„Blackwood” – recenzja komiksu

W lutym tego roku na półkach wylądował kolejny oryginalny horror, który wydawnictwo Scream Comics zaczerpnęło z zasobów Dark Horse’a. O wrażeniach z naszej wizyty w szkole okultyzmu „Blackwood” autorstwa nagrodzonego Eisnerem Evana Dorkina przeczytacie w recenzji komiksu poniżej. Zapraszamy do lektury.

Coś wyszło ze studni. Są pewni, że to był dziekan”. Szkole Blackwood daleko do zwykłego college’u – z pozoru trafiają tu wyłącznie beznadziejne przypadki i lewusy z edukacyjnego marginesu. W rzeczywistości, pod fasadą uczelni „alternatywnej”, Blackwood kryje tajemnice z piekła rodem, wykładowcy zgłębiają arkana wiedzy zakazanej, zaś adeptów selekcjonuje się w oparciu o rzadkie, parapsychiczne zdolności. Na stronach komiksu poznamy trójkę nastoletnich bohaterów – na potrzeby recenzji nazwijmy ich anty-Harrym, anty-Ronem i anty-Hermioną – których przeznaczeniem będzie zmierzyć się z siłami ciemności wpisanymi w sylabus pierwszego semestru. Najtrafniejszym dowcipem tego przezabawnego komiksu okazuje się być sama natura grozy, która czyha pod wyzwoloną, postmodernistyczną frajdą. Oto bowiem przeraźliwą konsekwencją antycznych klątw, przed którymi stają protagoniści, jest nie śmierć w męczarniach, a koszmar każdego nastolatka: wieczność spędzona w systemie szkolnictwa. Brr.

„Blackwood” otwiera tajemnicza śmierć dziekana, która wprawia w ruch narrację zaplanowaną przez scenarzystę Evana Dorkina. Początek nowego semestru wita nowo przybyłych bohaterów niekonwencjonalnie – plagą insektów, obietnicą apokalipsy, atakiem dwugłowej mumii szympansa i starą wiedźmą, która rozmawia z komarami. Dość będzie powiedzieć, że komiks nie szczędzi czytelnikom czasu na przydługie wprowadzenia i rzuca wspomnianą trójkę w nurt wydarzeń. Z bohaterami zapoznajemy się na bieżąco, choć scenariusz niewiele ma o nich ogółem do powiedzenia. Każdy posiada w istocie jedną zasadniczą cechę, która definiuje rolę w fabule, a że cały komiks opiera się raczej na pospiesznym następstwie zdarzeń, pod koniec wiemy o naszych protagonistach niemal dokładnie tyle, co na początku pierwszego zeszytu.

blackood plansza.jpg

„Blackwood” to po prostu luźna zabawa formą – czy to w kontekście właśnie postaci, czy przeciętnie klejącej się opowieści będącej spoiwem nieszczęsnych wydarzeń. Dorkin zapożycza od najlepszych i szafuje dosłownie każdym wersem z elementarza kampowej grozy (w pewnym momencie pada nawet tytuł najlepszego horroru Sama Raimiego). Wszak sama nazwa komiksu i tytułowego uniwerka pochodzi od Algernona Blackwooda, klasyka weird fiction, którym zachwycali się wszyscy groszowi prozaicy czasów, jakże by inaczej, Lovecrafta (o którym nie wspomnieć przy okazji „Blackwood” się po prostu nie da, choć bardziej przez obiektyw „Reanimatora Herberta Westa”). I choć o oryginalności nie ma w komiksie specjalnie mowy, tak mikstura zaproponowana przez Dorkina pozostaje nie tylko absorbująca, a również miła dla oka. Jego czarodziei, którzy zamiast magicznych różdżek używają miotaczy ognia i świętych granatów, okalają odcienie delirycznego różu i kwasowej żółci. Z kolei znakomita kreska Veroniki i Andy’ego Fishów niesie ze sobą wyraźne inspiracje dorobkiem Guya Davisa i uniwersum Mike’a Mignoli. Dość powiedzieć, że wielbiciele komiksowej pulpy i kreskówek z dreszczykiem będą ugotowani. A że bywają momenty, w których chciałoby się od komiksu trochę więcej niż serii samoświadomych cheap thrills, to już inna sprawa – być może doczekamy się tego w publikowanej obecnie za oceanem kontynuacji noszącej wdzięczny tytuł „The Mourning After”.

Tytułem końca tego krótkiego podsumowania wrażeń z lektury powiem tylko, że komiks Evana Dorkina i małżeństwa Fishów to taki trochę sen w gorączce – jeden z tych, które mógłby sobie wymarzyć fan popkultury po ciężkostrawnym posiłku. Harry Potter” (minus muzyka Johna Williamsa, plus „Level Five” od King Crimson) spotyka tu „Supernatural” i „B.B.P.O.”. Inspiracje są jasne, cel osiągnięty, zaś sam komiks trafia na półkę, pozostawiając za sobą przyjemne, choć i nieszczególnie trwałe wspomnienia. Co więcej, gdy strony plują w kierunku odbiorców pradawnym bełkotem i rzucanymi bez wytłumaczenia dialogami w stylu: „SYNERGIA UMYSŁÓW! STRACH! NIKCZEMY STRACH!”, trudno nie wyobrażać sobie, jak mogłaby wyglądać ekranizacja. W roli jednego z nadekspresyjnych wykładowców idealnie sprawdziłby się wówczas Nicolas Cage i na taki film ustawiłbym się w kolejce jako pierwszy.

Oceny końcowe

4
Scenariusz
5
Rysunki
5
Tłumaczenie
5
Wydanie
6
Przystępność*
5
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja

Scenariusz

Evan Dorkin

Rysunki

Verinica Fish, Andy Fish

Oprawa

twarda

Liczba stron

120

Druk

kolor

Format

170x260 mm

Wydawnictwo oryginału

Dark Horse Comics

Data premiery

luty 2020

Dziękujemy wydawnictwu Scream za udostępnienie egzemplarza komiksu.

zdj. Dark Horse Comics / Scream