„L'immensità” – przedpremierowa recenzja filmu. Pewnego razu w Rzymie

Za nami Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji, czyli najstarsza na świecie impreza dedykowana X muzie. Już prawie trzy tygodnie temu poznaliśmy laureata Złotego Lwa w konkursie głównym, czyli film dokumentalny „Całe to piękno i krewLaury Poitras. Ponadto – wyspę Lido ze zwycięskimi statuetkami opuszczali Cate Blanchett i Colin Farrell w kategoriach aktorskich, Luca Guadagnino za reżyserię, natomiast Martin McDonagh otrzymał drugie w swojej karierze weneckie wyróżnienie za scenariusz. W tym natłoku wielkich nazwisk oraz dzieł, które zapewne brylować będą w rozpoczętym właśnie sezonie nagród, łatwo przeoczyć skromną włosko-francuską koprodukcję pod tytułem „L'immensità” z Penélope Cruz w jednej z głównych ról. Przy wczesnojesiennej szarości za oknem zanurzmy się w skąpanych w słońcu kadrach historii o tłumionych emocjach i egzystencjalnych rozterkach wieku dojrzewania – zapraszam do zapoznania się z niniejszą recenzją.

W scenie otwierającej najnowszy film Emanuele’a Crialese’a – „L'immensità” – poznajemy Clarę (Penélope Cruz). Kobietę palącą papierosa obserwuje jej trójka dzieci, które dostrzegają w nieruchomej postawie i szklących się, wpatrzonych w pustkę oczach, iż jest ona obecna jedynie ciałem, lecz nie duchem. Wyrwana z letargu przez swoją starszą córkę, Adrianę (Luana Giuliani), Clara ponownie nakłada maskę przebojowej matki. Uruchamia singlowe wydanie utworu „Rumore” Raffaelli Carrà i wspólnie ze swoim potomstwem tanecznym, dynamicznym krokiem nakrywa do stołu. Te kilka minut spędzonych w mieszkaniu rodziny Borghettich to perfekcyjnie zaprojektowana miniatura stanowiąca dramaturgiczny fundament, na którym będą poruszać się bohaterowie. Ledwie zasygnalizowany refleksyjny nastrój oraz drzemiąca pod powierzchnią niepewność zostaje zatuszowana, niemal musicalową, sekwencją beztroski domowego ogniska. Może ma to związek z uwagą Adriany, iż jej matka nakłada makijaż tylko po tym, gdy płakała?

Usytuowana w Rzymie lat 70. XX wieku akcja obrazu Crialese’a jest zarówno niewielkim wycinkiem, pełnego napięć życia rodzinnego, jak i sygnałem następujących przemian społecznych. Scenariusz, który reżyser napisał we współpracy z Francescą Manieri oraz Vittorio Moroni działa niczym skrystalizowany wstęp do wiwisekcji rozłamu małżeństwa, toksyczności domowego patriarchatu, a także poszukiwań własnej tożsamości. Postać kreowana przez Luanę Giuliani nie identyfikuje się jako kobieta, funkcjonując w towarzystwie rówieśników jako dorastający chłopiec, posługujący się imieniem Andrea. Nie ukrywa się z potrzebą akceptacji wśród swoich bliskich, którzy nie rozumieją (i nie starają się zrozumieć) dysonansu między płcią mózgu a fizycznością ciała – podobnie, jak ona nie rozumie dlaczego przyszła na świat w tej formie. Jej tożsamość płci umacnia się po spotkaniu żyjącej w sąsiedztwie Sary (Penelope Nieto Conti), z którą nawiązuje niewinny, młodzieńczy romans. Wątek transpłciowości w połączeniu z błaganiem o znak, które Adriana kieruje ku niebiosom wybrzmiewa niczym pytanie o sens tej boskiej drwiny – niedopasowania biologicznego, skazującego bohaterkę na ostracyzm społeczny i osamotnienie w konserwatywnym środowisku.

Cruz_02.jpg

Ignorancję wobec wagi tego zagadnienia przejawia nawet Clara, wykazująca silny instynkt opiekuńczy wobec dzieci oraz przedstawiająca bardziej liberalne podejście w ich wychowaniu. Penélope Cruz implementuje dużo werwy do niespiesznej narracji Crialese’a, dając popis aktorskiego talentu, potwierdzając swą ekranową klasę kolejnym fantastycznym, pełnym uroku występem. Jej bohaterka, wychodząca poza schemat wizerunku ówczesnej gospodyni domowej, wykorzystuje poczucie humoru i naturalną charyzmę, by stworzyć klosz ochronny dla swoich pociech, podejmując próby dystansowania ich od niezdrowej, rodzinnej atmosfery. Maska ta jednak musi pęknąć – prawdziwe oblicze Clary poznajemy podczas chwil odosobnienia oraz konfrontacji z apodyktycznym mężem, Felicem (Vincenzo Amato). Prezentuje się wtedy jako więzień w złotej klatce; kobieta zniewolona w nieszczęśliwym małżeństwie, z którego wszelkie uczucie i namiętność wyparowały już dawno temu. W obliczu codziennych problemów ważnym elementem eskapizmu dla bohaterów jest muzyka i taniec – Adriana niejednokrotnie ucieka w świat wyobraźni, projektując siebie i swoją rodzinę w roli obsady teledysków, a także wykonawców włoskich, popowych przebojów podczas telewizyjnych występów.

W trakcie 79. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji reżyser, Emanuele Crialese, po raz pierwszy publicznie wyznał, iż on sam przeszedł operację korekty płci, a na świat przyszedł jako dziewczynka o imieniu Emanuela. To rzuca nowe światło na opowiadaną przez niego historię, czyniąc film „L'immensità” szczerym, na poły autobiograficznym obrazem o trudach dorastania. Brak wyrazistej pointy oraz czytelnych odpowiedzi jest dla tej produkcji świadectwem formy bardziej zbliżonej do osobistej refleksji i wspomnienia lat 70. we Włoszech, niż klasycznej fabuły opowiedzianej w trzech aktach. Tytuł filmu jest nawiązaniem do utworu Dona Backy’ego, który opowiada o potrzebie miłości oraz o tym, iż samotność nie jest wpisana w przeznaczenie człowieka. Autor „Złotych wrót” wspólnie z węgierskim operatorem – Gergelym Pohárnokiem – postarał się o wytworzenie nostalgicznej aury w nasyconych ciepłymi barwami, precyzyjnie zaprojektowanych kadrach. Wspaniale oświetlona scena tańca postaci Penélope Cruz z wężem ogrodowym lub przekazanie róży z ust do ust między Adrianą a Sarą działa niczym odtrutka na życiowe rozterki bohaterów. Elementy poezji wplecione w szorstką prozę codzienności.

Ocena filmu „L'immensità”: 4/6

zdj. Warner Bros.