„Nautilus” tom 1: „Teatr cieni” – recenzja komiksu. 20 000 mil szpiegowskich intryg

W listopadzie 2021 roku wydawnictwo Lost In Time zaproponowało czytelnikom pierwszy tom serii „Nautilus”, której autorem jest Mathieu Mariolle. Czy to kolejna udana pozycja od tego wydawnictwa? Przekonajcie się w naszej recenzji.

Wydawnictwo Lost In Time ponownie bierze na warsztat dzieło Mathieu Mariolle, tym razem jednakże, zamiast śledzić mistycznych samurajów, jak miało to miejsce w „Drodze miecza”, cofamy się niewiele, bo do pełnego konfliktów politycznych schyłku wieku XIX. Jednocześnie tytuł serii wydaje się nader oczywiście wskazywać, że osią naszych przygód będą nawiązania do klasyki literatury przygodowej i fantastyczno-naukowej, jako że Nautilus (dla tych jednak niekojarzących) to słynny podwodny statek kapitana Nemo wprost z kart „20 000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusza Verne'a wydanych w roku 1870. Tytułowi wtóruje okładka, na której mroczne odmęty zdają się spozierać na nas równie intrygująco jak szperacze łodzi podwodnej, skupiając swoją uwagę na samotnym nurku i resztkach zatopionego statku. Autorskie obietnice złożone, pora zajrzeć do środka.

Nautilus-recenzja-komiksu-lost-in-time-plansza-min.jpg

Jest rok 1899. Języczkiem u wagi na politycznej mapie świata staje się kontrola nad terytorium Indii. Świat, na skutek rozwoju technologii, zaczął się kurczyć, podobnie jak odległości między strefami wpływów wielkich mocarstw. Aktorami w tym tytułowym „Teatrze cieni”, stanowiącym eufemistyczne określenie na szpiegowskie przepychanki, będą konkretnie dwie potężne siły – Imperium Brytyjskie oraz carska Rosja. Wojna zdaje się wisieć w powietrzu i być wyłącznie kwestią czasu... Na tym napiętym tle pojawia się Kimball O'Hara (dla przyjaciół Kim), agent o irlandzkich korzeniach i symbol idealnej harmonii pomiędzy Anglikami i Hindusami. Kim jest właśnie w trakcie okolicznościowego przyjęcia w towarzystwie brytyjskich dygnitarzy, na pokładzie statku zacumowanego w bombajskim porcie. Pomiędzy drinkami, kątem oka zauważa osobnika, którego podejrzewa o szpiegowskie, niecne zamiary. Kiedy udaje się za nim pod pokład, staje się świadkiem umieszczenia przez tegoż jegomościa jakichś niezwykle tajnych dokumentów w sejfie. Kilka sekund później, zanim nasz bohater jest w stanie dowiedzieć się, co dokładnie ma miejsce, w rufę statku uderza torpeda. Tym samym jednostka niezwykle szybko i spektakularnie idzie na dno, a wraz z nią większość niefortunnych pasażerów. Kim ma to szczęście, że udaje mu się przeżyć, niestety z wody wyławiają go brytyjscy agenci, którzy zupełnie przypadkiem przyuważyli, że tuż przed eksplozją to właśnie on schodził pod pokład... a że akurat w całym Bombaju trwały poszukiwania podwójnego agenta – Kim właśnie awansował na głównego podejrzanego. O'Hara postanawia, niczym bohater „Ściganego” z Harrisonem Fordem, wykorzystać moment i zbiec, aby odnaleźć dowody swej niewinności, tym bardziej że bycie poszukiwanym przestępcą jest problematyczne w utrzymaniu kontaktów z pozostawionym w Bombaju synem. Tylko jak tu oczyścić swoje imię, kiedy wszystkie dowody spoczywają we wraku na dnie portu... Nie istnieje przecież technologia pozwalająca dokonać ich odzyskania... no chyba że osnute tajemnicą historie o kapitanie Nemo i jego podwodnej łajbie byłyby prawdziwe... tyle że podobno sam słynny kapitan, o ile żyje, jest przetrzymywany gdzieś w sercu Syberii... Tak zaczyna się wyprawa naszego bohatera, która zaprowadzi go na krańce znanego świata, a być może i dalej.

Mam delikatny sentyment do opowieści, w których autor bierze jakieś powszechnie znane motywy i wątki oraz stara się je kreatywnie wykorzystać na potrzeby zbudowania fundamentu własnej historii. To ten rodzaj inspiracji, który cenię dużo wyżej niż ubieranie tych rozpoznawalnych motywów we własne barwy i udawanie, że podobieństwo jest „czysto przypadkowe”. Tu mamy ciekawego, charakterystycznego protagonistę, z nieco pretekstowym zawiązaniem akcji oraz pełną wybojów i zwrotów akcji drogą ku odkupieniu oraz posmakiem dziewiętnastowiecznej fantastyki naukowej. Jednocześnie sam sposób prowadzenia narracji jest dużo wdzięczniejszy niż w typowych frankofonach, przez co mniej charakterystyczny dla gatunku. Znajdziecie tu więc płynniejszą akcję dzięki obszerniejszym niż zwykle dialogom i akcji rozkładanej na większą ilość kadrów w sekwencji. Całość ostatecznie składa się na przyjemną i lekką rozrywkową lekturę, budującą naszą ciekawość co do ciągu dalszego historii, a to na etapie tomu pierwszego najistotniejsze.

Nautilus-recenzja-lost-in-time-plansza-z-komiksu-min.jpg

Za warstwę wizualną odpowiada Guénaël Grabowski, którego ilustracje stanowią mocno poprawny lineart z silnym konturem sprawdzający się zarówno w szerokich plenerach, jak i ciasnych, drobnych, szybkich zestawieniach kadrów. Do tego całość estetyki wypada zadowalająco przystępnie i ekspresyjnie. W kresce jest wprawdzie odrobinę nieścisłości, jeżeli idzie o oddawanie bardziej egzotycznych kątów portretowania bohaterów, przedstawiania powierzchni płynów czy wybuchów, ale nie jest to nic, co stanowiłoby problem dla czytelności lub płynności lektury.

Wydanie polskie to klasyka twardookładkowego frankofona na kredowym papierze i w powiększonym formacie, dającym swobodę lawirowania pomiędzy obszernymi, szerokimi ujęciami a wartkimi sekwencjami drobnych kadrów. W ramach dodatków możecie liczyć na posłowie samego autora, jak i kilka stron szkicownika ilustratora, który zapełniają pierwsze projekty postaci i elementów świata przedstawionego oraz czarno-białe projekty plansz.

Podsumowanie

Mariolle znów chwyta się za klasyki literackie, tyle że w odróżnieniu od „Drogi miecza”, zamiast silić się na adaptację, postanawia opowiedzieć coś swojego, wykorzystując znane motywy i tym razem idzie mu to dużo lepiej. Pod przykrywką szpiegowskiej intrygi skrzętnie snuje przed nami podstawy przygodowej opowieści, która ma potencjał stania się ciekawym samodzielnym dziełem. Dodajmy do tego prostą, acz ekspresyjną oprawę wizualną i mamy ciekawą pozycję dla wszystkich fanów polityki przełomu wieków oraz niedosłownego używania znanych i od lat lubianych elementów fabularnych i postaci, które trwale wryły się w świadomość popkulturalnego odbiorcy. Obiecująco i intrygująco, pora więc się zanurzyć i poczekać na ciąg dalszy... Cała naprzód!

Oceny końcowe

4
Scenariusz
4+
Rysunki
5
Tłumaczenie
6
Wydanie
6
Przystępność*
5
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Nautilus-recenzja-komiksu-lost-in-time-min.jpg

Specyfikacja

Scenariusz

Mathieu Mariolle

Rysunki

Guénaël Grabowski, Denis Béchu

Oprawa

twarda

Druk

Kolor

Liczba stron

64

Tłumaczenie

Jakub Syty

Data premiery

25 listopada 2021

zdj. Lost in Time