„Sweat” – recenzja filmu [Tofifest 2021]. Homo influencer

Od 18 czerwca na dużym ekranie możecie oglądać „Sweat”, polsko-szwedzki dramat napisany i wyreżyserowany przez Magnusa von Horna, z Magdaleną Koleśnik w roli głównej. Czy warto wybrać się do kina? Sprawdźcie naszą recenzję.

Sylwia złapała Pana Boga za nogi. Jej fit-biznes ma się lepiej niż zwykle i rośnie na potęgę. Na instagramie followuje ją 600 tysięcy osób. Motywacyjne treningi są uczęszczane przez rzeszę oddanych fanów. W nowym numerze „Women’s Health” właśnie wydano DVD z jej ćwiczeniami, a za kilka dni czeka ją wizyta w „Dzień Dobry TVN”. Każdy kolejny post jest wydarzeniem; każde kolejne wydarzenie generuje setki postów. Dzięki tyradom o ciałopozytywności i akceptacji siebie, dziewczyna staje się autorytetem dla współczesnej Polki. Po występach kobiety dziękują jej za przywrócenie nadziei; na ulicy stare znajome wyjawiają sekrety o niepowodzeniach w życiu. Wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Jednak czasem, nawet na ekranie najlepszego smartfona, pojawiają się rysy. Okazuje się, że pośród setek tysięcy lajków, szerów i życzliwych komentarzy, czyhać może samotność i niespełnienie; że wśród zapatrzonych w guru fanów, czaić się może niestabilny stalker; że influencerstwo, tak jak każdy inny zawód, ma również swoje ciemne strony.

Film Magnusa von Horna (szwedzkiego absolwenta łódzkiej filmówki, który wcześniej wsławił się docenionym w Gdyni „Intruzem” z 2015 roku) mógłby z łatwością zostać uznany za wydmuszkę, gdyby nie zręczne warsztatowo i wyczulone spojrzenie na bohaterkę. „Sweat” jest niepozbawionym sprzeczności i nie do końca spełnionym kinem, które lawiruje między instagramowym banałem a autentyzmem współczesnych, zanurzonych w social mediach czasów. Z jednej strony, nie brakuje mu – słusznie poprowadzonych rozedrganą kamerą operatora Michała Dymka – kunsztownych momentów, które zbliżają specyfikę narracji do konwencji thrillera. Z drugiej jednak, nie udało się tutaj wystrzec dokuczliwej łopatologiczności, która z czasem trwania sukcesywnie narasta, po to by w końcowych scenach eksplodować nam przed oczami. Zdecydowanie największą siłą obrazu jest, w istocie bezbłędna, wcielająca się w rolę Sylwii Magdalena Koleśnik. Wyśmienicie kontrolując swą obecność na ekranie, aktorka nie pozwala oderwać od siebie wzroku i naprzemiennie elektryzuje swą energicznością i subtelnością. Podczas zeszłorocznego FPFF Koleśnik otrzymała aż trzy (w tym jedną za Odkrycie Festiwalu) indywidualne nagrody. Na każdą z nich w pełni zasłużyła.

Magdalena Koleśnik w filmie Sweat

Mimo wylanego potu („Sweat” sprawia, co prawda, wrażenie obrazu żwawego i intensywnego narracyjnie), film nie jest w stanie doścignąć wybitnych osiągnięć jego protagonistki. Naczelnym błędem reżysera wydaje się być wyłożenie wszystkich możliwych kart – na których ten zdecydował się oprzeć dramaturgię – w pierwszych trzydziestu minutach ekspozycji. Dowiadujemy się wówczas, iż, przede wszystkim, Sylwia zmaga się z przeszywającym bólem samotności. Gdzieś w tle (a dokładniej tuż pod klatką jej apartamentowca) depcze jej po piętach stalker, a życie uprzykrzają plastikowe pojemniki z cateringu i niedopięcie umowy z managerem. W gruncie rzeczy wszystko, co następuje później, jest jedynie wypadkową bazowego konceptu; kolejne sceny odpowiadają za niewiele więcej jak usilne powtórzenia filtrujące kwestię odosobnienia głównej bohaterki przez różne przypadki. Mamy zatem – tak czy owak, bardzo dobrze zrealizowane – sceny konfrontacyjne z przeżywającą późną miłość matką (Aleksandra Konieczna), z niebezpiecznie samczym kolegą po fachu Klaudiuszem (Julian Świeżewski) czy poprowadzonym analogicznie, wspomnianym wcześniej wątkiem stalkera Ryśka (Tomasz Orpiński). Z uwagi na to, film von Horna nabiera znamion przekazu dość płytkiego i monotematycznego.

Powierzchowność „Sweat” może być jednak poddawana w wątpliwość, gdy scenariusz pozostawia nieco więcej przestrzeni głównemu problemowi i decyduje się na eksplorowanie tożsamości Sylwii, jak i świata wokół niej. Obraz autora „Obietnicy” najlepszy jest chyba wtedy, gdy zestawia wirtualną obecność bohaterki jako „produktu” swoich czasów z rzeczywistością nie-cyfrową. Doskonałym przykładem tego typu zabiegu jest umiejętnie zainscenizowana i naturalistyczna scena uroczystości rodzinnej, podczas której zebrani przy stole członkowie familii podziwiają wdzięki gimnastykującej się w ekranie telewizora protagonistki. Pozytywną cechą strategii szwedzkiego twórcy jest też charakterystycznie nonszalancki brak skrupułów w nadużywaniu pewnych środków. Czasem potrafi się to obrócić przeciwko niemu (vide zwieńczenie wątku stalkera), lecz zważywszy na obraną tematykę przeważnie przyprawia „Sweat” o właściwą manierę. Z uwagi na niektóre decyzje fabularne i techniczne, film von Horna staje się – zarówno dla Sylwii, jak i dla nas – doświadczeniem niemalże niekomfortowym. Ekstremalne zoomy ruchliwej kamery Dymka przyprawiają o duszność, a montażowe cięcia Agnieszki Glińskiej dodają obrazowi odpowiedniej werwy.

Von Horn może i nie zrealizował najbardziej poruszającego traktatu o mrocznej stronie działalności internetowej, ale jedna rzecz z pewnością mu się udała. Jego film demitologizuje obraz współczesnego influencera jako oderwanej od rzeczywistości jednostki, skupionej jedynie wokół naoliwiania zębatek nienasyconej, kapitalistycznej maszyny. Sylwia jest zwyczajną, pogodną i nieco zagubioną dziewczyną z marzeniami, które sięgają nóg Pana Boga. Czy jej wizerunek jest zbyt naiwny i wyidealizowany, żeby był prawdziwy? Trudno powiedzieć, być może to po prostu złudny efekt ekranu smartfona.

Ocena filmu „Sweat”: 3/6

zdj. Gutek Film