Bolesne dojrzewanie. Recenzja filmu „Biedne istoty”

Nowy film Yorgosa Lanthimosa wychodzi naprzeciw mainstreamowym oczekiwaniom i funduje nam efektowną dydaktykę z filozoficznym zacięciem. Szkoda, że napisaną najgrubszą z możliwych kresek.

Biedne istoty” – recenzja filmu z Emmą Stone

Grecki reżyser po historii na angielskim dworze („Faworyta”), nasączonych okrucieństwem rodzinnych dramatach („Zabicie świętego jelenia” i „Kieł”) czy antyutopijnym teatrze marionetek („Lobster”) postanowił zdekonstruować znane nam kulturowe ramy społeczne i przy pomocy współczesnej reinterpretacji historii Frankensteina zapuścić się w kręgi bezlitosnego dorastania. Główna postać filmu, wyłowiona z Tamizy samobójczyni, której umieszczono w głowie mózg nienarodzonej córki, Bella (Emma Stone), postanawia wyrwać się spod londyńskiego klosza (szykowne śniadania, małżeństwo z rozsądku, ale i konieczność przebywania w domowym laboratorium), a następnie wyruszyć w podróż z nowo poznanym amantem, Duncanem (Mark Ruffalo).

Dokąd dotrzemy z dopiero odkrywającą swoją seksualno-intelektualną tożsamość dziewczynką/nastolatką/kobietą? Uwaga, bo Lanthimos serwuje nam naprawdę szaloną historię. Mamy tutaj trzęsienie ziemi w Lizbonie, którego umiejętną metonimią jest seria wściekłych podskakiwań, rejs luksusowym statkiem pełen intelektualnych uciech dostarczonych przez najlepsze lektury, który aż razi strukturalnym podobieństwem do „Czarodziejskiej góry”, spaloną Aleksandrię, i oczywiście Paryż, gdzie Bella zostaje prostytutką, jednocześnie doprowadzając do totalnego upowszechnienia środków produkcji. Przecież śladem swojego stwórcy wychodzi z nie całkiem słusznego założenia, że próby empiryczne są jedyną możliwą drogą poznania.

Sprawdź też: Matt Damon przerywa milczenie w sprawie nowego „Bourne’a”. Powróci do roli?

Biedne istoty Emma Stone i Mark Ruffalo

Lanthimos podkreśla społeczną rolę „kontroli” w „Biednych istotach” i trudno się z nim nie zgodzić. Zarówno feministyczna krytyka male gaze z rozbrajającym Duncanem, który infantylnie szaleje za Bellą (ale jednocześnie przeraża go wizja kobiety samodzielnej czy wykształconej), jak i wiktoriańska pruderyjność odnoszą się do jednej rzeczy: władzy. Lanthimos z pewnym obiektywistycznym chłodem podchodzi do cierpień nabierania jednostkowej podmiotowości, podczas gdy wiele innych filmów, w tym przecież „Barbie”, w ogóle nie porywa się na stworzenie studium indywidualizmu jaźni, tylko wszystko ujmuje od razu społecznie. „Biedne istoty” – wbrew społecznie ujmowanemu siostrzeństwu à la Barbie – fundują nam gorzką wizję feminizmu wraz z obrazem tłamszenia i ograniczania przez władzę.

Nastawiona na jednostkowość, niejako ucieleśniając kobiecy indywidualizm, Bella wychodzi naprzeciw społecznym konwenansom – w końcu nie rozumie, dlaczego nie należy się masturbować przy śniadaniu i nie wstydzi się pracy w domu publicznym. Dojrzewanie Belli zostało pozbawione społecznych zakazów, dlatego była w stanie wyrobić sobie zdanie na każdy temat. Finalnie, zdobywając swoje bezcenne doświadczenie, przechodzi przez nastoletnie żądze czy intelektualny idealizm, i dociera do punktu, w którym najważniejszy jest drugi człowiek.   

Niestety w tej misternie utkanej strukturze powoli zaczyna nas mdlić od wielości kontekstów i nawiązań. Lanthimos w trwającym ponad dwie godziny obrazie podejmuje się naprawdę ambitnego zadania, ponieważ bierze sobie na cel właściwie cały kulturowy i tożsamościowy dyskurs. Bo w zasadzie czego my tutaj nie znajdziemy? Na jednym tchu wymienimy feminizm, pedofilię, mniejszości etniczne, prostytucję (chociaż pewnie powinienem powiedzieć „sexworking”), mizoandrię, społeczność LGBT, marksistowską wizję społeczeństwa i znalazłoby się jeszcze kilka literackich smaczków.

Yorgos Lanthimos i Emma Stone

Szkoda tylko, że traci na tym pogłębiona refleksja, której właściwie... nie dostajemy. Samo wywołanie do tablicy Ważnych Kwestii nie robi wrażenia „wow”, a jedynie pozostawia nas z poczuciem niezaspokojonego głodu. Trudności w przedstawieniu tak skomplikowanej struktury są więcej niż ewidentne, jednak środki, z jakich korzysta Lanthimos, po prostu nie zdają egzaminu. Szamotanina po najbezpieczniejszych elementach współczesnej kultury w zespoleniu z dosyć jednowymiarową treścią szybko zamyka dyskusję i tworzy skostniałą dydaktykę z oczywistym rozwiązaniem.

Oglądanie luźnej interpretacji powieści Alasdaira Gray’a z wyraźnym naciskiem na elementy feministyczne w wykonaniu nowoczesnego Frankensteina jest rzeczywiście przyjemnością samą w sobie. Sprawnie napisana satyra na społeczeństwo, bogactwo środków formalnych (fisheye jako przejście? Kostiumy? Burtonowski klimat?), zastosowanie dopracowanego do mistrzostwa przez Lanthimosa modelu człowieka‑kukiełki... Jest tego naprawdę sporo, jednak czy „Biedne istoty” sprawiły, że inaczej spojrzałem na którąkolwiek z Ważnych Kwestii? No nie za bardzo. Z tym że sam nie wiem, czy to jest jakiś problem. Może Lanthimos zwyczajnie nie chciał, żeby ktoś zasłonił mu słońce. A to mu się przecież doskonale udało.

Ocena filmu „Biedne istoty”: 4/6

 

zdj. 20th Century Studios