NOSTALGICZNA NIEDZIELA #92: „Oczy szeroko zamknięte”

Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne, często pomijane produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. Tym razem odpoczniemy od radosnej rozwałki VHSowych akcyjniaków, by zaserwować coś z zupełnie innej beczki – rzut okiem na ostatni film reżysera odpowiedzialnego za kilka tytułów, o których słyszał każdy kinoman.

Nie po drodze mi z Kubrickiem, przyznaję. Nie zachwyciło mnie „Lśnienie”, nie podeszła „Mechaniczna pomarańcza”, nawet powrót po latach do „Spartakusa”, którego dobrze wspominałem z czasów dzieciństwa, skończył się rozczarowaniem, a DVD z tym filmem szybko skończyło na Allegro. Po kolejne filmy tego niezwykle uznanego reżysera nie miałem już nawet ochoty sięgać. Jeden widziałem jednak wcześniej, w czasach gdy nazwisko twórcy nic mi jeszcze nie mówiło. I ten właśnie stał się zarazem jedynym, do którego na przestrzeni lat zdarzało mi się powrócić. Ostatnio jakieś dwa tygodnie temu, dlatego też dość nieoczekiwanie wskoczył do rozkładu jazdy naszego cotygodniowego (przynajmniej z założenia) cyklu.

Scenariusz ostatniego filmu Stanleya Kubricka (reżyser zmarł, nim zdążył ukończyć postprodukcję) oparto na powieści Arthura Schnitlzera „Traumnovelle” (znanej u nas jako „Jak we śnie” lub pod tytułem filmowej adaptacji). Kubrick przeczytał ją w 1968 i już wtedy myślał o jej zekranizowaniu, sprawa przesunęła się jednak w czasie nie tylko o lata, ale i dekady. Gdy w latach 90. Kubrick wreszcie przystąpił do pracy nad tym projektem, w rolach głównych chciał obsadzić prawdziwe małżeństwo – myślał ponoć o Alecu Baldwinie i Kim Basinger, ale wystarczyło jedno spotkanie z Tomem Cruise’em i Nicole Kidman, by to właśnie oni zostali obsadzeni. Zdjęcia rozpoczęto w listopadzie 1996 roku. W jednym z wywiadów przeprowadzonych w tym czasie Tom Cruise wyraził przekonanie, że potrwają do czerwca. Miał rację co do miesiąca, ale pomylił się o cały rok (prace na planie zakończono latem 1998 roku). Tak długi okres zdjęciowy wynikał w dużej mierze z perfekcjonizmu samego reżysera, który, wciąż niezadowolony, powtarzał ujęcia w nieskończoność. Film powstawał w studiach Pinewood, gdzie na jego potrzeby odtworzono z wielką pieczołowitością nowojorskie ulice (co wyszło całkiem nieźle, podczas seansu się nie zorientowałem). Powstawał, dodajmy, w ścisłej tajemnicy.

Jak przedstawia się fabuła ostatniego dzieła Kubricka? Mamy tu do czynienia z dramatem psychologicznym i erotycznym zarazem. Głównymi bohaterami są Bill Harford (Cruise) i jego żona Alice (Kidman), choć tak naprawdę to tylko Cruise przez cały czas pozostaje na pierwszym planie, podczas gdy rola jego żony ogranicza się w dużej mierze do początku filmu i kilku kluczowych scen w dalszej jego części (a szkoda, bo rola zdawała się mieć spory potencjał). Poznajemy ich, gdy wybierają się na wystawne przyjęcie organizowane przez ich znajomego, Victora Zieglera (Sydney Pollack). Na tymże przyjęciu obydwoje stają się obiektem zainteresowania osób skorych do miłosnych przygód, jednak wszelkie próby uwiedzenia ostatecznie spalają na panewce. Cała sytuacja staje się z kolei podłożem dla brzemiennej w skutkach dyskusji. Rozmowa ta (będąca zresztą jednym z ciekawszych momentów w filmie) obraca się wokół kwestii męskiego i kobiecego spojrzenia na sprawy seksu i miłości. Postać Kidman, będąca w tym momencie pod wpływem marihuany, stanowi tu idealne (i być może nieco karykaturalne) odwzorowanie stereotypowego wrednego babsztyla, w dyskusji z którym nie istnieją dobre odpowiedzi i który każdy argument obróci na niekorzyść rozmówcy. Aż żal się robi jej biednego męża, lawirującego rozpaczliwie niczym kapitan targanej sztormem łajby. Na próżno. W końcu na jaw wychodzi jednak także tajemnica Alice, która to swego czasu gotowa była zdradzić męża z napotkanym przystojnym oficerem marynarki. To daje Billowi do myślenia, więcej – nie daje mu spokoju i staje się jego obsesją. Dziwnym zrządzeniem losu kolejna noc przyniesie mu szereg okazji do odpłacenia żonie za to przewinienie. Z początku będą to zdarzenia przypadkowe, gdy jednak nasz bohater oprze się pierwszym pokusom, sam zacznie szukać kolejnych, wplątując się przy okazji w dość niecodzienną sytuację. Nasuwa mi się w tym momencie dość luźne skojarzenie z Homerem, konkretnie „Odyseją”. Bohater musi pokonać szereg przeciwności, przejść kolejne próby, by w końcu móc szczęśliwie powrócić do domu – różnica jest taka, że w przypadku tej erotycznej odysei ani sam Odyseusz, ani czekająca nań w domu Penelopa nie są nieskazitelnym uosobieniem wszelkich cnót. Są za to ludźmi z krwi i kości, a zatem kimś nieporównywalnie ciekawszym.

W tym momencie pojawia się, niestety, podstawowy problem, jaki mam z tym filmem. Zacznijmy od tego, że praktycznie każda z kilku przygód dr Harforda mogłaby stanowić zalążek osobnej fabuły. Są one nie tylko interesujące od strony fabularnej, ale i sfilmowane w sposób umiejętny i pozwalający bez reszty zatopić się w atmosferze poszczególnych scen. W szczególności tyczy się to spotkania w okazałej rezydencji, na które dostaje się nasz bohater, i odbywającej się tam orgii. Oprawa audiowizualna (zdjęcia, lokacja, kostiumy...), a także wysoce niepokojąca atmosfera tej kipiącej erotyzmem sekwencji pozostaje w pamięci na długo, a konsekwencje mających tam miejsce zdarzeń zdają się być kluczowym elementem dla dalszego przebiegu fabuły.

Z tym, że niekoniecznie.

Sęk w tym, że podczas seansu widz, wkręcając się w prezentowane mu wypadki, niejednokrotnie będzie w stanie zapomnieć, o czym jest ten film. Można wręcz odnieść wrażenie, że to złośliwy zabieg ze strony reżysera, który podrzuca nam atrakcyjnie opakowaną przynętę, droczy się z nami przez jakiś czas, by następnie stwierdzić, że nie to jest sednem opowiadanej tu historii. Tym sposobem, gdy wraz z bohaterem docieramy do punktu, w którym przychodzi pora na wyjaśnienie pewnych spraw, trudno nie poczuć się nieco rozczarowanym czy wręcz oszukanym. Nie stanowiłoby to większego problemu, gdyby rzeczywisty gwóźdź programu był wystarczająco satysfakcjonujący, a zaskakujące rozwiązania prowadziły do finału na tyle interesującego, by nie zostawić widza z uczuciem niedosytu. Tak się jednak, przynajmniej w mojej opinii, nie dzieje. Owszem, wątek główny otrzymuje swe zakończenie, nie do końca oczywiste i zostawiające pewne pole do interpretacji, ale z chwilą gdy film się kończy, zadaję sobie pytanie: „I co? To tyle?”. Jest w tym wszystkim widoczny pewien przerost formy nad treścią i niezależnie od tego, czy taki był zamysł reżysera i scenarzysty, czy może wyszło przypadkiem (wysoce wątpliwe), na zabiegi narracyjne, z jakimi mamy tu do czynienia, zwykle kręcę nosem. Tak było i w tym przypadku.

„Oczy szeroko zamknięte” to z pewnością pozycja interesująca, intrygująca i dająca do myślenia. Jest przy tym nadzwyczaj atrakcyjna pod względem audiowizualnym, zawiera szereg pamiętnych scen czy występów na drugim i trzecim planie (jak choćby Rade Šerbedžija w roli właściciela wypożyczalni kostiumów). Z drugiej strony, ze względu na wspomniane wyżej rozwiązania fabularne, brakuje w niej tego, co pewne filmy czyni wielkimi. Ostatnie dzieło Kubricka do pewnego momentu się naprawdę dobrze ogląda, ale za sprawą takiej, a nie innej końcówki, już nie tak dobrze wspomina.

Film został wydany w Polsce na VHS (lektorem był Tomasz Magier), a następnie na DVD z napisami w postaci wydania jednopłytowego (z obrazem 4:3) dostępnego początkowo w snapperze oraz dwupłytowej edycji specjalnej (obraz 16:9). Co ciekawe – obie są ponoć zgodne z zamysłem reżysera, który nie chcąc, by film przycinano na potrzeby telewizji wyświetlanej ówcześnie w 4:3, kadrował materiał z myślą o takich proporcjach, jednocześnie przygotowując dla kin wersję szerokoekranową. Należy jednak zaznaczyć, że w tym wypadku wersja 4:3 pokazuje zdecydowanie więcej niż szerokoekranowa (praktycznie z niej wycięta), choć podczas ostatniego seansu wersji fullscreen chwilami miałem jednak wrażenie, że szersze kadry wyglądałyby nieco zgrabniej. Wydana jakiś czas później edycja Blu-ray zawiera nieocenzurowaną wersję z kadrowaniem odpowiadającym wydaniu 2DVD. Niestety zabrakło edycji polskojęzycznej.

Więcej informacji o wydaniach tego i innych filmów Stanleya Kubricka znajdziecie na naszym forum.

zdj. Warner Bros.