„Kung Fu Panda 4” – recenzja filmu. Czy już Po wszystkim?

Od piątku w polskich kinach możemy oglądać czwartą część popularnej serii animowanej z przygodami Po. Jak wypada „Kung Fu Panda 4” i czy jest to produkcja, która wnosi coś do historii ciamajdowatej pandy, która stała się mistrzem kung-fu?

Kung Fu Panda 4” – opinie o filmie. Czy warto obejrzeć?

Kolejne przygody niezdarnego Po nasuwają pytanie, czy cała ta historia nie jawiła się jako kompletna już po wypuszczeniu części trzeciej. Wszystko tutaj idealnie się ze sobą dopinało. W jedynce nasz protagonista musiał udowodnić, że wybór na Smoczego Wojownika ze strony Oogwaya nie był kwestią przypadku. W dwójce Po zmierzył się ze swoją przeszłością i osiągnął wewnętrzną równowagę. Z kolei w trójce niedźwiedź poznał biologiczną rodzinę i zyskał władzę nad Chi, by następnie nauczyć tej sztuki innych. Wydawało się, że więcej osiągnąć się już nie da.

A jednak żyliśmy w błędzie. Ostatnim etapem na drodze Smoczego Wojownika jest bowiem zostanie duchowym przywódcą miasta, po tym, jak uprzednio wybrało się swego następcę. Pomimo tego panda nie czuje się gotowy na ten krok, odwlekając swoją decyzję o ustąpieniu. Niebawem nadchodzi jednak odpowiednia okazja. Pod względem fabularnym otrzymujemy zatem historię o przekazaniu pałeczki dalej, aby tradycja mogła się rozwijać. I pod tym względem czwarta część animacji prezentuje się nieźle. Pojawia się jednak wiele problemów.

Po pierwsze, widać, że z jakiegoś powodu twórcy postanowili zacisnąć pasa pod względem finansowym. Animacja nadal jest tutaj piękna, a niektóre sceny walki nie odstają od części poprzednich, lecz brakuje zbyt wielu postaci. Jeśli się już pojawiają, to w wersji mocno okrojonej, na zasadzie postawienia ptaszka na liście. Zwiastun pokazuje nam powrót przeciwników znanych z części poprzednich, co wpisuje się idealnie w modę zapoczątkowaną przez film „Spider-Man: Bez drogi do domu”. Sęk w tym, że Tai Lung ma tutaj raptem kilka kwestii, a pozostali absolutnie niczego nie mówią, więc nie zachodzi nawet konieczność angażowania do nich aktorów dubbingowych.

Kung Fu Panda 4 recenzja

Po drugie, większość motywów i gagów zawartych w „Kung Fu Pandzie 4” gdzieś już po prostu była. Wplecione w scenariusz żarty albo pojawiły się we wcześniejszych częściach, albo w innych produkcjach DreamWorks. Brakuje tu zabawnych sytuacji, o jakich pamiętalibyśmy przez lata, na zasadzie „zainwestowania w tic taci” przez Shreka. Paradoksalnie, krótka zapowiedź filmu parodiująca „Diunę” to jedna ze śmieszniejszych rzeczy, a przecież nawet nie znajduje się ona we właściwym dziele. Również główna antagonistka częściowo stanowi kalkę Kaia z części trzeciej.

Kolejnym dostrzegalnym problemem jest to, iż czwarta część nie zawiera jakiejś większej głębi. Poprzedniczki prezentowały niekiedy bardzo poważne tragedie i dylematy. W dwójce owładnięty szaleństwem Lord Shen, mordujący wszystkie pandy tylko dlatego, aby przepowiednia wieszczki się nie spełniła, stanowił najmroczniejszy element filmu. W czwartej odsłonie główny nacisk położono na humor, co oczywiście dla niektórych będzie atutem.

Zdecydowanie na plus oceniam wątek biologicznego i adopcyjnego ojca Po. Obydwoje zdają się być nieporadni, chociaż ich perypetie być może na dłuższą metę dałoby się uznać za niepotrzebne, aczkolwiek przynajmniej oni doczekali się powrotu. Niestety kosztem innych bohaterów.

Patrząc na „Kung Fu Pandę 4” jak na kolejną animację wypuszczoną przez DreamWorks, można określić ją po prostu jako lekkostrawny film, który może dać jakąś frajdę. Jednakże po zestawieniu tego dzieła z poprzedniczkami wyjdzie nam najgorsza odsłona całego cyklu, zrobiona z okrojonym budżetem i nieco trącąca fanserwisem. Wszystko już miało miejsce, tylko zostało odgrzane w mikrofali.

Czy to już koniec Po? Czy jest Po wszystkim? Mam nadzieję, że Hollywood da już pandzie odetchnąć i pomedytować.

Ocena filmu „Kung Fu Panda”: 3/6

zdj. Universal Pictures