„Cień i kość” – przedpremierowa recenzja serialu. Co Netflix wyczarował za Fałdą Cienia?

W najbliższy piątek do oferty Netfliksa trafi nowa seria fantasy „Cień i kość”, będąca adaptacją bestsellerowego cyklu powieści dla młodzieży autorstwa Leigh Bardugo. My mieliśmy już okazję zapoznać się z serialową adaptacją i teraz zapraszamy Was do lektury przedpremierowej recenzji.

Spośród tuzinów fikcyjnych światów, które drzemią cierpliwie na księgarnianych półkach, te opowiedziane w konwencji młodzieżowej fantastyki są chyba najliczniejsze. Dziesiątki zmyślonych kontynentów, czekających na uwagę młodych czytelników w niewyczerpanym zdaje się oceanie literatury „zmasowanej”, nieustannie rozrastają się o kolejne odgałęzienia, generują kolejne dramaty – kolejne fantazyjne imperia pod jarzmem złych czarnoksiężników i gnuśnych monarchów raz za razem upadają, by przekształcać się w republiki i królestwa rządzone przez legendarnych herosów i tak dalej, i tak dalej. „Cień i kość”, najnowsza adaptacja jednej z takich właśnie uśpionych krain, ekranizuje serię osadzoną w świecie Griszów, elitarnych magów Ravki. Choć największa część widzów pozna tę krainę dopiero decydując się na wypróbowanie nowej serii Netfliksa, najwierniejsi fani cyklu mają za sobą lekturę trzech cyklów powieści (między innymi serii „Grisza” i trylogii „Szóstka wron”) i nowel osadzonych w uniwersum autorki Leigh Bardugo. Dorobek pisarki przyciąga młodych czytelników od lat, ale o uwagę szerszej widowni „uniwersum Griszy” powalczy dopiero od tego piątku. Nie będzie to bynajmniej walka szczególnie uoryginalniona, bo wiele z owych masowo formowanych krain, zainspirowanych klasykami gatunku, współdzieli bliźniaczo do siebie podobne schematy, jakkolwiek obleczone w nowe nazwy, rekwizyty i mitologie.

„Cień i kość” rozgrywa się w podzielonym – w przenośni i dosłownie, za sprawą wyrastającej w centrum kontynentu, mistycznej Fałdy Cienia – świecie rymującym się z carską Rosją i wiktoriańską Anglią. Główna bohaterka, Alina Starkov, skromna kartografka, odkrywa w sobie wielką moc, która zaważy o przyszłości nie tylko jej państwa – Ravki – ale i całego świata. Stając się obiektem zainteresowania tamtejszej wariacji przedrewolucyjnego caratu, bohaterka rozpoczyna naukę pośród elitarnych magów, znanych jako Griszowie. W międzyczasie widzowie poznają grupę przestępców, zatrudnionych do przeprowadzenia Aliny na drugą stronę magicznej zasłony. Fantazyjny świat skrytobójców, czarnoksiężników, łotrów i rewolwerowców staje się więc sceną dla dość znajomej fabuły. Wszak opowieści o niezwykłych istotach, przeżywających dopiero swoją inicjację w ową „niezwykłość”, widzieliśmy już wiele razy. Na drugim planie pojawia się też romans i międzynarodowa intryga. Nie w archetypach leży tu jednak problem, a scenariuszu, który ze światem przedstawionym i jego mieszkańcami radzi sobie raczej przeciętnie.

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov

Twórcy serialu nie zwlekają, by o rzeczywistości z powieści Bardugo opowiedzieć na tyle kompleksowo, na ile pozwoli metraż odcinków, w konsekwencji czego już po pierwszej godzinie widzowie dysponują kopiastym słownikiem zmyślonych pojęć. Światotwórstwo odbywa się w „Cieniu i kości” przede wszystkim werbalnie. Bohaterowie z namaszczeniem wytłuszczają widzom przeróżne aspekty książki, zaś fantazyjny świat staje się chłodno dookreślony – niczym w scenariuszu sesji RPG, w której nie przewidziano miejsca na najmniejszą improwizację. Choć malownicza i precyzyjnie skonstruowana oprawa „Cienia i kości” pokazuje, że Netflix nie szczędził żadnych środków na realizacji serialu, świat z książek Bardugo wyjaśniono tu głównie w formie topornej ekspozycji, a nie za pośrednictwem bogactwa środków, które niesie ze sobą medium. Trudno nie spekulować, jak z podobnym budżetem rysowałaby się Ravka, gdyby zdecydowano się ją lepiej pokazać, a nie tak szybko rozłożyć i sklasyfikować, a przez to osobliwie zredukować.

Podobnie młoda obsada – choć miewa w serialu lepsze momenty, aktorzy nie radzą sobie z wyczarowaniem iluzji o istnieniu jakiejś pozaekranowej rzeczywistości. Bohaterowie popychają opowieść naprzód, przygoda sprawnie rozwija się i zwija z jednego odcinka na drugi, ale z tekstu bije zdecydowanie niefantazyjny chłód i stanowczość. Postacie na pierwszy rzut oka barwne i ekscentryczne, z czasem okazują się mocno szablonowe i przesadnie poważne. Z całą pewnością największy potencjał „Cienia i kości” wiąże się z postacią ulubieńca czytelników, przestępcy-wirtuoza Kaza Brekkera, zagranego przez Freddy’ego Cartera, którego losy rymują się z fantazyjną odmianą caper movies. Przeważnie słabiutko wypada natomiast Jessie Mei Li wcielająca się w główną bohaterkę, choć przyznać trzeba, że winy za mocno skostniałą osobowość poszukamy nie w castingu, a w kierunku reżyserii i jakości podawanych tekstów.

W tym kontekście warto podkreślić, że choć świat „Cienia i kości” to z całą pewnością nie kolejne Śródziemie czy Westeros, spod przeciętnej reżyserii rysuje się interesująca i wystarczająco wielobarwna ilustracja, by utrzymać zainteresowanie niektórych widzów. Wielu z pewnością zainteresuje tajemnica Fałdy Cienia, ścieżka protagonistki i miłosny teen drama między Aliną i Malyenem, żołnierzem Pierwszej Armii. Pochwalić należy też nie tylko wzorcowe efekty specjalne, ale i pracę wszystkich zaangażowanych scenografów i projektantów. Lekka historia, choć miewa po drodze przeróżne problemy, rozwija się przeważnie dość sprawnie – bez problemu odnajdą się w niej najwięksi entuzjaści książek Bardugo, których zadowoli każde odwołanie do bestsellerowych pierwowzorów. To powiedziawszy, „Cień i kość” kolejnym wielkim fantasy streamingu się z całą pewnością nie stanie, ale przy jakościowej oprawie i dość płynnie prowadzonej narracji znajdzie swoją widownię – prawdopodobnie tę samą, która taśmowo pochłonęła pierwszy sezon adaptacji „Przeklętej” Franka Millera.

Ocena końcowa: 3+/6

Zdj. Netflix