„Moon Knight” – recenzja komiksu

W czerwcu nakładem wydawnictwa Egmont ukazał się tom serii „Moon Knight” ze scenariuszem Jeffa Lemire'a. Jak wypadają przygody szalonego herosa Marvela? Sprawdźcie naszą recenzję.

Przerwijcie mi, jeśli już to znacie. Świetnie wyszkolony osobnik o zasobnym portfelu postanawia poświęcić życie walce ze zbrodnią i ochroną niewinnych. Niektórzy widzą w nim byłego najemnika, inni – niepozornego taksówkarza, jeszcze inni – niepoprawnego playboya. Co jednak łączy te postacie? Wszystkie one są Moon Knightem, wyposażonym w gadżety emisariuszem egipskiego boga księżyca, Khonshu. Być może. W pewnym sensie.

Kiedy Moon Knight pojawił się na rynku po raz pierwszy, nie dało się nie zauważyć oczywistych podobieństw z inną postacią konkurencyjnego wydawnictwa. Moon Knight nigdy jednak, wbrew obiegowej opinii, nie był marvelowym Batmanem. Co bowiem na pozór wydawało się dość analogiczne, grało szczegółami. Marc Spector, Steven Grant i Jake Lockley nie byli „tylko” alter ego naszego bohatera, byli fizycznie odrębnymi osobowościami. Mimo jednakże tego, że twórcy serii robili wszytko, żeby utrzymać zainteresowanie czytelnika ciekawie przetworzonymi szczegółami historii, przygody Moon Knighta były klasycznym przedstawicielem ówczesnej superbohaterszczyzny, z egipskimi motywami i galerią nieco bardziej nadprzyrodzonych łotrów. Na przestrzeni lat Marc Spector pojawiał się i znikał z marvelowskiego panteonu rozpoznawalnych postaci, otrzymując kolejne serie komiksowe starające się eksplorować kwestie funkcjonowania jego umysłu i współistnienia kilku osobowości. Potem przyszło szczęście do scenarzystów i kilka naprawdę dobrych historii. Zaczęło się od niezwykle poważnej serii Charliego Houstona z ultraszczegółowymi, mrocznymi rysunkami Davida Fincha (serio, to najlepsze dzieło tego rysownika, jakie w życiu widziałem). Potem przyszło Marvel Now! i Warren Ellis. Tak jak jego poprzednicy, Ellis wziął wyjściowe status quo, ale w odróżnieniu od nich nie starał się opowiedzieć legendarnej historii ani nic jednoznacznie wyjaśniać. Dał nam w zasadzie pięć niezależnych, jednozeszytowych historii, eksperymentując z formą wizualną, spiął całość ciekawą klamrą fabularną. Być może Marc Spector doznał uszkodzenia mózgu. Być może w jego ciele zamieszkała boska świadomość z innej rzeczywistości. Być może to wcale nie jest boska świadomość, a jakiś złośliwy mroczny byt. Być może Marc jest zwyczajnie szalony. To było to, czego Moon Knight potrzebował. To było to, czego nie spodziewałem się zobaczyć ponownie zbyt szybko. Po tym, jak run zakończył Cullen Bun (który był całkiem niezły, ale bezpiecznie poruszał się w ramach granic i niedopowiedzeń ustawionych przez Ellisa), pojawiły się pierwsze obiecujące zapowiedzi nowej serii spod pióra Jeffa Lemire'a. Zaskakująco ta seria okazała się być kolejnym szczęśliwym trafem dla Moon Knighta.

moonknight plansza 1.jpg

Marc Spector odzyskuje świadomość w szpitalu dla psychicznie chorych. Jedyne, co pamięta, to dziwny sen, w którym spotkał się z egipskim bogiem księżyca i obrońcą podróżujących w nocy – Khonshu, przyjmującemu postać ptasiej czaszki osadzonej na ciele mężczyzny odzianego w biały garnitur. Marc uczestniczy w terapii i porusza się po ośrodku, dziwnym trafem spotyka masę postaci jakby wprost wyjętych z jego owianego niepamięcią, wcześniejszego życia. Jednocześnie w telewizji na stołówce wciąż lecą materiały o bohaterze noszącym pseudonim... Moon Knight. Czyżby nasz protagonista w istocie wymyślił całe swoje dotychczasowe życie, które śledziliśmy w poprzednich seriach? Czyżby Marc wyłącznie wypełniał luki we własnym poszarpanym umyśle znajomymi twarzami? Coś jest strasznie nie tak. Marc czuje, że musi uciec. Marc nie jest jedynym, który czuje konieczność ucieczki. Dodatkowo do naszego bohatera, podczas sesji leczniczych elektrowstrząsów, powraca Khonshu, aby zlecić mu misję. Rzeczywistość Marca miałaby zostać stworzona przez kolejnego egipskiego bożka, Ammuta, chcącego dokonać inwazji na Nowy Jork. Jak łatwo się domyślić, tylko powrót prawdziwego Moon Knighta może zapobiec tragedii.

Dziwna i fascynująca będzie to podróż. Niczego nie będziemy mogli być pewni. Począwszy od ucieczki z zakładu dla obłąkanych będziemy przemieszczać się pomiędzy planem filmowych producenta Stevena Granta, śledztwem taksówkarza Jake'a Lockleya, by z czasem wrócić do przeszłości Marca, genezy jego wielu osobowości i próby odpowiedzenia na pytanie: czy to Khonshu uratował naszego bohatera od śmierci w Egipcie czy też od zawsze z nim był, pojmując czas i przestrzeń w sposób dla nas nieznany...? Czy też może... Khonshu nigdy nie istniał...?

Co mnie zachwyca w tej serii, to niesamowita eksploracja drogi bohatera dotkniętego poważnym ciężarem psychicznym i, co ciekawe, po seriach Ellisa i Bunna pierwszy raz mogę stwierdzić, że nie jest to wyłącznie sprytne lawirowanie pomiędzy jednoznacznymi odpowiedziami, a faktycznie pokazanie, w jaki sposób możemy próbować pokonać własne demony. Całość jest przyjemnie poprowadzona z posmakiem tej charakterystycznej dla Moon Knighta dziwności świata przedstawionego i skokami pomiędzy tym, co myślimy, że jest prawdziwe, a tym, co może być prawdą wbrew naszej czytelniczej woli. Co ciekawe, na tle innych historii z tym bohaterem zakończenie autentycznie mnie zadowoliło, głównie dlatego, że wytworzyło we mnie przekonanie, że po całej tej przygodzie zostanie wyraźny ślad na duszy Moon Knighta. Nasz bohater niewątpliwie jest dziś w innym miejscu niż na początku tej historii czy którejkolwiek z poprzednich, i jest to świetne. Oby to nowe status quo dało nam punkt wyjścia dla kilku nowych, ciekawych historii.

Oprawa graficzna tego tomu to małe dzieło sztuki komiksowej. Nie dlatego, że mamy tu zespół świetnych i rozpoznawalnych rysowników. Greg Smallwood swoim ziarnistym, onirycznym szkicem idealnie oddaje nieoczywistość rzeczywistości, którą obserwujemy. James Stokoe („Aliens: Orbita śmierci”) wprowadza klimat starcia pomiędzy siłami kosmicznych rebeliantów a... wilkołakami w estetyce niczym ze space opery lat 70. Francesco Francavilla grubym konturem i skrajnie ograniczoną paletą barw wprowadzi nas w meandry pracy nowojorskiego taksówkarza. Na tle tych wszystkich dobroci wyłoni się prawdziwy bohater tego tomu – synergia oprawy wizualnej i scenariusza, przypisująca każdemu fragmentowi opowieści dystynktywny styl, pozwalający nam poszlakowo stwierdzić, w jakiej (czy może bardziej czyjej) rzeczywistości aktualnie możemy się znajdować. Pierwszy zeszyt tego tomu jest absolutnie fenomenalny, a potem całościowo jest tylko lepiej.

moonknight plansza 2.jpg

Wydanie polskie to miękka oprawa ze skrzydełkami z charakterystycznym czarnym grzbietem w standardzie Marvel Now 2.0. Szczególnie dobra wiadomość, że śladem „Doktora Strange'a”, „Visiona” czy „Czarnej Wdowy” polskie wydanie zbiorcze od Egmontu zawiera aż trzy oryginalne trade'y: „Lunatic”, „Reincarnations” oraz „Birth and Death”, czyli 14 zeszytów serii, oraz bonusowo drugi zeszyt „Moon Knighta” z jego serii z roku 1980, co świetnie pozwala uchwycić zmianę sposobu portretowania naszego protagonisty na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Oryginalne okładki zeszytówek umieszczono wewnątrz tomiku, grzecznie separując treści, z kolei na końcu wydania znajdziemy dodatkowo kilka okładek alternatywnych, polecanki poprzedniej, trzytomowej serii z Moon Knightem z Marvel Now! oraz zapowiedź nieuchronnie zbliżającego się do nas „Tajnego imperium”.

Podsumowanie

Nie sądziłem, że Moon Knighta po jego serii w ramach Marvel Now! od Warrena Ellisa rychło spotka coś równie dobrego. Jeff Lemire udowodnił, że to jak najbardziej możliwe i do tego szybciej, niż przypuszczałem. Udowodnił też, że jeżeli ma się pomysł i serce do jego realizacji, to efekt będzie fantastyczny. Ostatecznie ten tom to nie tylko przemyślana historia eksplorująca meandry chorego umysłu z poważnym przesłaniem, ale idealne dzieło medium wizualnego, gdzie ilustracje nie tylko przedstawiają nam wydarzenia, ale poprzez mieszaninę stylów i ich dopasowanie do poszczególnych elementów opowieści organicznie splatają się ze scenariuszem. Na tym etapie nie mam wątpliwości, że Moon Knight dzięki szczęściu do scenarzystów znalazł swoją niszę w kolorowym superbohaterskim światku Marvela.  Najlepszy czas na bycie fanem Moon Knighta jest właśnie teraz. Wskakujcie.

Oceny końcowe

+5
Scenariusz
6
Rysunki
5
Tłumaczenie
5
Wydanie
6
Przystępność*
+5
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja

Scenariusz

Jeff Lemire

Rysunki

Greg Smallwood

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Druk

Kolor

Liczba stron

344

Tłumaczenie

Jacek Żuławnik

Data premiery

3 czerwca 2020 roku

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

źródło: Egmont / zdj. Marvel