„Superman. Rok pierwszy” – recenzja komiksu

3 czerwca w ramach linii wydawniczej DC Black Label wydawnictwo Egmont wypuściło na nasz rynek komiks „Superman. Rok pierwszy” ze scenariuszem Franka Millera. Jak wypada nowy tytuł od legendarnego scenarzysty? Przekonajcie się w naszej recenzji.

Frank Miller to autor najlepszych i najbardziej kultowych historii z Batmanem. „Powrót Mrocznego Rycerza” zmienił nie tylko postrzeganie tego bohatera, ale wpłynął na funkcjonowanie całego medium komiksowego. „Batman. Rok pierwszy” to uniwersalna, ponadczasowa geneza Zakapturzonego Krzyżowca, którą uwielbiam do tego stopnia, że swego czasu stworzyłem listę dziesięciu powodów, dla których powinniście pokochać ten komiks. Niestety z czasem twórczość Millera ewoluowała i – jak to mówią niektórzy – wykrystalizowała charakterystyczny styl lub – jak określają to inni – Frank kompletnie zwariował. „Mroczny Rycerz kontratakuje” okazał się tak dalece podniesiony do potęgi absurdu fabularnego i wizualnego, że spokojnie zajmuje moją pozycję pierwszą na liście komiksów skrajnie złych, choć dających kuriozalną czytelniczą satysfakcję. „All Star Batman and Robin, the Boy Wonder”, czyli seria która miała być regularną, po kilkunastu zeszytach zjadła swój ogon, zapętlając się w pokazywaniu przygód jakiejś szalonej, kompletnie oderwanej od rzeczywistości wersji Batmana i została anulowana. Po drodze pojawił się również „Mroczny Rycerz: Rasa Panów” z wielkim nazwiskiem Millera na okładce, ale umówmy się – kto przeczytał przynajmniej jeden scenariusz Briana Azzarello lub usłyszał jeden wywiad z twórcami, wie, że Frank miał tyle wspólnego z główną historią, co but z butonierką. Tak więc DC postanowiło wykorzystać znane nazwisko bez ryzyka, że „scenarzystę” zbytnio poniesie. No OK. Tylko po co Millerowi Superman? Kto czytał powyższe historie, zauważy, że Frank najwyraźniej nie przepada za Człowiekiem ze stali, zwykle przedstawiając go jako tępego osiłka. Tym bardziej zdziwiło mnie, że w ramach imprintu DC Black Label mamy dostać nie tylko kolejną genezę Supermana, ale że ma ona wyjść spod pióra właśnie Millera, obrazując początki tego Człowieka ze stali, który przewija się właśnie w millerowersum (czyli rzeczywistości, w której dzieje się akcja komiksów „Batman. Rok pierwszy”, „All Star Batman and Robin, the Boy Wonder”, „Batman/Spawn”, „Powrót Mrocznego Rycerza”, „Mroczny Rycerz kontratakuje” oraz „Mroczny Rycerz: Rasa Panów”).

Z genezą Człowieka ze stali jest trochę jak z początkami Batmana. W sumie w powszechnej świadomości obecne są już te najbardziej istotne elementy fabularne. Pamiętamy o planecie Krypton i nieuchronnym kataklizmie, rodzicach próbujących uratować swoje dziecko oraz o ostatnim kryptonijczyku, który trafia na Ziemię, gdzie żółte słońce przyprawia go o boskie moce. Mimo to dostajemy tę historię co rusz w zmodyfikowanej wersji. Pisał to John Byrne („Man of Steel”), Geoff Johns („Suerman: Secret Origin”), Mark Waid („Superman: Birthright”), Joeph Michael Straczyński („Superman: Earth One”) czy syntetycznie Grant Morrison („All Star Superman”). Co zawsze mnie wzruszało w tego typu historiach to te drobne różnice, typu: sposób, w jaki nasz bohater otrzymuje strój czy radzi sobie z mocami, smaczki, które albo trafiały w punkt, albo odstawały od całości.

superman rok pierwszy plansza 1-min.jpg

Tym razem historia podzielona zostaje na trzy części. „Smallville” będzie się zajmowało historią Clarka Kenta od zagłady Kryptona do końca liceum, po którym nasz bohater postanowi zaciągnąć się do marynarki wojennej. Będą starcia z lokalnymi chuliganami, randki z Laną Lang i tak nieodpowiedzialne używanie mocy przez naszego bohatera, że tylko cudem nikt się nie połapał, iż to właśnie on jest Supermanem. „Atlantyda” to z kolei rozdział poświęcony szkoleniu wojskowemu, randkom z Lori – syrenią córką Posejdona – oraz ścieraniu się ze wszelkiej maści oceanicznymi stworami, aby udowodnić swą wartość przed królem oceanów. Jeżeli komuś przeszło to przez myśl – nie, wbrew pozorom nie uświadczymy w tej części gościnnego występu Aquamana, należałoby się wręcz zastanowić, czy w millerowersum ten w jakiejś formie istnieje, skoro Atlantydą władają autentyczne syreny, a nie humanoidy oddychające pod wodą. W części trzeciej zatytułowanej „Metropolis” wreszcie trafiamy do miasta przyszłości, poznajemy Lois Lane oraz poświęcamy kilka stron na obowiązkową wymianę ciosów z Batmanem i poznanie Lexa Luthora. Na finale powiążemy kilka kolejnych wątków z „Powrotem Mrocznego Rycerza” i jego sequelami, zamiast w jakiś sensowny sposób skonkludować historię, którą właśnie czytamy i tym samym nadać jej względnej samodzielności.

Tak oto przez kilkadziesiąt stron podróżujemy za Człowiekiem ze stali, poznając jego kolejne miłości, aby później, pomimo deklaracji bohatera, nigdy do nich nie wrócić. Narracyjnie, nie sposób mieć wątpliwości, to jest późny Miller. Bloczki wypełnione są po brzegi krótkimi, rzucanymi w przestrzeń zdaniami, a wątki magicznie się gubią w ten sposób, że pomiędzy poszczególnymi rozdziałami w zasadzie nie ma nawiązań. Nie przywiązujcie się więc do postaci drugoplanowych, bo mogą pojawiać się i znikać ze sceny bez ostrzeżenia. Nawet szczególnie mnie nie zdziwiło, gdy scenarzysta na ostatnich dziesięciu stronach historii postanowił wprowadzić dwie kolejne postacie i dwa kolejne wątki bazujące wyłącznie na tym, że prawdopodobnie czytaliśmy poprzednie komiksy z millerowersum. Zupełnie jakby ktoś na siłę starał się nas przekonać, że to totalnie ten sam świat co „Powrót Mrocznego Rycerza” pomimo faktu, że akcja dzieje się kilkadziesiąt lat wcześniej. Pamiętacie bliską relację Supermana i Wonder Woman? Tu padnie do tego jednokadrowe nawiązanie, którego nic wcześniej w tej historii nie będzie zapowiadało... Jednocześnie Miller modyfikuje tu i ówdzie znaną historię i miejscami nie wiem, co o tym myśleć. Tutejszy Superman posiada prawdopodobnie jakąś formę mocy telepatycznych – mały Kal „umieszcza w umyśle” swojego ziemskiego ojca myśl o tym, że powinien go zabrać na farmę i to trochę jakby podkopuje altruizm działań państwa Kent. Superman będzie wprawdzie korzystał z mocy telepatycznych, porozumiewając się z istotami zamieszkującymi świat podwodny, ale tylko do momentu, w którym scenarzysta o tym zapomni i postacie zaczną posługiwać się klasycznymi dymkami dialogowymi. Do tego ta wersja Człowieka ze stali wydaje się być całkowicie odporna na energię elektryczną, co jest wprost sprzeczne z tym, co wiedzieliśmy w „Powrocie Mrocznego Rycerza”... Co mnie zastanawia, to dlaczego właśnie ta historia promuje DC Black Label. Nie znajduję w niej nic z poważnych, dorosłych treści, na których ten imprint miał się opierać. Szkoda.

superman rok pierwszy plansza 2-min.jpg

Za oprawę wizualną albumu odpowiada John Romita Jr. i co tu dużo mówić, jego aktualny styl w stosunku do chociażby „Spider-Mana: Powrót do domu” poszedł w kierunku większej... hmm... rozpoznawalności, co nie znaczy, że subiektywnie mi odpowiada. Modele postaci nabrały pewnej karykaturalności, a bohaterowie nastoletni mają ewidentnie niepokojące wyrazy twarzy, przy czym wątpię, aby taka była idea artysty. Do tego z upływem czasu w stylu Romity Jr. ucierpiała anatomia modeli ludzkich, nie mówiąc już o drobnym, acz irytującym szczególe – zmiennej wielkości... loga Supermana na jego klatce piersiowej w zależności od kąta umieszczenia kamery lub sam nie wiem czego (serio – polecam sprawdzić). Szkice Johna Romity Jr. tuszuje Danny Miki i do tej części sfery artystycznej nie mam uwag, mając w pamięci granice możliwości technicznych, jakimi autor rysunków skutecznie ogranicza tuszystę. Podobnie kolory Alexa Sinclaira to jakość sama w sobie.

Wydanie polskie to powiększony format w twardej oprawie, w standardzie dotychczasowych tytułów z imprintu DC Black Label, czyli więcej i lepiej zarówno na wysokość, jak i na szerokość. W zakresie dodatków dostajemy kilka materiałów promocyjnych serii, okładki alternatywne autorstwa Franka Millera, kilka niewykorzystanych okładek autorstwa Johna Romity Jr. oraz dwie strony „wczesnych przymiarek ołówkiem”, czyli szkiców dwóch plansz otwierających tomik. Na deser posłowie przybliżające osoby Franka Millera, Johna Romity Jr., Danny'ego Miki oraz Alexa Sinclaira.

Podsumowanie

Frank Miller wielkim twórcą jest, niestety to, co tworzy aktualnie, nie umywa się do tego, co stworzył na początku swojej kariery. „Superman. Rok pierwszy” to taki klasyczny późny Miller ze wszystkimi możliwymi wadami – rwaną, niekonsekwentną narracją, odrobinę dziwnymi pomysłami konstrukcyjnymi, a ze strony wydawcy kolejna próba skapitalizowania nazwiska doskonale rozpoznawalnego twórcy. Do tego to prequel „Powrotu Mrocznego Rycerza”, kolejny origin story Supermana na tle kilku lepszych, i to tej wersji postaci, której genezy – przynajmniej ja – nie byłem nigdy szczególnie ciekawy. Gdyby ten tom ilustrował Jim Lee (jak „All Star Batman and Robin, the Boy Wonder”), mógłbym z czystym sumieniem polecić go dla samych rysunków, ale niestety to nie ten przypadek. Ta historia jest trochę jak logo Supermana naszkicowane ręką Millera na jednej z okładek alternatywnych – motywy niby rozpoznawalne, ale jednocześnie na tyle karykaturalne, że coś jest z nią nie tak i da się to wyczuć. W konsekwencji część lektury poświęcamy, zastanawiając się, czy to wszystko jest opowiadane na poważnie, czy też nie... Pozycja dla zatwardziałych fanów późnej twórczości Franka Millera w technicznie bardzo ładnym wydaniu.

Oceny końcowe

3
Scenariusz
3
Rysunki
5
Tłumaczenie
5
Wydanie
4
Przystępność*
4
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Zachęconych recenzją odsyłamy do wpisu „Superman. Rok pierwszy” – prezentacja komiksu, w którym znajdziecie obszerną galerię zdjęć.

Specyfikacja

Scenariusz

Frank Miller

Rysunki

John Romita Jr.

Oprawa

twarda

Druk

Kolor

Liczba stron

216

Tłumaczenie

Jacek Żuławnik

Data premiery

Czerwiec 2020

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

zdj. Egmont / Marvel