„Baltimore tom 1” – recenzja komiksu. (Nie)znany diabeł

Przygody Hellboya, Biura Badań Paranormalnych i Obrony oraz reszty dzieci Mike’a Mignoli wciąż do nas trwają i nic nie wskazuje na to, by rychło nastąpił kres wydawania kolejnych opowieści. W czasie wolnym od rozwijania swojego głównego uniwersum Mignola stworzył jeszcze jedno – tzw. Outerverse, a w czerwcu nadwiślańscy miłośnicy grozy otrzymali szansę zapoznania się z nim. Zapraszam do recenzji pierwszego tomu serii „Baltimore”.

Nie bez powodu na wstępie przywołałem Hellboya i spółkę. Ci z Was, którzy zaczytywali się w perypetiach Czerwonego oraz jego kompanów, w „Baltimore” poczują się jak w domu. Mignola, do spółki z Goldenem, Stenbeckiem i Stewartem, ponownie wrzuca czytelników w świat pełen grozy, po którego ulicach i bezdrożach krążą koszmary wszelakie. Tych jest naprawdę dużo i istnieje spora szansa na to, że entuzjaści horrorów znajdą tu swoją ulubioną istotę. Mamy tu m.in.: nieumarłych, czarownice, wielkie pająki i różnej maści wampiry. W pierwszej kolejności po recenzowany komiks powinni sięgnąć fani ostatnich z wymienionych, bowiem dzieci nocy grają tu pierwsze skrzypce.

Wojna (ze względu na brak kontynuacji nienazwana jeszcze pierwszą światową) zakończyła się wcześniej, ale niestety stała za tym nie chęć pokoju tylko nowe zagrożenie. Europę zdziesiątkowała zaraza, a jakby tego było mało, to jeszcze nie wszyscy umarli raczyli pozostać w swoich miejscach spoczynku. W tej nowej i ponurej rzeczywistości nikt nie potrzebował astrologów, by odkryć, że populacja wampirów zwiększyła się. Dlaczego? Odpowiedź na pytanie zdaje się znać tytułowy bohater. Celem Lorda Henry’ego Baltimore’a nie jest jednak uwolnienie świata od obrzydliwości, jakie wypełzły z cieni. O nie, dla niego liczy się wyłącznie zemsta. 

Mimo olbrzymiej skali wydarzeń oraz udanego światotwórstwa (jeśli chętnie sięgacie po historie alternatywne, to tym bardziej jest to komiks dla Was), cała opowieść ma wyjątkowo osobisty i niekiedy całkiem kameralny charakter. Ciało Baltimore’a opuściło okopy, ale część jego umysłu już na zawsze tam pozostała. Dom, do którego powrócił okaleczony na ciele i psychice bohater, zamiast wytchnienia zaoferował nowe traumy. W powojennej rzeczywistości pozostało mu tylko jedno – odpłacić złu pięknym za nadobne. I robi to nie dlatego, by uchronić innych od cierpienia, a po to, by samemu, choć w minimalnym stopniu znaleźć ukojenie w zemście za śmierć bliskich. 

baltimore-tom-1-plansza-z-komiksu-min.jpg

Baltimore może wydawać się jedną z wielu podobnych sobie postaci, ale i tak poczynania jego oraz innych śledzi się z niemałym zainteresowaniem. Gabaryty nowego tomiszcza od Egmontu mogą sugerować naprawdę długą lekturę, ale w praktyce całość pochłania się zaskakująco szybko. To jeden z tych tytułów, które niełatwo odłożyć na bok, a przewracaniu kolejnych stron towarzyszy bitwa myśli – kontynuować, poznać dalsze losy protagonisty czy może dłużej nacieszyć się komiksem i wrócić do niego jutro. Nie tylko obowiązek recenzenta sprawił, że wygrała u mnie pierwsza opcja. Ta historia wciąga na wielu poziomach – zaprezentowaną rzeczywistością, potworami i warstwą wizualną.

Przedstawiony na kartach komiksu świat fascynuje nie tylko swoimi założeniami, ale także stylistyką. Ben Stenbeck udanie odmalował Europę zdewastowaną niedawnym konfliktem zbrojnym i obecnym odrodzeniem krwiopijców. Ponadto rysownik perfekcyjnie oddaje charakter scenariusza nierzadko łączący ze sobą pulpę i gotycką grozę (a gdzieniegdzie można jeszcze dostrzec steampunkowe wpływy). Brawa należą się również koloryście. Dave Stewart po raz kolejny potwierdził, że jest jednym z najlepszych w swoim fachu. Jedyny zarzut, jaki mógłbym wysunąć w stronę warstwy graficznej, to niekiedy zbyt duże podobieństwo Stenbecka do Mignoli. Rozumiem, że obaj mają zbliżony styl, ale na niektórych kadrach gdzieś gubił się ten pierwszy i widziałem tam za wiele inspiracji pracami drugiego z wymienionych. 

W naturze nic nie ginie. Po kilkunastu latach dobiegła końca jedna seria o wampirach (mowa oczywiście o „Amerykańskim wampirze”), a miesiąc później w jej miejsce wskoczyła kolejna i do tego lepsza. Sporo tu podobieństw do „Hellboya” i „B.B.P.O.”, ale na szczęście Mignola i Golden nie ograniczyli się wyłącznie do sprawdzonych rozwiązań i uraczyli czytelników kilkoma świeżymi motywami. Jeśli lubicie posępne opowieści o krwiopijcach, spragnionych zemsty samotnikach i nieobcy Wam horror, to „Baltimore” jest dla Was. 

Oceny końcowe komiksu „Baltimore. Tom 1

5
Scenariusz
5
Rysunki
5
Tłumaczenie
6
Wydanie
6
Przystępność*
5
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

baltimore-tom-1-okladka-min.jpg 

Specyfikacja

Scenariusz

Mike Mignola, Christopher Golden

Rysunki

Ben Stenbeck

Oprawa

twarda

Druk

Kolor

Liczba stron

564

Tłumaczenie

Jacek Drewnowski

Data premiery

14 czerwca 2023

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

Zdj. Egmont / Dark Horse