NOSTALGICZNA NIEDZIELA #95: „Robin z Sherwood”

Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne, niekiedy pomijane czy też zapomniane produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. Jako że zdarzało mi się natrafiać na osoby, których pierwszym skojarzeniem na hasło „Robin Hood” jest Kevin Costner, czas najwyższy to nieco naprostować, przypominając o innym Robinie, który to „Księcia złodziei” bije na głowę.

Od czasu do czasu zdarza się zarówno w kinie, jak i w telewizji, że czy to książka, czy komiks, czy legenda, otrzymuje ekranizację definitywną, taką, która stawia pod znakiem zapytania sens dalszego podejmowania tematu, bo jak bardzo by się nie starać, i tak się jej nie przebije. Dzisiaj o takiej opowiem.

Robin Hood, słynny banita, bohater angielskich legend, który zabierał bogatym i dawał biednym, choć na ekranach gościł wielokrotnie, nigdy nie doczekał się satysfakcjonującej adaptacji kinowej. Wersja z 1938 roku z Errolem Flynnem miała, co prawda, swój urok, ale po latach to już tylko pocieszna ramotka, którą trudno traktować poważnie. Podobnie ma się sprawa z jedną z najsłynniejszych adaptacji, „Księciem złodziei” z Kevinem Costnerem, która ustawicznie balansuje na krawędzi parodii, a jedynymi powodami, dla których warto o niej pamiętać, jest muzyka Michaela Kamena i Alan Rickman w roli szeryfa z Nottingham. Sam „Kevin Hood” to (mimo całej mojej sympatii do aktora) z kolei kompletna obsadowa pomyłka. Zdecydowanie ciekawiej wypada powstała w 1993 roku, tym razem już zdecydowana parodia, „Faceci w rajtuzach” (gdzie w roli Robina występuje Cary Elwes), no ale to wciąż parodia, zatem być definitywną wersją nie ma prawa. W XXI wieku miały miejsce dwa kolejne podejścia do tematu – najpierw Ridley Scott zrezygnował z pierwotnego zamysłu filmu o dobrym szeryfie z Nottingham i złym Robinie tylko po to, by zaserwować kolejną po „Gladiatorze” i „Królestwie niebieskim” wariację na temat „człowiek wyprzedzający swą epokę walczy o demokrację”. Wyszło to niestety fatalnie, film męczy i przynudza, a „robinhoodowania”  jest w nim tyle, co kot napłakał. O ostatniej wersji z 2018 roku powiem tylko tyle, że znajomość z nią zakończyłem na zwiastunach i niech tak zostanie. Spalić, zakopać, zapomnieć.

Zdecydowanie więcej szczęścia miał człowiek w kapturze do adaptacji telewizyjnych, choć i tu trafiały się istne buble (jak choćby „Nowe przygody Robin Hooda” z Matthew Porrettą utrzymane w stylistyce znanej z „Xeny” i „Herkulesa” z Kevinem Sorbo). Niektórzy skłonni byli utrzymywać, że warta uwagi była wersja BBC z lat 2006-2009, w której w banitę z Sherwood wcielił się Jonas Armstrong, sam zakończyłem jednak znajomość z tym serialem po pierwszych dziesięciu minutach pierwszego odcinka.

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę...

W drugiej połowie lat 80., mniej więcej w czasach zerówki, zetknąłem się po raz pierwszy z jedynym słusznym Robinem. To pierwsze spotkanie zatarło się, co prawda, w mojej pamięci, ale już w ferie zimowe, w 1991 roku, TVP powtórzyła dwie pierwsze serie (czytał Zdzisław Szczotkowski, głos, który  tak mnie, jak i wielu innym przedstawicielom tego pokolenia miał się już zawsze kojarzyć z banitą z lasu Sherwood). W kolejnych latach serial emitowały także RTL7 i regionalna TVP3 – za każdym razem regularnie zasiadałem przed ekranem telewizora, by ponownie śledzić losy ulubionych bohaterów dzieciństwa. Robię to zresztą do dziś, więc w końcu musiała nadejść pora, by uczynić z Robina temat kolejnej Nostalgicznej Niedzieli.


Niezapomniany lektor z TVP.

Człowiekiem bezpośrednio odpowiedzialnym jest Miles… Wróć, to nie ta bajka… Richard Carpenter oczywiście. Wraz z producentem Paulem Knightem w ciągu trzech lat (1984-1986) stworzyli liczącą 25 odcinków (lub 26, gdy policzyć pilota jako dwa) serię. Ich zamierzeniem było odmłodzenie Robina i jego wesołej gromadki oraz uatrakcyjnienie całej legendy poprzez jej obfite przyprawienie elementami fantastycznymi nieobecnymi we wcześniejszych wersjach tej historii. Całość nakręcono w brytyjskich zamkach i lasach, przy tym z dbałością o wygląd planów i kostiumów, o jakiej netfliksowy „Wiedźmin” może tylko pomarzyć. Uzyskana w ten sposób duża doza wizualnego realizmu, w połączeniu z idealnie dopasowaną muzyką zespołu Clannad, przyczyniła się do zbudowania niepowtarzalnej atmosfery. W rolę Robina wcielił się Michael Praed, partnerowali mu Judi Trott (Marion), Clive Mantle (Mały John), Ray Winstone (Will Szkarłatny), Peter Llewelyn Williams (Much) oraz Phil Rose (brat Tuck). Po raz pierwszy w historii do drużyny Robina dołączył także tajemniczy saracen-asasyn, Nasir – choć postać ta z początku zaplanowana jako czarny charakter miała zginąć już w drugim odcinku, kreacja Marka Ryana na tyle spodobała się Carpenterowi, że zmienił zdanie i postanowił dołączyć go do drużyny na stałe. W rolach antagonistów wystąpili Nickolas Gracenajlepszy szeryf z Nottingham, jakiego Ziemia nosiła (z całym szacunkiem dla Rickmana), Robert Addie (Guy Gisburne), Anthony Valentine (baron de Belleme), Phil Davis (książę Jan) oraz Richard O’Brien (czarownik Gulnar). Szczególnie dwaj pierwsi, którzy otrzymali najwięcej czasu antenowego, mieli w serialu spore pole do popisu. Obsadę uzupełniali John Abineri (Herne Myśliwy) oraz Jeremy Bulloch (Edward z Wickham), ten sam, który nosił zbroję Boby Fetta w „Gwiezdnych wojnach”.


Zaprzysięgły wróg i wielka miłość naszego bohatera.

Historia zaczyna się z chwilą, gdy szeryf z Nottingham, Robert de Reinault, pali zbuntowaną osadę Loxley i zabija przywódcę rebelii, strażnika srebrnej strzały, Ailrica. Ten na krótko przed śmiercią ukrywa swego syna Robina we młynie. Kilkanaście lat później Robin i jego przybrany brat Much wpadają w tarapaty, kiedy zostają przyłapani na kłusownictwie przez ludzi szeryfa. Trafiają do lochu w Nottingham, z którego uciekają wraz z przebywającymi tam banitami. Po drodze Robin po raz pierwszy spotyka Marion z Leaford (w której natychmiast się zakochuje, a co!), a wkrótce potem tajemniczego Herne’a, który pokieruje go ku jego przeznaczeniu, czyniąc z Robina obrońcę biednych i uciskanych. Wkrótce dołączają doń inni – dobroduszny osiłek, Mały John, wiecznie zbuntowany Szkarłatny Will, niezbyt bystry, ale wierny Much, opiekun Marion – brat Tuck, a w końcu także i sama Marion (bodaj po raz pierwszy w dziejach adaptacji tej legendy) – tym sposobem powstaje jego wierna drużyna. Pierwszym wyzwaniem, jakie stanie przed Robinem i jego bandą, jest demoniczny czarnoksiężnik – baron de Belleme. Jak widać, elementy fantastyki są w serii obecne od samego początku i pozostaną w niej do końca. Zetkniemy się tu z wyznawcami mrocznych kultów, czarownikami, rzucającymi uroki wiedźmami, demonami, ulepionym z gliny golemem, nie zabraknie nawiązań do legend, religii czy pogańskich kultów. Mistyczna otoczka jest jednym z głównych wyróżników tej serii, dodaje jej kolorytu, nadaje specyficznego klimatu. Świetna obsada to także jeden z największych atutów i tyczy się to zarówno obsady stałej, jak i występów epizodycznych, spośród których bodaj najbardziej pamiętnym jest John Rhys-Davies jako Ryszard Lwie Serce w jednym z najlepszych odcinków zatytułowanym „Błazen królewski”. Losy bohaterów, których nie sposób nie polubić, śledzi się z przyjemnością, nawet gdy fabuły kolejnych odcinków są z reguły proste, a czasami nieco naiwne. Wylewający się z ekranu klimat średniowiecza nie pozwala przejmować się drobnostkami.

Idealny Robin, idealna Marion.

Wydawać by się mogło, że z doborową załogą na pokładzie i sprawnym kapitanem w osobie Richarda Carpentera za sterami, okręt ten powinien żeglować długo i szczęśliwie. Tak się niestety nie stało – co poszło nie tak? Pierwszym problemem, jaki pojawił się na horyzoncie już podczas prac nad drugą serię, okazał się… sam Robin Hood. Michael Praed miał bowiem ambicje wykraczające poza rolę główną w serialu telewizyjnym – marzyły mu się występy na Broadwayu, toteż gdy tylko otrzymał rolę d’Artagnana w „Trzech muszkieterach” zdecydował się wyjechać do Ameryki i porzucić rolę Robina. Z „Muszkieterów” niewiele wyszło, ale Praed w Ameryce został i wkrótce załapał się na rolę mołdawskiego księcia w „Dynastii”. Serial o przygodach Robin Hooda postanowiono więc kontynuować... bez Robin Hooda. Z początku brano, co prawda, pod uwagę opcję wymiany aktora (głównym kandydatem był Neil Morrissey), ale ostatecznie zdecydowano się uśmiercić Robina z Loxley. Miał on zostać zastąpiony inną postacią, nawiązującą do alternatywnej wersji legendy o Robinie, mówiącej o tym, że słynny banita wywodził się ze stanu szlacheckiego. W efekcie tych decyzji powstał jeden z najlepszych i z pewnością najbardziej emocjonujący odcinek serialu „Największy wróg”, w którym to szeryf z Nottingham rozprawił się ze swym odwiecznym wrogiem tylko po to, by wnet stanąć oko w oko z jego następcą.

And just when I'd begun to believe it was all over. How stupid of me. It's not over. It will never be over.

Robert de Reinault

W roli Roberta Huntingdona, który to miał zostać następcą Robin Hooda i nowym człowiekiem w kapturze, obsadzono Jasona Connery’ego – syna samego Jamesa Bonda (warto w tym miejscu zaznaczyć, że Sean Connery także miał swego czasu okazję wcielić się w banitę z Sherwood). Wielu widzom z trudem przyszło zaakceptowanie blond-chłoptasia w miejsce charyzmatycznego poprzednika, niektórzy z nich w ogóle się do niego nie przekonali. Ileż to razy się nasłuchałem, jak to „Robin z Sherwood” był super, ale tylko z brunetem, nie z blondynem. Cóż, ja także wolałem Praeda, rzecz raczej oczywista, ale nie miałem problemu z polubieniem jego następcy. Mimo to przyznaję, że „seria z blondynem” ustępowała dwóm poprzednim. Dlaczego? Odtwórca roli głównej bynajmniej nie był głównym powodem tego stanu rzeczy.

Ja na zastępstwo!

Seria z Connerym powstawała w „trybie przyspieszonym”, zamiast 6-7 odcinków zdecydowano się nakręcić od razu 13, tyle ile liczyły dwa poprzednie sezony razem wzięte. Niosło to ze sobą pewne komplikacje. Żeby się wyrobić ze zdjęciami, wystartowano wcześniej, zatem część odcinków rozgrywa się w zimowo-wiosennej scenerii – niestety skutkuje to pewnymi zgrzytami. Niektóre sceny kręcone kilka miesięcy później wmontowano potem w całość nakręconą zimą – i nagle mieliśmy zmianę pór roku między scenami (zwróćcie uwagę na spotkanie z Tuckiem w pierwszym odcinku sezonu 3.), czemu towarzyszyła wyraźna zmiana długości włosów Jasona Connery’ego, a także brody i włosów Małego Johna (w końcówce odcinka „Adam Bell” Clive Mantle trzyma się za twarz, bezskutecznie próbując to ukryć). W kilku odcinkach widać także, że ten ostatni nosi perukę. Zaczęły się pojawiać błędy – we wspomnianym przed chwilą odcinku jest scena, gdy widać Mucha z resztą drużyny (i niespodziewanie mamy lato) w momencie, gdy powinien siedzieć w lochu. Jednak to wszystko drobiazgi – prawdziwym problemem okazały się scenariusze. Carpenter nie nadążął z pisaniem, przygotował więc scenariusze tylko do siedmiu odcinków, reszta przypadła w udziale  głównie Anthony’emu Horowitzowi, który nie czuł klimatu tak dobrze, jak twórca serii. Poziom sezonu zaczął się rozjeżdżać i podczas gdy odcinki napisane przez Carpentera w zasadzie trzymały poziom serii z Praedem, tak pozostałe wyraźnie odstawały. Najgorszym tego przykładem okazał się jednak odcinek „Zemsta” napisany przez Andrew McCullocha i Johna Flanagana. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa panowie ci kierowali się w swym pisaniu zasadą „logika jest przereklamowana” i najpewniej nie mieli okazji oglądać wcześniejszych odcinków, co wydaje się warunkiem koniecznym, żeby sensownie rzecz ogarnąć. Efektem ich pracy jest epizod tak absurdalny scenariuszowo, że chwilami wręcz trudno uwierzyć w pozbawione logiki bzdury, które widzimy na ekranie. Jedynym usprawiedliwieniem tej sytuacji pozostaje fakt, że „Zemstę” kręcono jako pierwszą (choć w ramach sezonu wylądowała znacznie później), ale niesmak (i to spory) pozostaje.

Zakończenie trzeciej serii także trudno nazwać satysfakcjonującym. Twórcy zakładali, że to nie koniec, w planach był bowiem czwarty sezon, ale finansowe problemy HTV stanęły na przeszkodzie jego realizacji, no i zostaliśmy z finałem dość… dziwnym, a przy tym mocno irytującym. Przymierzano się potem do kontynuacji w postaci filmu telewizyjnego, ale i z tego nic nie wyszło. Jedyną namiastką sequela serialu są powstałe w ostatnich latach słuchowiska, w przygotowaniu których wzięła udział większość oryginalnej obsady z Jasonem Connerym i Michaelem Praedem na czele.

Biorąc pod uwagę wyżej wymienione mankamenty, jestem w stanie zrozumieć tych, którzy ostatniego sezonu nie uznają. Trzeba przyznać, że finał drugiej serii stanowił bardziej satysfakcjonujące i zgrabniejsze zakończenie, a samo niedopowiedzenie w kwestii następcy Syna Herne’a miało swój urok, będąc jednocześnie zapowiedzią dalszego ciągu, którego tak naprawdę nie musimy poznawać. Sam jednak jestem fanem całości… no, może oprócz nieszczęsnej „Zemsty”. Trzecią serię warto obejrzeć choćby dla odcinków ze scenariuszami Carpentera (w szczególności „Syna Herne’a”), poza tym mamy tam przecież prawie wszystkich starych znajomych, a ze śledzenia ich dalszych perypetii wciąż czerpać można sporo przyjemności. W dodatku Clannad stworzył na potrzeby ostatniej serii kilka nowych, całkiem udanych kompozycji i… no co tu dużo mówić – to wciąż „Robin z Sherwood”. Im go więcej, tym lepiej.

Raz jeszcze powtórzę – zapomnijcie o „Kevin Hoodzie”, zapomnijcie o „Maximus Hoodzie”, zapomnijcie o „Elton Hoodzie”. Jeśli będziecie mieli ochotę się pośmiać, możecie sięgnąć po „Facetów w rajtuzach”, ale gdy rzeczywiście przyjdzie Wam ochota spędzić nieco czasu w lesie Sherwood, w towarzystwie legendarnego banity i jego wiernych kompanów, jest tylko jeden słuszny wybór i jest nim omawiany tutaj serial, który wszelkie alternatywy zmiata z powierzchni Ziemi, nawet się przy tym nie pocąc.

Jeśli chodzi o wydania płytowe to wszystkie serie wydano u nas na DVD. Początkowo były to wydania w amarayach, następnie dwa zbiorcze digipacki, po jednym dla Praeda i Connery’ego. Całość (w tym także obszerne i bardzo ciekawe dodatki) zaopatrzono w polskie napisy, a sam serial również w ścieżkę lektorską. Szkoda tylko, że po pierwszym sezonie dobrze wpasowującego się w klimat serii Tomasza Orlicza zastąpił znacznie słabszy lektor, Krzysztof Grębski. Żaden z nich nie jest, co prawda, Szczotkowskim, ale różnica między jednym a drugim jest, cóż, dość drastyczna. Serie z Praedem zostały u nas wydane również na Blu-ray, a polska wersja językowa znajduje się także w wydaniu brytyjskim (w przeciwieństwie do wydań DVD brak jednak tłumaczenia dodatków). Trudno powiedzieć, dlaczego seria trzecia nie została potraktowana w ten sam sposób, bo polskiej wersji w niej niestety nie uświadczymy.

Więcej na temat wydań serialu na DVD i Blu-ray dowiecie się na naszym forum.

zdj. HTV / Studio Printel