NOSTALGICZNA NIEDZIELA #197: „Mission: Impossible 2” (2000)

W Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. Dziś kilka słów o „czarnej owcy” w  jednej z popularniejszych serii filmowych ostatnich dekad - „Mission: Impossible 2” w reżyserii Johna Woo. 

Był rok 2000, Matrix zdążył odcisnąć piętno na kinie akcji przełomu tysiącleci, a wciąż jeszcze nastoletni, świeżo upieczony fan Metalliki, którym wtedy byłem, natknął się w sklepie muzycznym na kasetę z soundtrackiem do filmu „Mission: Impossible 2”. Tak naprawdę jedynym powodem, dla którego mnie ten album interesował, był nowy kawałek mojego ulubionego w owym czasie zespołu (Limp Bizkit nigdy nie lubiłem, a Chrisa Cornella czy Foo Fighters nie zdążyłem wtedy jeszcze poznać) zatytułowany „I Disappear”. Sam film obejrzałem dopiero kilka lat później. Nie zrobił na mnie wtedy większego wrażenia i wróciłem do niego dopiero po przeszło dwóch dekadach, dokładniej rzecz ujmując — w zeszłym tygodniu. Zaznaczę w tym miejscu, że na chwilę obecną moja znajomość serii obejmuje sześć pierwszych filmów, znana mi jest także nie najlepsza reputacja części drugiej i prawdę mówiąc, to właśnie ze względu na nią zdecydowałem się po film ponownie sięgnąć dzień po tym, jak po raz pierwszy obejrzałem część pierwszą. Chciałem się przekonać, czy rzeczywiście jest tak źle, jak niektórzy twierdzą. 

Co tu dużo mówić – nie jestem fanem tej serii i raczej już nim nie zostanę. W zasadzie jedynym filmem wchodzącym w jej skład, na którym do tej pory dobrze się bawiłem, była część trzecia. Kolejne zawsze zlewały mi się w jedną niewyraźną masę, z której pamiętam tylko wybrane elementy, takie jak scena wspinania się Toma Cruise’a po szklanej ścianie Burj Khalifa, czy też wąsy Henry’ego Cavilla, które narobiły trudności  Jossowi Whedonowi, gdy klecił swoją kulawą, kinową wersję „Ligi Sprawiedliwości”. I nawet przy całej mojej sympatii dla Toma Cruise’a, którego cenię za szereg ról, jak i niebywałe zaangażowanie i poświęcenie, które prezentuje podczas kręcenia niebezpiecznych i efektownych scen, Ethan Hunt to zawsze była dla mnie chodząca definicja postaci nijakiej, której losem nie potrafię się przejmować (z wyjątkiem wspomnianej wcześniej części trzeciej). Żeby daleko nie szukać, nawet w zestawieniu z takim Jamesem Bondem (w wydaniu Daniela Craiga, bo innych wersji tej postaci nie trawię zupełnie), wypada on blado i nieciekawie. Na dobrą sprawę to trudno byłoby mi powiedzieć o tej postaci cokolwiek więcej ponad to, że Tom Cruise gra Toma Cruise’a wymyślając coraz to nowe odjechane sceny, w których w miarę możliwości bierze udział osobiście, zapewne świetnie się przy tym bawiąc. Miałem nadzieję, że może chociaż część pierwsza przypadnie mi do gustu, ale nic z tego. Z wielkim trudem powstrzymałem się od zaśnięcia podczas niedawnego seansu i naprawdę wątpię, czy kiedykolwiek znajdę powód, by do tego filmu wrócić. A potem obejrzałem dwójkę.

Jak wiadomo, seria filmowa Mission: Impossible opiera się na klasycznym serialu z lat 60, z którego zaczerpnęła zarówno tematykę, motyw z maskami, których używają agenci, jak i muzyczny temat przewodni (Lalo Schrifin skomponował oryginalną wersję). Pierwszy film serii miał premierę w 1996 roku, wyreżyserował go Brian De Palma, a jego sukces finansowy pozwolił na powstanie kontynuacji. Był to także jedyny spośród filmów, w którym pojawiła się jakakolwiek postać znana z oryginalnego serialu (choć odgrywana przez innego aktora). 

Z kolei pierwszy sequel M:I wyreżyserował John Woo, słynny filmowiec z Hongkongu, odznaczający się dość charakterystycznym stylem. Jego znaki firmowe możemy też zobaczyć w M:I2, co zdaje się jest nie w smak wielu spośród fanów, którzy mają w zwyczaju twierdzić, że film ten najzwyczajniej w świecie nie jest wierny duchowi serii. Jako że akurat ta kwestia nie mogłaby mnie bardziej nie obchodzić, podszedłem do filmu bez uprzedzeń.    

Początek był… całkiem obiecujący. Efektowna scena wspinaczki po imponujących skalnych formacjach w parku Dead Horse w Utah robi wrażenie i zostaje w pamięci na dobre.  Niestety szybko wjechał też klasyczny mission-impossible’owy motyw z maskami, który przypomniał mi, co oglądam i niezmiennie przyprawiał o wywracanie oczami. Cóż zrobić, nigdy nie lubiłem tego motywu, a tu niestety będzie go trochę. Wkrótce potem nasz niesamowity główny bohater, Ethan Hunt, dostaje swoją misję (zleca mu ją nie kto inny jak sam Anthony Hopkins), której celem jest odzyskanie biologicznej broni, wirusa znanego jako Chimera, oraz antidotum na tenże wirus nazwanego, a jakże, Bellerofontem. By tego dokonać, Ethan będzie musiał nawiązać współpracę z Nyah (Thandie Newton), złodziejką, byłą kochanką jego przeciwnika (w którego wciela się niedoszły Wolverine, Dougray Scott). Nietrudno się domyślić, że poza współpracą nawiąże coś jeszcze. Sam początek ich znajomości, łącznie z efektowną sceną samochodowego pościgu robi całkiem niezłe wrażenie za sprawą charakterystycznego stylu reżysera — specyficznego montażu i stosowanych zabiegów stylistycznych. Naprawdę fajnie się to oglądało. Kolejne przegięte sceny akcji (pachnące miejscami Matrixem i ma się rozumieć azjatyckim kinem), również wchodziły całkiem nieźle, jednak to, co mamy między nimi, przeważnie nie było ani szczególnie angażujące, ani tym bardziej odkrywcze. Tyle że to akurat w tej serii norma (choć M:I2 wydaje się fabularnie prostsze i przejrzystsze od pozostałych filmów wchodzących w jej skład).

Niemniej jednak to, co wielu fanom było nie w smak – czyli typowe dla Johna Woo zabiegi z latającymi w slow motion gołębiami na czele, czy właśnie sceny akcji – od strzelanin przez pościgi po efektowne bijatyki – ratuje dla mnie ten film (no dobra, może bez gołębi by wiele nie stracił), nadając mu swoistej wyrazistości. Bohater Cruise’a zdaje się tu być bardziej przebojowym, cool-twardzielem niż zazwyczaj, co też uznać można za znak czasów, w których film powstał. I choć niektórzy twierdzą, że nie pasuje im to do Ethana Hunta, to ja sam, jako ktoś, kto tej postaci i tak nigdy nie lubił, nie miałem z tym najmniejszego problemu, wręcz przeciwnie.

Sam Cruise, jak to Cruise, wykonuje w filmie całkiem sporą część numerów kaskaderskich, czym niejednokrotnie przyprawiał o ból głowy reżysera skłonnego powierzyć wszelkie niebezpieczne akcje dublerom i zdaje się, że jego zamiłowanie do tego typu ekstremaklnych zagrywek właśnie tutaj miało swój początek.  Innym spośród wartych wspomnienia aspektów produkcji, jest muzyka Hansa Zimmera, której niestety mało co znalazło się na wspomnianej na początku kasecie (był to bowiem bardziej jeden z tych albumów z cyklu „from and inspired by”, których sens istnienia od zawsze pozostaje dla mnie zagadką). Jest tu kilka zapadających w pamięć melodii (jak choćby temat miłosny) z wyraźnymi hiszpańskimi wpływami, ale można też usłyszeć bardzo typowe dla tego kompozytora zagrywki, przez co chwilami miałem wrażenie, że oglądam „Gladiatora” (w końcu pojawia się tu także wokal Lisy Gerrard) albo „Mrocznego Rycerza”.

Pierwsza wersja montażowa filmu liczyła sobie ponoć dobrze ponad trzy godziny, a konieczność docięcia jej do pożądanego przez wytwórnię metrażu odbiła się nieco na fabule, jednak osobiście nie chciałbym chyba oglądać tego przez kolejną godzinę, bo tempo chwilami tu niedomaga. Ponoć początkowo film otrzymał kategorię wiekową „R” i również pod tym kątem go następnie docinano, co przynajmniej w jednej scenie boleśnie rzuciło mi się w oczy. 

Przy budżecie w okolicach 120 milionów dolarów film zarobił 546 milionów (najlepszy wynik kasowy roku 2000) mimo najgorszych w całej serii recenzji. Tym samym seria miała zapewnioną przyszłość i jak dzisiaj wiemy, miała przetrwać jeszcze długie lata. Co prawda nigdy nie zostałem jej fanem, ale z kilku wyżej wymienionych względów odbieram M:I2 jako pozycję wyróżniającą się na tle reszty serii i dlatego też uznałem, że warto o niej te kilka słów powiedzieć. A czy wyróżnia się na plus czy minus to już kwestia do indywidualnej oceny. W moim przypadku skończyło się na tym, że dwa dni po powtórkowym seansie nabyłem wydanie 4K UHD i... obejrzałem film raz jeszcze. Co ciekawe,  ten kolejny seans wszedł nawet lepiej niż poprzedni i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że „Mission: Impossible” w wydaniu Johna Woo trafia do mnie dużo bardziej, niż to spod ręki Christophera McQuarrie, Briana De Palmy czy też Brada Birda.  

Film został wydany w Polsce zarówno na Blu-ray, jak i 4K UHD, w tym przypadku z pewnością warto zainwestować w nowszy format, bowiem różnica w jakości obrazu na jego korzyść jest bardzo wyraźna. 

 

Zdj. Paramount.