„JSA. Złota Era” – recenzja komiksu. Superbohaterowie kontra codzienność, makkartyzm i cała reszta

W sierpniu do sprzedaży trafiło drugie wydanie pozycji z jednej strony budzącej skojarzenia z filmem niekiedy ocenianym, jako jeden z najgorszych w historii, a z drugiej jest to dzieło, któremu blisko do jednego z najlepszych komiksów wszech czasów. Zapraszam do lektury recenzji tego niezwykłego tytułu.

II wojna światowa dobiegła końca i jej bohaterowie w końcu wrócili do domu. Dawni sojusznicy stali się nowymi wrogami, a kres spotykał przyjaźnie i związki. Spadło też zapotrzebowanie na ulicznych mścicieli w kolorowych wdziankach, przez co ludzie, którzy jeszcze niedawno cieszyli się zachwytem publiki, popadli w zapomnienie i musieli ponownie odnaleźć swoją rolę. Można recenzowaną pozycję rozpatrywać w kategoriach komentarza na temat historii komiksów (a konkretniej spadku zainteresowania superbohaterszczyzną, do jakiej doszło w drugiej połowie lat 40. XX wieku), jest to również kolejny zbiór spostrzeżeń dotyczący kwestii społeczno-politycznych (przede wszystkim tych zachodzących w Stanach w okresie tzw. makkartyzmu).  Jednakże „JSA. Złota Era” to przede wszystkim udana próba uczłowieczenia superbohaterów. 

Scenarzysta James Robinson powyciągał z mroków przeszłości często zapomniane już dziś postacie i poza standardowymi przeciwnikami dał im też świeższe i bardziej rzeczywiste wyzwania. Zaburzenia psychiczne, rozpadające się relacje, nieprzepracowany żal - oto, z czym teraz zmierzyli się zaskakująco ludzcy nadludzie. Jakby tego było mało, to dodatkowe problemy przysporzyła też władza. Kolejna era w dziejach Stanów Zjednoczonych przybrała twarz senatora McCarthy’ego, a działania jego i jemu podobnych dały się we znaki również i herosom w maskach i pelerynach. W tym wszystkim Robinson nie zapomniał, że wciąż tworzy komiks superbohaterski i jak jego dziełu jest blisko do wcześniejszych „Strażników”, tak znacznie bliżej mu do młodszej „Nowej granicy”. Z opus magnum Darwyna Cooke’a łączy „Złotą Erę” nieco lżejsza i bardziej optymistyczna wymowa. W zestawieniu z przywołanymi tytułami wychodzi też niedoszlifowanie omawianej pozycji. Jest ona solidna, ale w żadnym wypadku nie nazwałbym jej czymś przełomowym. Być może mój odbiór byłby inny, gdybym z przyczyn polityczno-kulturowych nie był pozbawiony dziedzictwa, do którego odwołuje się Robinson.

Mimo niełatwych tematów, jakie poruszane są na kartach „Złotej Ery”, komiks jest zaskakująco przystępny w odbiorze. Problemy bohaterów nie zostały potraktowane po macoszemu, ale mimo to i tak ani razu nie poczułem się przytłoczony sytuacją tej czy innej postaci. Robinsonowi świetnie udało się zachować odpowiedni balans. 

jsa-zlota-era-recenzja-komiksu--min.jpg

NASTĘPNY AKAPIT ZDRADZA JEDEN Z WĄTKÓW FINAŁOWEGO ZESZYTU

Na samym początku wspomniałem o filmie niekiedy nazywanym jednym z najgorszych w historii. W 1968 roku, gdy władze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej zdecydowały się na zaostrzenie cenzury, za oceanem światło dzienne ujrzała produkcja w pełni zasługująca na rangę „półkownika” (lub los podobny do tego, jaki spotkał grę komputerową „E.T. the Extra-Terrestrial” - większość niesprzedanych egzemplarzy została zakopana na pustyni). Mam tu na myśli „They Saved Hitler's Brain”. Niekiedy złe obrazy bawią lub z innych powodów ogląda się je dobrze. To nie jest jeden z tych przypadków. O nie, to po prostu zwykły koszmar, o którym przypomniał mi jeden z wątków „Złotej Ery”. W pewnym momencie okazało się, że głównym przeciwnikiem bohaterów jest pewien austriacki akwarelista (a właściwie jego mózg). Nie zostało to zrealizowane źle, rozwiązanie to ma nawet sporo sensu i dobrze łączy się z wymową komiksu, ale niestety budzi też skojarzenia ze wspomnianym filmem i samo w sobie jest też motywem (mimo mojej sympatii do pulpy) nieprzychylnie przeze mnie ocenianym. Jeśli komuś z Was to nie przeszkadza, to śmiało podnieście notę za fabułę o jeden punkt.

KONIEC SPOILERA

Strona graficzna „Złotej Ery” jest przyzwoita i trudno jej cokolwiek zarzucić. Starania Paula Smitha w nawiązywaniu do dawnego stylu z pewnością są warte docenienia, ale z drugiej strony nie jest on Davem Gibbonsem, a do Darwyna Cooke’a jeszcze mu dalej. Żadna z plansz, ani nawet któryś z kadrów, nie zapadł mi w pamięć i jeśli kiedyś wrócę do tego komiksu, to z pewnością nie dla jego warstwy graficznej. 

„JSA. Złota Era” to pozycja warta uwagi, wypełniająca pewną lukę na rodzimym rynku komiksowym. Z pewnością powinni zainteresować się nią ci czytelnicy, którzy poszukują ambitniejszych tytułów wykraczających ponad typowe dla superbohaterszczyzny tematy. Ze względu na swój komentarz odnośnie historii komiksów w Stanach Zjednoczonych jest to także pozycja przeznaczona dla osób podchodzących do opowieści zamkniętych w kadrach i dymkach w nieco bardziej badawczy sposób. Cała reszta dostanie angażującą fabułę i solidne mordobicie w finale. 

Z prezentacją poprzedniego wydania, która może być pomocna w podjęciu decyzji o zakupie wersji z DC Deluxe, możecie zapoznać się tutaj.

Oceny końcowe komiksu „JSA. Złota Era”

4
Scenariusz
4
Rysunki
5
Tłumaczenie
5
Wydanie
5
Przystępność*
4+
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja

Scenariusz

James Robinson

Rysunki

Paul Smith

Oprawa

twarda z obwolutą

Druk

Kolor

Liczba stron

200

Tłumaczenie

Jakub Syty (komiks), Marek Starosta (posłowie)

Data premiery

23 sierpnia 2023 roku

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

zdj. Egmont / DC Comics