdy ekranu. Na radarze oscarowego przedsiębiorcy znalazły się również producentki, asystentki, modelki czy scenarzystki – kobiety wszystkich szczebli parszywej drabinki do niebios Hollywoodu.

Do śledztwa dziennikarskiego Twohey przystąpiła do spółki z Jodi Kantor (w tej roli Zoe Kazan). Choć kobiety funkcjonują w filmie po trosze na zasadzie „dobry i zły glina” – gdzie w tej konfiguracji to bardziej zawzięta Twohey odgrywa ciętego gliniarza – w gruncie rzeczy reporterki portretują jedną postać. W domyśle służą one czemuś w rodzaju dziennikarskiego wytrycha, dzięki któremu drzwi do ujawnienia kolejnego skandalu zostają nie tyle otwarte, ile wyważone wraz z futryną. Pod tym względem „Jednym głosem” blisko do „Spotlight”, aczkolwiek mniej wnikliwy film Schrader i Lenkiewicz operuje nieco innymi środkami narracji. Fabuła jest tutaj rozłożona na zdecydowanie mniej postaci, z kolei sam system przestępstw, który opisują główne bohaterki, nie ulega tak wyraźnej infiltracji, jak miało to miejsce w produkcji Toma McCarthy’ego. Filmowemu „She Said” brakuje tej charakterystycznej dbałości o szczegóły, pedantycznych niczym rzetelna żurnalistyka detali, dzięki którym natychmiast chce się przebranżowić i obgryzać paznokcie ze stresu w redakcyjnym biurze.

Carey Mulligan w filmie jednym głosem.jpg

Z drugiej strony należy zaznaczyć, że twórczynie wystrzegły się pułapek w postaci taniego sensacjonizmu czy tabloidyzacji. Ekranizując dorobek dziennikarek Timesa Schrader i Lenkiewicz bynajmniej nie zapomniały o ofiarach zdemoralizowanego systemu władzy w środowisku filmowym. To właśnie sceny z poszkodowanymi kobietami rezonują z widzami najmocniej. Oprócz pary głównych bohaterek najwięcej ekranowego czasu w „Jednym głosem” otrzymały doskonałe Samantha Morton i Jennifer Ehle, które oddały sprawiedliwość historiom kolejno Zeldy Perkins i Laury Madden. Film najbardziej poruszający jest właśnie wtedy, kiedy do głosu faktycznie dochodzą bohaterki wcześniej go pozbawione.

Niemniej punkt ciężkości osadzony jest tutaj gdzie indziej, przez znaczną większość trwania obrazu znajduje się on w pobliżu Twohey i Kantor, które jako postaci wypadają zwyczajnie nijako. Scenariusz robi wiele, by nadać im głębi (bohaterka grana przez Mulligan zmaga się z depresją poporodową, z kolei ekranowa Kantor w pewien sposób oddala się od swej rodziny), ale w ostateczności stają się one równie przykładne, co papierowe. W pewnym stopniu wina leży z pewnością w zbyt dosłownym traktowaniu materiału źródłowego. Niektóre strony reportażu trafiły na ekran właściwie bez jakichkolwiek modyfikacji, co finalnie powoduje wrażenie czegoś na kształt telewizyjnej rekonstrukcji wydarzeń.

Satysfakcjonującego kinowego przeżycia nie potęguje monotonna i pozbawiona znaków szczególnych reżyseria. Antyestetyczne niemal podejście Schrader jest zrozumiałe w kontekście zwrócenia uwagi na historię, jednak w ostatecznym rozrachunku działa zniechęcająco. Nie uświadczycie tu zatem wyrafinowania Stevena Spielberga z „Czwartej władzy” czy odczuwalnego chłodu i wizualnej opresji, które wznosiły „Asystentkę” Kitty Green o kilka poziomów wyżej. „Jednym głosem” to film w najlepszym razie poprawny, unikający rażących błędów, ale też niemający odwagi na ryzyko, którego podjęły się setki kobiet, o których w nim mowa.

Ocena filmu „Jednym głosem”: 3+/6

Film „Jednym głosem” pojawi się na w polskich kinach 25 listopada 2022 roku

zdj. Universal Pictures