„Nie cudzołóż i nie kradnij” – recenzja filmu. Nie ma co liczyć na rozgrzeszenie

Do polskich kin zawitała kolejna komedia gangsterskiej rodzimej produkcji. Czy warto wybrać się na film „Nie cudzołóż i nie kradnij”, którego gwiazdami są Julia Wieniawa, Cezary Pazura czy Mateusz Banasiuk? Dowiecie się tego z naszej recenzji.

Za każdym razem, gdy mam wrażenie, że granica krindżu w polskim filmie została już dawno przekroczona, z czeluści kinematografii wyłania się kolejny twórca, który za wszelką cenę chce wyprowadzić mnie z błędu. Tym razem do grona śmiałków dołączył Mariusz Kuczewski, scenarzysta „Underdoga”, czterech z pięciu „Listów do M.” i autor kilku przaśnych horrorów, o których świat wolałby chyba zapomnieć. Jego komedia gangsterska „Nie cudzołóż i nie kradnij” to projekt-absolwent szkoły imienia Patryka Vegi wpadający przy okazji w kategorię tych nieudolnie szytych na miarę Tarantino. W odróżnieniu od takich tytułów jak cytowany gdzieniegdzie „Czas surferów” czy niedawny „Krime Story. Love Story” film Kuczewskiego nie stara się nawet uciekać od takich konotacji. Reżyser dzieli narrację między przetasowane chronologicznie rozdziały, zarzuca generowanymi losowo sentencjami z Biblii, no i tworzy splot perspektyw postaci, wśród których obowiązkowo muszą znaleźć się alfons i durnowaci gangsterzy. Czemu nikt nie powiedział mu, że przestało to być cool mniej więcej w 2010 roku?

Głównym bohaterem filmu jest Patryk (Mateusz Banasiuk), bliżej nieokreślony milioner, który przeżywa syndrom „Kevina samego w domu”, tyle tylko, że w wersji dla dorosłych. Żona (Aleksandra Popławska) wyjeżdża na weekend, więc protagonista robi to, co w myśl maksymy „boys will be boys” robi każdy generycznie napisany protagonista – upija się i zamawia prostytutkę. U jego progu zjawia się Sandra (Julia Wieniawa-Narkiewicz) i jej cień w postaci przemocowego alfonsa/partnera Alfiego (Cezary Pazura). Niedługo po tym, jak nasz mały rozrabiaka zrobi swoje, dziewczyna umiera, a z czasem okaże się, że w jej śmierć zamieszani są dwaj fajtłapowaci przestępcy – Fastryga (Sebastian Stankiewicz) oraz Krupnik (Bartłomiej Firlet), z którym wiąże się jeden z najbardziej wymęczonych gagów polskiego kina ostatnich lat. Spanikowany Patryk szuka pomocy u Najwyższego. Na szczęście Słowem Bożym obdarowany został jego brat (Mariusz Drężek), ksiądz z wiarą balansującą nad przepaścią. Kilka kilometrów dalej na jaw wychodzi spisek. Żona Patryka dogadała się z kochankiem (Michał Żurawski) i razem chcą oskubać protagonistę z kasy. Wraz z bohaterami do gry wkracza cała masa przekrętów, pomyłek i wbijania noży w plecy.

Podczas gdy kolażowy zamiar narracyjny w „Nie cudzołóż i nie kradnij” jest obiecujący, jego wykonanie pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Wpadając w dziury wykopane przez poprzedników, Kuczewski boleśnie powiela odtwórcze schematy i wyraźnie nie sili się na choćby najmniejszą gatunkową woltę. Jego toporną reżyserię charakteryzuje brak umiaru, przede wszystkim w rozwlekaniu humoru niskich lotów w miejsce i tak pospolitej już intrygi. Kolejne sceny filmu sprawiają wrażenie ciągnięcia się w nieskończoność, dojmując przy tym poczuciem żenady, którą na okrągło wywołuje u widza scenariuszowa megalomania i efekciarstwo. Przekonanie o quasi-religijnej wartości obrazu, które miałoby w oczach twórców wynosić go poza ramy komediowej gangsterki jest tyleż napuszone, co po prostu złudne. W ostatecznym rozrachunku motyw biblijny urasta tutaj jedynie do siermiężnej kpiny, którą z podobnym wyczuciem serwują nam co tydzień telewizyjni kabareciarze. Co więcej, przy wszystkich czerstwych żartach, jałowej ironii i puszczonych bąkach film traktuje się zbyt poważnie.

Jest w „Nie cudzołóż i nie kradnij” kilka momentów „nie na miejscu”, zapożyczonych jak gdyby z zupełnie odrębnych filmów. Najbardziej kuriozalny z nich dotyczy prostytutki Sandry, najbardziej pogłębionej scenariuszowo bohaterki, która – oprócz tego, że „nie lubi pracować w niedzielę” – chciałaby wyrwać się z marazmu, wyjechać do Grecji i spłodzić z Alfem dzidziusia. W scenie analnego seksu z Patrykiem kamera zostaje niepokojąco długo zawieszona na twarzy bohaterki w sposób, który woni eksploatacją, czymś w rodzaju kina Steve’a McQueena. Czyżby ktoś na planie odpalił DVD ze „Wstydem” i zapomniał jaki film kręci? Mniej lub bardziej szkodliwych baboli jest tutaj znacznie więcej. Począwszy od godnych pożałowania dialogów (– fajny zegarek, dostałem taki od dziadka na komunię – ja dostałem rower), przez niezamierzony kicz realizatorski (klasyka spod znaku Beethovena z czasem ustępuje twardej elektronice), kończąc na nieangażującej fabule, naprawdę trudno jest doszukać się w „Nie cudzołóż i nie kradnij” wyraźnych pozytywów. Przy kilku niewielkich plusach (szarżujący Firlet przypomina o Kacperku z „Wojny polsko-ruskiej”), suma grzechów wzięła górę. Pokuta będzie ciężka.

Ocena filmu „Nie cudzołóż i nie kradnij”: 1+/6

 

zdj. Mowi Serwis / Jarosław Barański