NOSTALGICZNA NIEDZIELA #129: „Wojownicze Żółwie Ninja” (1990)

W Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne, często pomijane produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. W tym tygodniu kinowa adaptacja komiksu, na którego bazie powstała także kultowa kreskówka popularna w Polsce w pierwszej połowie lat 90. Czy ktoś z pokolenia „80s kids” nie pamięta żółwi ninja?

Jesień 1991. Sobotnie poranki miały wtedy jeden jedyny gwóźdź programu. Była nim kreskówka z 1987 roku, opowiadająca o czterech zmutowanych żółwiach, wyszkolonych w sztukach walki przez ich mistrza, szczuroczłeka Splintera. Byłem wtedy dumnym posiadaczem figurek wszystkich żółwi, kupowałem komiksy, książki, zbierałem naklejki do albumu od Panini, projektowałem własne gry planszowe z żółwiami z wykorzystaniem obrazków z gum do żucia, tłukłem w komputerowe „Turtlesy” u kumpla na Amidze, a gdy przyszło w sobotę odrabiać w szkole jakieś wolne, udawałem, że o tym zapomniałem, żeby przypadkiem nie przegapić kolejnego odcinka. Jakiś czas później postanowiłem sprawić sobie zwierzaka, padło oczywiście na żółwie, które zostały ze mną na kolejne kilkanaście lat. Krótko mówiąc – „Nostalgia is strong with this one”.

Jednak w momencie, gdy moje zainteresowanie marką było na szczytowym poziomie, jeszcze nie wiedziałem, że całe to szaleństwo nie zaczęło się od uwielbianej kreskówki, lecz od czarno-białego komiksu, który w USA zaczął się ukazywać już w 1984 roku – w Polsce trzy pierwsze zeszyty tej oryginalnej serii pojawiły się w 1993 roku za sprawą kultowego wydawnictwa TM-Semic i bezzwłocznie się z nimi zapoznałem. Wyglądało to zdecydowanie inaczej niż w kreskówce. Przede wszystkim mroczniej i poważniej – zarys historii był zbliżony, żółwie przybrały humanoidalną postać wskutek działania tajemniczej substancji chemicznej, po czym przeszły szkolenie, którego celem było przygotowanie ich do starcia z Oroku Saki, znanym lepiej jako Shredder, z którym ich mistrz miał do wyrównania stare porachunki. Pierwszy zeszyt skupiał się właśnie na tym – najpierw żółwie przerobiły na mielone hordę pomagierów Shreddera, a następnie jego samego – został brutalnie poszlachtowany, przebity na wylot mieczem, zmasakrowano mu twarz, zrzucono z budynku i wysadzono granatem. I tyle. Kolejne zeszyty traktowały już o innych sprawach, a najsłynniejszy przeciwnik naszych zielonych koleżków pozostał martwy.

I gdy niedługo potem trafiłem w osiedlowej wypożyczalni VHS na kasetę z filmową wersją przygód moich ulubieńców, przekonałem się, że tak naprawdę to stoi ona w rozkroku między wersją animowaną a mrocznym oryginałem (z tym, że oczywiście nie była taka krwista), przechylając się nawet nieco bardziej w kierunku tego drugiego. Nie było robotów, nie było Kranga i technodromu, Bebopa i Rocksteady’ego (wymyślonych na potrzeby serialu animowanego), były za to żółwie, Splinter i oczywiście Shredder. Zarys fabuły pochodził z oryginalnego pierwszego zeszytu, ale żeby zrobić z tego pełny metraż, trzeba go było uzupełnić elementami z późniejszych odcinków. Znalazło się także miejsce dla April O’Neil (będącej tu reporterką, jak w serialu animowanym), w którą wcieliła się Judith Hoag, oraz Caseya Jonesa (w tej roli Elias Koteas), zamaskowanego mściciela wymierzającego sprawiedliwość przy pomocy szerokiego asortymentu kijów wykorzystywanych w różnorakich grach – nietrudno się domyślić, że znalazł się tam również po to, by dało się w filmie umieścić wątek romantyczny niezahaczający o „erotykę międzygatunkową”. Spośród elementów znanych z kreskówki do filmu załapało się także zamiłowanie tytułowych bohaterów do pizzy. Dorzucono też swego rodzaju elementy moralizatorskie, którym miejsce zrobił wątek młodocianych przestępców współpracujących z klanem złowrogich ninja i chłopaka, uwikłanego w ich ciemne sprawki.

Do ożywienia czwórki naszych bohaterów oraz ich mistrza zatrudniono studio Jima Hensona, które wywiązało się z powierzonego mu zadania wzorowo. Leonardo, Rafael, Donatello i Michelangelo ożyli na ekranie bez pomocy efektów komputerowych, a kaskaderzy ukryci w niewygodnych kostiumach i maskach dali efektowny popis umiejętności w całkiem niezłych scenach walk. Jim Henson twierdził później, że przygotowane na potrzeby filmu kukły i kostiumy były najbardziej zaawansowanymi spośród wszystkich, jakie stworzył. Ich przygotowanie zajęło 18 tygodni. Sceny w kryjówce żółwi nakręcono w opuszczonej części nowojorskiego metra, co pozwoliło im wyglądać autentycznie i przekonująco. Cały film, choć siłą rzeczy pomyślany jako rozrywka dla całej rodziny, zachował sporo z mrocznej atmosfery komiksowego oryginału, oferując widzowi klimat kojarzący się też nieco z pierwszym Burtonowskim Batmanem.

Kilka spośród wielkich wytwórni (w tym Disney, Columbia Pictures, Paramount i Warner Bros.)  nie chciało się podjąć dystrybucji filmu, w obawie przed finansową klęską, jaka kilka lat wcześniej stała się udziałem kinowej wersji He-Mana z Dolphem Lundgrenem. Ostatecznie dystrybucją zajęło się New Line Cinema specjalizujące się wtedy w niskobudżetowym kinie kategorii B. Jak się później okazało, popularność marki była w tym czasie wystarczająca, by zagwarantować sukces. Film o budżecie 13 milionów dolarów zarobił przeszło 200 milionów. Nic dziwnego, że na kontynuację długo nie musieliśmy czekać. Niestety obydwa sequele zapodziały gdzieś atmosferę oryginału, będąc ewidentnie kierowanymi bardziej w kierunku młodszego widza. By oszczędzić sobie problemów z cenzurą (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii), ograniczono w nich ilość scen, w których żółwie używały broni. Pierwsza z kontynuacji zaliczyła dobry wynik w Box Office, co pociągnęło za sobą powstanie kolejnej, ta jednak ledwie się zwróciła, czego efektem było zakończenie serii. Na kolejny kinowy film o żółwiach (nie licząc CGI-animacji z 2007 roku) musieliśmy czekać przeszło dwadzieścia lat.

Dla młodocianego fana marki, którym byłem na początku lat 90., pierwszy film był doświadczeniem całkiem satysfakcjonującym (choć do „Batmana” z 1989 roku mu jednak sporo zabrakło), a i pierwszy sequel przyjąłem wtedy z pewnym entuzjazmem. Gdy jednak po latach zdecydowałem się na odświeżenie znajomości z kinowym wcieleniem żółwi ninja, dostrzegłem wyraźną przepaść dzielącą te produkcje i o ile powtórkowe seanse części pierwszej po dziś dzień dostarczają niezłej rozrywki, tak nie mogę tego samego powiedzieć o części drugiej, która zwyczajnie przynudza, przy okazji sprawiając wrażenie produkcji znacznie tańszej od poprzednika (choć w rzeczywistości kosztowała prawie dwukrotnie więcej). Do trzeciego filmu nigdy nie miałem ochoty wracać.

Film wydano u nas na VHS, jednak nie doczekał się żadnych wydań płytowych. Za granicą można go dostać na DVD i Blu-ray, zarówno osobno, jak i w boxie zawierającym całą trylogię.

Zdj. 888 Productions  / Golden Harvest Production