Jessica Jones - przedpremierowa recenzja drugiego sezonu

Po niespełna trzech latach na platformę Netfliksa powraca serial o przygodach jednej z najpopularniejszych superbohaterek Marvela. Jak wypadł drugi sezon Jessiki Jones? Zapraszamy do lektury naszej przedpremierowej recenzji pierwszych pięciu odcinków nowej serii.

Serialowe uniwersum Netfliksa oparte na komiksach Marvela rozpoczął w kwietniu 2015 roku świetny Daredevil, ale równie rewelacyjnym serialem okazała się także debiutująca nieco później Jessica Jones, którą można z czystym sumieniem postawić obok pierwszych przygód Diabła z Hell's Kitchen. Niestety, kolejnym produkcjom o ulicznych superbohaterach z Nowego Jorku nie udało się już powtórzyć poziomu wspomianych seriali, nawet gdy przyszło im zjednoczyć siły w ostatnich Defenders, ale na horyzoncie pojawił się drugi sezon Jessiki Jones i wlał w moje serce sporo nadziei, bo kto jak nie brutalna detektyw z jednoosobowej agencji detektywistycznej Alias może ponownie przestawić komiksowe seriale Netfliksa na właściwe tory?

Nadzieje były tym większe, że drugi sezon Jessiki Jones naturalnie kontynuje fabułę rozpoczętą w pierwszym sezonie. Mamy więc okazję zobaczyć, jak główna bohaterka radzi sobie z wydarzeniami, które – jak się mogło wydawać – zakończyły pewien mroczny etap w jej życiu, ale przyniosły też ciężkie brzemię i kolejne pytania. Kim teraz stała się Jones? Skąd wzięły się jej moce i kto ją nimi obdarował? To właśnie odpowiedź na ostatnie pytanie staje się wątkiem przewodnim nowych odcinków serialu i dowiadujemy się o tym niemal na samym początku. Pierwsze odcinki drugiego sezonu dosyć szybko dają nam też odpowiedzi na to, w jakim miejscu swojego życią są teraz starzy znajomi z serialowego uniwersum Jessiki.

jessica_jones_s2_zdj_02(1).jpg

W pierwszych pięciu odcinkach powracają niemal wszyscy bohaterowie z najbliższego otoczenia głównej bohaterki. Jest zatem najlepsza (a w zasadzie jedyna) przyjaciółka Jones, czyli Trish Walker z programu Trish Talk – co ciekawe, w pierwszej połowie sezonu dosyć często pojawia się też jej matka Dorothy Walker, a to dlatego, że twórcy sporo czasu poświęcają wątkowi kariery Trish i jej nowemu związkowi. Jeśli już jesteśmy przy nowym partnerze Trish, to muszę się przyznać, że po kilku scenach z jego udziałem dałem się nabrać scenarzystom i wietrzyłem bardzo schematyczny wątek. Na szczęście tak się nie stało, ale że to recenzja bez spoilerów, to będziecie musieli się przekonać o tym sami. Zgodnie z oczekiwaniami i wpisując się w pewien sposób w ostatnie wydarzenia z Hollywood, drugi sezon daje nam też odrobinę większy wgląd w ciemną stronę show-biznesu, w którym w dzieciństwie, jako młoda gwiazda telewizji, musiała się obracać Trish. Nie dostajemy, co prawda, w tym aspekcie niczego odkrywczego, ale po tym, czego dowiedzieliśmy się o tej bohaterce w pierwszym sezonie, było to konieczne. Dużo czasu ekranowego w pierwszych odcinkach przypadło również Jeri Hogarth, którą przez chwilę mogliśmy zobaczyć w ostatnich Defenders. Mam jednak wrażenie (przynajmniej po pierwszych pięciu odcinkach), że w jej przypadku twórcom zabrakło ciekawego pomysłu na rozwinięcie postaci i przypadł jej standardowy wątek, z którym mieliśmy już do czynienia setki razy. Nie obrażę się jednak, jeśli scenarzyści znowu mnie mile zaskoczą. W najbliższym otoczeniu Jessiki nie mogło też zabraknąć jej „wspólnika”, Malcolma. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich postaci o nowym życiu Malcolma dowiadujemy się niewiele. Oczywiście dalej stara pomagać się swojej sąsiadzce, ale jego prywatnym sprawom twórcy nie poświęcają zbyt wiele czasu.

Poświęcają go natomiast śledztwu, które w swoim stylu prowadzi enigmatyczna pani detektyw. Wiąże się to niestety (przynajmniej na początku) z najsłabszym elementem technicznym  z pierwszej połowy drugiego sezonu. Mam tutaj na myśli jedną z postaci, która została obdarzona supermocami. I o ile samą postać można jeszcze przełknąć, tak trudno to zrobić w przypadku efektów specjalnych, z jakimi wiąże się pokazywanie rzeczonych superzdolności. „Jessica Jones” nigdy nie słynęła z prezentowania zbyt wielu efektów komputerowych, co było zapewne podyktowane ograniczonym budżetem, ale nie przypuszczałem, że budżet tego serialu Netfliksa może być aż tak niski.  Na szczęście są to zaledwie dwie, trzy sceny na przestrzeni pięciu odcinków, więc można je jakoś przełknąć, a w pozostałej części serialu względom technicznym nie można już nic zarzucić. Trudniej jest jednak poradzić sobie z największą wadą pierwszej połowy drugiego sezonu Jessiki pod względem scenariuszowym. Tym bardziej, że jest to coś, co w pierwszym sezonie stało na najwyższym poziomie, nie tylko jeśli chodzi o seriale Marvela, ale i filmy. Mowa oczywiście o czarnym charakterze. Trudno oczekiwać, żeby pojawił się ktoś równie charyzmatyczny i hipnotyzujący, co Kilgrave, ale problem w tym, że praktycznie do trzeciego, czwartego odcinka nie pojawia się żaden „bad guy”. Dostajemy, co prawda, zapowiedź tego, kto będzie głównym antagonistą kolejnych epizodów, ale obawiam się, że nie wystarczy czasu, aby zbudować przeciwnika chociaż w połowie tak wyśmienitego, jak wspomniany Kilgrave. Cóż, być może znowu się mylę. Przekonamy się już 8 marca, kiedy na platformę Netflix trafi drugi sezon Jessiki Jones.

jessica_jones_s2_zdj_01(1).jpg

Jak na razie, pierwsze pięć odcinków spełnia swoją rolę, dając nam prawie wszystko to, co w pierwszej serii polubiliśmy najbardziej. Wracamy do ulubionego świata z ciekawymi bohaterami, przed którymi stoją nowe wyzwania i problemy, a także nowe znajomości. Rozpoczęte wątki oraz zakończenie piątego epizodu daje nadzieję na dobry sezon, a jeśli twórcy postarali się o stworzenie nowego, ciekawego czarnego charakteru, to może być naprawdę świetnie. A może powróci...? Byle do premiery.

Ocena: -4/6

źródło: Netflix / Marvel