„Panna młoda!” - recenzja filmu. Passa dobrych filmów o rodzinie Frankensteina podtrzymana?

W 2021 roku Maggie Gyllenhaal zadebiutowała jako reżyserka na dużym ekranie, tworząc film „Córka”. Stworzyła niezależny, artystyczny dramat, do którego napisała również scenariusz. Produkcja okazała się dużym sukcesem wśród recenzentów i została nagrodzona wieloma nagrodami oraz zdobyła trzy nominacje do Oscarów. Teraz, po blisko pięciu latach, reżyserka wraca z nowym filmem pt. „Panna młoda!”, do którego otrzymała ogromny budżet wraz z niesamowitą obsadą aktorską, więc na papierze powinno być tylko lepiej. Lecz czy tak się stało?

„Panna młoda!” równie dobra co zeszłoroczny „Frankenstein”? Recenzja filmu

„Panna młoda!” (z wykrzyknikiem, żeby nikt na pewno nie przeoczył tego filmu) to produkcja inspirowana filmem „Narzeczona Frankensteina” sprzed niemal stu lat, który z kolei powstał na podstawie powieści Mary Shelley „Frankenstein” z 1818 roku. Opowiada on historię samotnego potwora Frankensteina, który po latach samotności prosi doktor Euphronious o stworzenie towarzyszki. Wspólnie przeprowadzają operację, dając życie martwej kobiecie, i wtedy zaczyna się pełna jazda bez trzymanki. Film koncentruje się na ich romansie, ciągłej ucieczce przed policją oraz przypadkowych zmianach w społeczeństwie.

Film zaczyna się naprawdę interesująco i tajemniczo, co początkowo zachęca do śledzenia historii naszej głównej dwójki bohaterów, którzy są na zupełnie różnych etapach swojej drogi. Historia wciąga, lecz od momentu, gdy bohaterowie się poznają i zaczynają przeżywać wspólne przygody, zaczyna być coraz gorzej. Z czasem fabuła traci na jakości, a „im dalej w las, tym gorzej”.

Frankenstein (Christian Bale) i Panna młoda (Jessie Buckley) przeskakują z miasta do miasta, nieustannie uciekając przed policją i ciągle wracając do tego samego miejsca, gdzie za każdym razem są o krok od złapania. Ich przygoda przypomina historie rodem z „Bonnie i Clyde” czy „Urodzonych morderców” Olivera Stone'a. Ich czyny i publiczne wypowiedzi powodują chwilowe manifestacje w społeczeństwie, które zaczyna ich gloryfikować i postrzegać nie jako przestępców, lecz jako awangardowych bohaterów, niczym postać Jokera z 2019 roku. Temat ten, tak szybko, jak się pojawia, tak również szybko znika i nie jest dalej rozwijany. Podobnie, w sumie, dzieje się z większością wątków w tym filmie.

Produkcja nie wie do końca, czym chce być, ponieważ próbuje być wszystkim naraz. W jednym momencie skupia się na temacie samotności postaci granej przez Christiana Bale'a, przedstawiając samotnego potwora, który pragnie miłości i zbudowania relacji, by po chwili przejść do feministycznej opowieści o walce postaci Jessie Buckley z mafią i wszystkimi mężczyznami na całym świecie. Tematy te są jedynie lekko wprowadzone, a ich potencjał nie jest w pełni wykorzystany, ponieważ po chwili są porzucane, co nie daje im szansy na odpowiednie rozwinięcie. Próbując łączyć tak wiele tematów, film staje się chaotyczny, przez co żaden z nich nie ma odpowiedniego czasu na wybrzmienie i pogłębienie.

Scenariusz, choć nie ma oczywistych błędów fabularnych na pierwszy rzut oka, jest zupełnie pozbawiony logiki i bardzo wygodny dla scenarzystki, a jedna sytuacja z pierwszej części filmu aż „woła o pomstwę do nieba”. Wiele wątków wydaje się przewidywalnych, a zachowania bohaterów momentami pretensjonalne, co sprawia, że są trudne do zrozumienia. Maggie Gyllenhaal świetnie radzi sobie z budowaniem napięcia i atmosfery, lecz jej talent reżyserski nie znajduje odzwierciedlenia w jej autorskim scenariuszu.

Wielogatunkowość filmu również działa na jego niekorzyść. Jest tego po prostu za dużo i jako całość nie wygląda to zbyt naturalnie. Momentami mamy do czynienia z dramatem egzystencjalnym, czasami thrillerem akcji, a w jednej scenie pojawia się nawet musical, który kompletnie nie pasuje do reszty filmu i wygląda, jakby został tutaj wciśnięty przez przypadek, mimo że technicznie prezentuje się naprawdę dobrze. Może to w tym tkwi całe sedno problemu i projekt ten od samego początku powinien być przedstawiony jako pełnokrwisty musical?

Teraz w końcu trochę z plusów, bo parę ich jednak jest. Montaż stoi na wysokim poziomie, choć czasami bywa zbyt chaotyczny, a w połączeniu z migającym światłem, którego w filmie nie brakuje, może powodować zawroty głowy u osób chorych na epilepsję. Kostiumy i scenografia zostały przygotowane z ogromną dbałością o szczegóły i prezentują się świetnie. Lecz na największe wyróżnienie spośród aspektów technicznych zasługuje jednak charakteryzacja głównych bohaterów, która jest naprawdę przekonująca.

Christian Bale i Jessie Buckley w głównych rolach wypadają bardzo dobrze, jednak drugoplanowa obsada, z tak wielkimi nazwiskami, jak Penélope Cruz, Peter Sarsgaard czy Jake Gyllenhaal, jest kompletnie niewykorzystana. Szczególnie rola tego ostatniego, którego postać pełni jedynie funkcję zapalnika do rozwoju fabuły, która na tym etapie już nie jest zbytnio wciągająca.

Już kończąc mój wywód, szkoda, że film nie poświęca wystarczająco dużo czasu na pełne rozbudowanie głównych postaci, które przez cały czas pozostają w pewnym stopniu nieznane i trudne do zrozumienia. A pragnienia i motywacje postaci tytułowej Panny młodej pozostają niejasne aż do samego końca, co sprawia, że trudno zaangażować się w jej losy. Finał, mimo że stawia kropkę nad „i”, jest poprowadzony zdecydowanie zbyt szybko, a rozwiązanie całej akcji wydaje się za proste.

Rok temu otrzymaliśmy świetnego „Frankensteina” w reżyserii Guillermo del Toro, a teraz mamy słabą „Pannę młodą” od Maggie Gyllenhaal. Więc idąc tym tokiem rozumowania, wychodzi na to, że w przyszłym roku dostaniemy ponownie coś bardzo dobrego związanego z naszym popularnym stworem, albo coś jeszcze gorszego. Trzeba liczyć na to pierwsze! Albo może damy już potworowi Frankensteina trochę odpoczynku od wielkiego kina?

Ocena filmu „Panna młoda!”: 2+/6

 

 

 

 

 

 

 

zdj. Warner Bros