„Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun” – recenzja filmu. The Best Of Wes Anderson 1996-2018

W piątek do polskich kin zawita najnowszy film Wesa Andersona pod tytułem „Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun”. Jak wypada najnowsze dzieło od twórcy „Grand Budapest Hotel” i czy warto wybrać się do kina? Sprawdźcie naszą recenzję.

Twórczość Wesa Andersona (w szczególności ta późniejsza) zawsze miała w sobie coś z estetyki społeczno-kulturowego magazynu pokroju „New Yorkera”, po którego z lubością sięgają aspirujący intelektualiści. Wyćwiczony styl reżysera zawiera w sobie wyraźny pierwiastek edytorskiego perfekcjonizmu. Jego symetryczne kadry odtwarzają niejako layout zgrabnie skonstruowanych stron czasopism z odstępami między fragmentami treści, które w filmie nazwalibyśmy cięciami. Andersonowskie poczucie humoru jest pokrewne rysom publicystycznej śmietanki zza oceanu, a strukturalna epizodyczność, do której Amerykanin ucieka coraz częściej, wydaje się mieć korzenie nigdzie indziej jak w oldskulowym dziennikarstwie magazynowym. Elementy, które towarzyszyły produkcjom twórcy „Kochanków z księżyca” od kilku ładnych lat, w jego najnowszym filmie osiągnęły kompozycyjne apogeum. „Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun” to, jak zresztą sama nazwa wskazuje, dzieło romantyczne, z sercem bijącym w jednym kierunku – przestrzeni wypełnionej retro prasą i filmami europejskich mistrzów, którą zbiorczo należałoby określić inspiracjami.

Kolejny fantastyczny świat, do którego zabiera nas Anderson, mieści się w Ennui-sur-Blasé. Francuskie miasto – w rzeczywistości będące równie urokliwym Angoulême – jest domem redakcyjnym tytułowego „Kuriera Francuskiego”, jednoznacznie inspirowanego „New Yorkerem” pisma, które prowadzi Arthur Howitzer Jr. (Bill Murray), założyciel i redaktor naczelny mniej jednoznacznie inspirowany Haroldem Rossem i Williamem Shawnem (dwoma najbardziej znaczącymi nazwiskami nowojorskiej gazety). Duchowy ojciec „Kuriera” umiera już w prologu, co zmusza pozostałych członków redakcji do sporządzenia doniosłego nekrologu. Pamięci nestora pisma odpowiadać będą cztery redakcyjne opowieści zrelacjonowane w formie retrospekcji z powstawania tekstów.

Jak na nietuzinkowy magazyn przystało, dziennikarze „Kuriera” muszą być równie nietuzinkowi. Mamy więc Herbsainta Sazeraca (Owen Wilson), reportażystę-roweżystę, który przygląda się najbardziej szemranym dzielnicom miasta. Jest też ekscentryczna krytyczka sztuki JKL Berensen (Tilda Swinton), która analizuje nie tylko życie i twórczość odsiadującego wyrok za morderstwo malarza (Benicio del Toro), ale również jego relację z Simone (Léa Seydoux), strażniczką więzienia i jednocześnie muzą artysty. Wśród nich znajduje się także Lucinda Krementz (Frances McDormand), żurnalistka terenowa, która wysłana zostaje na quasi-paryskie barykady rewolucyjnych studentów domagających się wstępu chłopców do żeńskich akademików. Dziennikarski poczet „Kuriera” zamyka posklejany z cech Tennesseego Williamsa i Jamesa Baldwina krytyk o imieniu Roebuck Wright (Jeffrey Wright), który szykując historię o wybitnym kucharzu, ze szczegółami referuje opowieść o porwaniu małego chłopca.

francuski kurier

Pod płaszczykiem filmowej antologii nowy obraz Andersona skrywa w swej strukturze kompozycję magazynową. W istocie jego „Kurier Francuski” jest dokładnie tym, na co wskazuje tytuł. Film cechuje układ czasopisma – prolog stanowi w nim swoisty spis treści, który zwiastuje zawartość kolejnych niespełna dwóch godzin, a każda kolejna historyjka stanowi skrzętne sportetowanie napisanych niewidzialnym ołówkiem opowiadań. Można powiedzieć, że kariera twórcy dążyła właśnie do takiego momentu. Jego wyszukane, acz powtarzalne zapędy formalne z dumą eksponowały intertekstualność, ironię czy żonglowanie gatunkami, które do tej pory najwyraźniej dostrzegalne były chyba w „Grand Budapest Hotel”. Na każdym kroku widać w „Kurierze” ogrom pracy, który Anderson włożył w przygotowanie tego wydania gazety, lecz efekt jest taki, że poprzednie numery pisma okazywały się ciekawsze. Filmowi udaje się w pewnym stopniu dostarczyć tego wszystkiego, za co kino pokochało reżysera, ale energii i zapału dla widza nie wystarcza, by uważnie śledzić lekturę do końca.

Reżyser „Fantastycznego Pana Lisa” ze znaną sobie pewnością siebie i wiarą we własną kreację zaprasza nas do przestudiowania jego tekstu od deski do deski. Jest to jednak zabieg równie ambitny, co ryzykowny. Chcącym rzetelnie zagłębić się w lekturze Andersonowskiego „Kuriera”, stanąć na drodze może to, co dotychczas charakteryzowało i nierzadko decydowało o sile autorskiego sznytu twórcy. Mikstura bodźców audiowizualnych, która nie pozwalała pomylić podpisu Andersona z żadnym innym filmowcem, jest w „Kurierze” emblematem nieco szkodliwym. Zważywszy na prędkie tempo filmu, jego epizodyczność i wiążącą się z tym parafrazę czy intelektualną inwencję, nowy obraz Andersona skutkować może rozproszoną uwagą. Innymi słowy, natłok przeróżnych elementów-symboli, którymi reżyser manewruje w opowieściach „Kuriera”, ciągnie za sobą wrażenie przesytu. Efekt przytłoczenia treścią pojawia się mniej więcej w połowie filmu, kiedy jego akcja już na dobre ruszy z kopyta. Do tego momentu „Kurier” bardzo sprawnie udaje produkcję spójną i równomiernie pociągającą.

„Kurier Francuski” poniekąd przypomina nieistniejącą kompilację „The Best Of Wes Anderson 1996-2018”. Nawarstwienie charakterystycznych dla twórczości reżysera elementów jest w stanie zarówno zachęcić, jak i odstraszyć. Z jednej strony kreacyjność i historyczno-kinofilskie odniesienia budzą podziw, a z drugiej nawał ironii i swego rodzaju informacyjny szok powodują znużenie i poczucie nostalgii za linearną linią fabularną. Dojmującym może okazać się również brak przywiązania do bohaterów, który Anderson z premedytacją zamienia w peryferyjność, co ściśle wiąże się ze strukturą filmu. Rozpoczynając lekturę fikcyjnego wydania „New Yorkera” musicie zatem sami zdecydować, czy bardziej cenna będzie dla Was forma, czy może treść. Jednego możecie jednak spodziewać się na pewno – „Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun” to obraz, w którym jest 100% Andersona w Andersonie. Już samo to zapewnia gwarancję dobrego widowiska.

Ocena filmu „Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun”: 4/6

Zdj. Searchlight Pictures