„Hill House Comics. Toń” – recenzja komiksu. Lovecraft ze szczyptą Obcego

Jedną z czerwcowych premier wydawnictwa Egmont była trzecia odsłona komiksowej kolekcji „Hill House Comics” zbierającej horrorowe opowieści we wszelakich odmianach. Jak wypada „Toń” opowiadająca historię supernowoczesnego statku, który zniknął w tajemniczych okolicznościach? Sprawdźcie naszą recenzję.

Powtórzę się – komiksowy horror nie jest łatwy. Swego czasu miałem wrażenie, że dobry scenariusz to podstawa i już – wszystko powinno działać. Następnie trafiłem na historie obrazkowe z uniwersum „Mrocznej Wieży” od Stephena Kinga, znanego chyba każdemu mistrzowi wszelkiej pisanej grozy, i... srogo się zawiodłem. Otóż okazuje się, że medium, w którym opowiada się historię, należy znać i rozumieć, a świadomość posiadanych narzędzi przekazu może czynić różnicę pomiędzy płynną lekturą a szarpanym, wyboistym czytelniczym przeżyciem. Wprawdzie seria „Amerykański wampir” wydawała się już krokiem w dobrym kierunku, ale było w niej więcej marki Kinga niż jego rzeczywistej scenopisarskiej roboty, którą skrzętnie nadrabiał Scott Snyder. Wtedy w moje ręce wpadła seria „Locke & Key”, a konkretnie jej pierwszy tom – „Witajcie w Lovecraft” – pełen grozy przechodzącej miejscami w absurd, w niesamowicie lekkiej, wręcz kreskówkowej estetyce. Była to historia o doświadczonej życiem rodzinie, która po śmierci ojca przeprowadza się do starej rezydencji pełnej nieznanych tajemnic i zagrożeń, która momentalnie skradła moje serce zarówno nieprzewidywalnym scenariuszem, jak i genialną narracją wizualną. Tu widać było tę magiczną świadomość narzędzi, o której wspomniałem na początku, a w konsekwencji i upływ czasu między kadrami czy statyczne panele różniące się ciężkimi do wyłowienia, acz satysfakcjonującymi detalami. Aż zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że nie trafiłem wcześniej na tego całego Joego Hilla... a tu kolejne zaskoczenie – otóż nasz genialny scenarzysta okazał się Josephem Hillstromem Kingiem, synem samego Stephena. Tak właśnie, my jako czytelnicy dostaliśmy kolejnego Kinga, ale w diametralnie innej, wizualnie satysfakcjonującej odsłonie. Dziś przed nami kolejna pozycja z serii „Hill House Comics”, czyli antologii zamkniętych historii grozy połączonych scenariuszami i pomysłami właśnie Joego Hilla, tym razem pod wieloma względami podobna do „Locke & Key”. Mam nadzieję, że lubicie obleśne robaki, żywe trupy i kosmiczny horror. Wszyscy na pokład i kurs na Cieśninę Beringa.

ton plansza z komiksu

Jest rok 1983. Supernowoczesny na ówczesne standardy statek badawczo-wiertniczy „Derleth” znika bez śladu w pobliżu kręgu polarnego. Kilkadziesiąt lat później po przejściu w okolicy niespodziewanego tsunami statek zaczyna ponownie nadawać wezwanie pomocy... Do tego miejscowa fauna zdaje się zachowywać zgoła nietypowo, jakby wyczuwała nadchodzące paranormalne niebezpieczeństwo. Po wyśledzeniu źródła sygnału na odległym atolu w Cieśninie Beringa, koncern naftowy Rococo zatrudnia ekipę ratowniczą braci Carpenter do zbadania statku widma. Mają oni ustalić, dlaczego statek zniknął, zabezpieczyć wyniki badań i odszukać ciała członków załogi. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że do atolu rości sobie prawa Rosja, więc misję należy utrzymać w ścisłej tajemnicy. Kiedy ekipa dociera w okolice wraku, na sąsiedniej wyspie odnajdują zwłoki jednego z członków załogi „Derletha”, tyle że dziewczyna, która na nie trafiła, przysięga, że do niej przemówiły... Załoga zwala te rewelacje na przywidzenia, zabezpiecza ciało i transportuje je na własny statek, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, że zwłoki ewidentnie nie wyglądają na kilkadziesiąt lat ani nie były w jakimkolwiek stadium rozkładu, choć – co ciekawe – nie miały oczu. Już wkrótce, jak można się domyślić, podstawowym problemem naszych bohaterów stanie się nie to, co stało się z załogą "Derletha", ale jak zachować zdrowe zmysły i życie, bowiem pomimo tego że znajdują się na krańcu świata, nie są sami, a pod ich stopami czai się coś pradawnego i nieskończenie złego.

W prowadzeniu narracji „Toni” znajdziecie coś znajomego, a jednak niezwykle satysfakcjonującego. Będzie suspens i fabularne „trzęsienie ziemi” na początek, zbieranie drużyny naszych przyszłych protagonistów z krótkim, acz treściwym przedstawieniem każdego z nich oraz wrzucenie gotowego zespołu w okowy kosmicznego horroru rodem z klasyki literatury grozy. Jednocześnie każda z postaci będzie na tyle złożona, na ile pozwala na to relatywnie krótka forma z wyciągnięciem przed nawias tej jednej cechy, która obdaruje bohatera schematycznym, znanym posmakiem. Bezduszny przedstawiciel korporacji, który dla zysku swoich szefów poświęci każdego i wszystko? Obecny. Kapitan gotowy oddać życie za członków swojej załogi? Na pokładzie. Ambitna i silna postać kobieca, która użyje swoich umiejętności, gdy będzie to najbardziej potrzebne? Jak najbardziej. Te klisze scenariuszowe będą nam towarzyszyć przez całą wyprawę niczym w fabułach najbardziej charakterystycznych filmów z pogranicza akcji i horroru lat osiemdziesiątych. Do tego, jako że to Joe Hill i przywołanie „Locke & Key” na wstępie nie było przypadkowe, całość zostanie mocno doprawiona obok strachu również odrobiną abstrakcyjnych rozwiązań i mechanizmów, które wydają się kompletnie nie pasować do konwencji na pierwszy rzut oka, a z rozwojem opowieści okazują się być przemyślanym i spinającym całość narzędziem. Ostatecznie tomik kończy się poza smacznym cliffhangerem również odrobiną uczucia czytelniczego niedosytu i przekonania, że historia mogłaby zająć dużo większą objętość i jedynie zyskałaby na detalach (co jest cechą dobrego scenopisarstwa). Tak więc jest klasycznie, schematycznie, ale i z odświeżającym sznytem twórczości autora, który dał się nam już poznać jako solidny i świadomy twórca w ramach medium komiksowego.

ton plansza z komiksu

Estetycznie jest spójnie, realistycznie z silnym lineartem i wyraźnie zarysowanym zewnętrznym konturem postaci, czyli ni mniej, ni więcej, ale klasyczny Stuart Immonen. W odróżnieniu do jego mainstreamowych prac dla Marvela trzeba dodać jedno – brak przesadzonej ilości efektów obróbki cyfrowej działa ewidentnie na plus, zachowując prostotę, ekspresyjność i dynamizm, a to wszystko w nieprzesadzonej palecie barw Dave'a Stewarta.

Wydanie polskie to standardowy „Hill House Comics” w twardej oprawie i okładce z lakierowanymi detalami. Poza sama historią możecie liczyć na odrobinę bonusów – notki o twórcach i ich inspiracjach oraz okładki alternatywne od Garego Franka i Brada Andersona, te ostatnie na tyle dobre, że można zadać sobie pytanie: jak wyglądałaby całość historii we właśnie TAKIEJ oprawie graficznej?

Podsumowanie

„Toń” to kolejna solidna, komiksowa, zamknięta historia od Joego Hilla, ponownie nawiązująca do klasyki Lovecraftowego kosmicznego horroru oraz okraszona schematami niczym wprost z filmów lat osiemdziesiątych – pełna silnych, honorowych protagonistów, dwuwymiarowych postaci drugoplanowych i zdradzieckich korporacyjnych szczurów, którzy za obietnicę zysku pracodawcy sprzedaliby – bez wahania – Ciebie, mnie i nasze matki. Jeżeli przypadło Ci do gustu „Locke & Key” od tego samego scenarzysty, tu możesz liczyć na wiele znajomych motywów ponownie w słodkich oparach, tu i ówdzie, absurdu. Bierzcie i czytajcie, zanim... będzie za późno...

Komiks Hill House Comics. Toń

Oceny końcowe

4
Scenariusz
4
Rysunki
5
Tłumaczenie
5
Wydanie
6
Przystępność*
4+
Średnia

Specyfikacja

Scenariusz

Joe Hill

Rysunki

Stuart Immonen

Oprawa

twarda

Druk

Kolor

Liczba stron

168

Tłumaczenie

Paulina Braiter

Data premiery

16 czerwca 2021

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

zdj. Egmont / DC Comics