„Miłość, seks & pandemia” – recenzja filmu. Pewnie, seks jest fajny, ale byliście kiedyś w kościele?

W polskich kinach zagościł film „Miłość, seks & pandemia”, czyli kolejna produkcja wyreżyserowana przez Patryka Vegę, w której zagrały Anna Mucha, Zofia Zborowska-Wrona i Małgorzata Rozenek-Majdan. Czy produkcja zapowiadana jako odważny film pokazujący, co kręci i podnieca współczesne kobiety, spełnia swoją obietnicę? Sprawdźcie naszą recenzję.

Nowy film Patryka Vegi, czyli naczelny moralista polskiego kina powraca

Po filmowych inwigilacjach międzynarodowych siatek pedofilskich, możnowładców przemysłu farmaceutycznego czy szachrajskich układów kwiatu polskiej polityki, Patryk Vega postanowił zejść nieco bliżej padołu i podyskutować z narodem o seksie. Twórcy „Pitbulla” nie interesuje jednak akt miłosny w wydaniu poświęconym przez głowy Kościoła, ten małżeński, uprawiany przy zgaszonym świetle z narzuconą na ciała kołdrą. Naczelnego moralistę rodzimego kina bardziej ciekawi jego wyuzdany charakter – ten z warszawskich nocnych klubów, tinderowych schadzek albo euforycznych skoków w bok. Reżyser upatruje w tych praktykach ścieżki wiodącej jedynie na manowce. Taktowny – jak przystało na Vegę – tytuł „Miłość, seks & pandemia” urasta tutaj do miana pokornej lekcji dla strapionych podstępnym erotyzmem dusz. Filmowiec życzyłby sobie, że po seansie pozbędziecie się z telefonów tej gorszącej aplikacji, a zamiast marnowania hajsu na kolejnego drinka dla kolegi/koleżanki obok, przelejecie fundusze dla potrzebujących w Tanzanii. Najlepiej będzie, jeśli zrobicie to z pomocą jednej z firm sponsorujących ten obraz.

Najnowszy film reżysera „Bad Boya” najprościej przedstawić jest w kategorii kolejnej quasi-biblijnej przypowieści, tym razem traktującej o konsekwencjach wyzutego z uczuć seksualnego wyzwolenia. Reżyser przedstawia cztery fabularne opowiastki, które wspólnie tworzą wykoncypowany „ku przestrodze” obraz samotności zamienianej w erotyczną melodramę. Owieczki pasterza Vegi zboczyły z drogi i obrały skrót, który wiedzie przez trasę między nogami. Bartek (Sebastian Dela) jest 24-letnim prawiczkiem z rodziny Świadków Jehowy i marzy, by choćby zobaczyć nagą kobietę. Chłopak dołącza do grupy striptizerów i z czasem okazuje się, że całe życie smykałkę do interesów skrywał w bokserkach. Kaja (Anna Mucha) to dziennikarka kolorowego szmatławca, która za cel następnego materiału obiera sobie skompromitowanie miłosnego guru od randek. Fotografka Nora (Małgorzata Rozenek-Majdan) wchodzi w intymną relację z młodym modelem, którego nie chce wypromować z obawy rozstania. Wreszcie Olga (Zofia Zborowska-Wrona), równie zawzięta w feminizmie, jak w nienawiści do Arabów prokurator, pada w objęcia muzułmanina i porzuca rodzinę na rzecz mężczyzny, który uwiódł ją wschodnią poezją i połową etatu w uber eats.

Szóste: Nie cudzołóż, a jedenaste: Nie oglądaj filmów Patryka Vegi

milosc-seks-pandemia-recenzja-filmu-patryk-vega-opinie-wrazenia

Jak przystało na produkcję Vegi, postaci w „Miłości, seksie & pandemii” są uszyte wyłącznie grubymi nićmi, a scenariusz, bardziej niż dramatyczny tekst, przypomina luźny zbiór motywów, losowych sekwencji i wyświechtanych haseł z kwejka o pokrętnym losie rodzaju ludzkiego. W dość znośnym stopniu prowadzona przez reżysera – mieszana między czwórką bohaterów – narracja współgra z tematycznym zamysłem, ale już sam sposób przedstawienia problematyki poszczególnych wątków woła o pomstę do nieba. Vega wraz ze scenarzystą Olafem Olszewskim motywacje postaci konsekwentnie maskuje szybkim montażem, rozwinięcia wypełnia zasłyszanymi na mieście seks-gawędami, a trzon fabuły konstruuje z nie tyle przebrzmiałych, ile szkodliwych stereotypów. Ilości absurdów i twórczego lenistwa, pod którymi ugina się scenariusz, sprawiają, że obraz da się oglądać wyłącznie w stanie gotowości na ciarki żenady i z lekkim politowaniem. Dość powiedzieć, że skrótowość, z jaką aranżowane są sceny seksu, bliska jest filmom pornograficznym. Kobiety są tutaj wiecznie głodne erotycznych wrażeń, a żeby się o tym przekonać, wystarczy złożyć prośbę o fellatio.

„Miłość, seks & pandemia” miałby szansę stać się niezłym kinem eksploatacji, ale na drodze do tego miana stoi reżyserska tendencja do nadużywania zarówno dramatu, jak i nachalnego wątku religijnego uduchowienia. To, co wyszło Vedze w „Niebezpiecznych kobietach” i po części udało się w „Bad Boyu”, w najnowszej produkcji spotkało się ze zwyczajową nieporadnością twórcy. Nie bez przyczyny pierwsza połowa filmu znacząco różni się od drugiej, a trzeci akt najwyraźniej zapodział się gdzieś w postprodukcji. Podczas gdy początkową godzinę obrazu zajmują przede wszystkim cielesne ekscesy postaci, tak w trakcie drugiej, punkt ciężkości przenosi się na ich wewnętrzne rozterki. W połowie historii wybucha pandemia, no i poza tym, że nasi bohaterowie przez jakiś czas nie wychodzą z domów, nie ma ona żadnego rzeczywistego wpływu na fabułę. Mimowolne „sexploitation”, o które ociera się film Vegi, wydaje się też nieco niezdarne, bowiem sceny seksu (być może poza jedną całkiem udaną) są tutaj mdłe i asekuranckie.

W warstwie koncepcyjnej filmu może i pobrzmiewa duch „Seksu w wielkim mieście”, ale na czystym skojarzeniu ten bądź co bądź intrygujący trop się urywa. Seksualnie niezależne bohaterki „Miłości...” poniekąd wykreowane zostały na modłę Carrie Bradshaw i jej przyjaciółek, ale żeby zestawić kobiety w jednym kręgu, potrzeba byłoby bardziej fachowych scenarzystów i kompetentnych aktorek. Postaci z najnowszej produkcji reżysera „Botoksu” definiowane są wyłącznie przez jedną cechę ich charakteru, a wiarygodności bynajmniej nie dodają im telenowelowe występy instagramowych celebrytek. Z aktorskiego grona przed szereg nieznacznie wybija się jedynie Anna Mucha w roli rozbuchanej manipulatorki z tabloidu... albo sam Patryk Vega, który od lat udaje kompetentnego reżysera filmowego.

Ocena filmu „Miłość, seks i pandemia”: 1/6

zdj. Kino Świat