„Ród smoka” – recenzja serialu. Ludzie, nie bogowie

Pierwszy sezon serialu „Ród smoka” za nami. Jak prequel „Gry o Tron” opowiadający historię rodu Targaryenów wypadł na tle swojego starszego brata? Czy HBO wyciągnęło wnioski po wpadce z ostatniego sezonu swojego poprzedniego hitu bazującego na twórczości G.R.R Martina?

Ogień i krew. Dewiza rodu Targaryenów zdawała się tym, czego oczekiwała publika tęskniąca za światem Westeros. Krainą nieaktualizowaną, od kiedy HBO zakończyło emisję „Gry o Tron” fatalnym ósmym sezonem (zdaniem widzów, jak i krytyków), niejako wypierając się założeń, które przyświecały jej na samym początku. Powrót do nich wydawał się zadaniem karkołomnym, a kurczowe trzymanie się materiału źródłowego straszyło odcinaniem kuponów. Jednak po obejrzeniu całego sezonu „Rodu smoka”, zwieńczonego w tym tygodniu dziesiątym odcinkiem, mogę powiedzieć, że jak na premierę zupełnie nie czekałem, tak drugi sezon oglądać będę z wypiekami na twarzy.  

Trudno dywagować nad tym, czy Miguel Sapochnik i Ryan Condal mieli prostsze, czy trudniejsze zadanie od D. Benioffa i Weissa. Z jednej strony „Gra o Tron” była poligonem doświadczalnym              i pokazała ostatnimi odcinkami, czego robić nie należy (Sapochnik miał nawet okazję reżyserować te „największe odcinki”). Z drugiej strony, opisywana historia wymagała postawienia kompletnie nowych fundamentów – kilku pokoleniową sagę jednej rodziny pisze się jednak inaczej niż wielowątkowy zbiór historii kilkunastu postaci, rozbitych po całym kontynencie. Chociaż wydarzenia w „Rodzie smoka” dzieją się zaledwie 200 lat przed akcjąGry o Tron”, a jego świat jest równie okrutny i niepozostawiający miejsca na bohaterstwo, historia jest opowiadana nieco inaczej, przywodząc na myśl pierwsze sezony swojego poprzednika. Tam, gdzie one tonęły w nudzie przecinanej niekończącymi się scenami seksu, „Ród smoka” zaskakująco dobrze oddaje to, co G.R.R Martin starał się stworzyć w ramach Pieśni Lodu i Ognia”. Chociaż dla części widowni długie dialogi o powinnościach i ciężarze obowiązków mogą stanowić niepotrzebnie długi przerywnik, to są pisane wzorowo – często postacie sięgają po metafory, historie, symbole czy drobne gesty. Tak, by ukryć swoje prawdziwe intencje, czy powiedzieć to, czego nie powinny. Z reguły „Ród smoka” błyszczy w tych momentach, kiedy postacie nie muszą wiele mówić, a scenarzyści sięgają po samą wizualizację, by oddać skrywane przeżycia. Jeśli ktoś chciałby się nauczyć, jak rozstawić na scenariuszowej planszy pionki i nimi poruszać, polecam obejrzeć uważnie scenę ogłoszenia zaślubin z piątego odcinka. Fenomenalnie ogląda się, jak sześć postaci w trakcie grupowego tańca na bankiecie kierowane jest przez reżyserów tak, by utrzymywać ze sobą kontakt wzrokowy przez niemal cały czas. Zawierając w nich wszystkie żale i prezentując osie konfliktu, jakie się między nimi kreślą. Takie „Show, don't tell” to ja rozumiem.

rod-smoka-hbo-max-min.jpg

W finałowym odcinku, królowa Rhaenyra mówi swoim synom, że Targarynom ponoć bliżej do bogów, niż do ludzi. Gdy wspomni się Daenerys Targaryen, trudno nie ulec wrażeniu, że aspirowała do tego miana – nie tylko przepiękna, ale też dobra, sprawiedliwa, niebojąca się zadrzeć z ogniem, do tego dysponująca smoczą potęgą. Potencjalne wady wynikały co najwyżej z braku doświadczenia, błędy z noży wbitych w plecy i niekompetencji podwładnych, a finał jej historii podyktowany złem świata wokół. Tymczasem Rhanerya, ale także towarzyszący jej korowód graczy o tron…wszystkie te postacie są budowane na licznych wadach, słabościach, maskach, które przybierają by zmylić przeciwnika i budować wrażenie nieskazitelnych. To nie tylko sprawia, że są lepiej zapamiętywane, chociaż spędziliśmy z nimi dopiero 10 odcinków z obowiązkowym recastem młodych aktorów w środku. Milly Alcock i Emma D’Arcy są jednak na tyle świetnie dobrane pod swoje wersje księżniczek, że jest on niemal nieodczuwalny. Zmiana aktorów, której tak obawiali się widzowie, nie zaburza dotychczasowego rozwoju postaci i nie trzeba się do nich przyzwyczajać od nowa. Chodzi o to, że gdy dochodzi do starcia między nimi i tymi, co tę potęgę chcąc im skraść, nie jest nam aż tak łatwo postawić się po którejś ze stron i kibicować jej z czystym sumieniem. Żadna z nich nie jest idealizowana ani kreowana na antagonistów, by przypadkiem nie ułatwić widzowi decyzji, w którą stronę powinien się zaangażować. Niejednoznaczność tego konfliktu została pięknie tu nakreślona i jeżeli w kolejnych sezonach dla osiągnięcia danych emocji nie będzie się przechylać szali winy i barbarzyństwa na którąś ze stron, to będę spokojny.

I tak, naturalnie są też postacie, które nadawałyby się wprost na szalonych antagonistów pokroju Joffreya czy Ramseya Boltona, ale przynajmniej jesteśmy w stanie zrozumieć i zaakceptować, dlaczego nie chcą wycofać się z tej (póki co) największej gry. Sporo z nich czeka wciąż na swoje rozwinięcie, bo zostały na razie jedynie ustanowione pod nadchodzącą wojnę. Na razie, problematyczna jest dla mnie jedynie kreacja Matta Smitha – tu robiącego niemalże za mroczne odbicie tych wszystkich szlachetnych rycerzy, których czasem lubimy jednak oglądać.  Proza G.R.R Martina przyzwyczaiła nas do charakterów groteskowych, ale przy tej masie zabawy, jaką ewidentnie Smith (bądź co bądź, świetny aktor) miał, mam wrażenie, że odstaje on od  nieco bardziej zrównoważonych, a przy swojej niejednoznaczności, ciekawszych postaci. Początek próbował pokazać nam, że jest szalony i rubaszny bardziej niż wspomniany Bolton czy Euron Greyjoy razem wzięci. Brakowało jednak dla niego jakiejś drogi do przebycia czy konfliktu, który trwałby dłużej niż odcinek, zanim coś znów uszło mu na sucho. Ale w sumie finał lekko go temperuje i pokazuje, od strony której do tej pory nie znaliśmy. Może w kolejnych sezonach będzie miał okazję dorosnąć do swojej roli, ale na razie bardziej przekonuje mnie aktor, niż jego postać. Tam gdzie jednak Daemon nie może, tam jego brat wspomoże – Viserys I, zasiadający na tronie w momencie startu fabuły serialu, to prawdopodobnie najlepsza interpretacja napisanego przez Martina bohatera od czasów, gdy Aidan Gillen wcielał się w postać Littlefingera. W praktyce uosabia w sobie całą tę niejednoznaczność, na której skupiałem się w tekście. To postać tragiczna, bardzo Martinowska: z jednej strony kochający ojciec, z drugiej kiepski strateg i polityk. Z jednej strony pełen słabości, z drugiej strony ich w pełni świadomy, dokładający sobie tym cierpienia. Daje sobą pogrywać za plecami, ale ma momenty, kiedy da się dostrzec w nim cień dawnych potomków Aegona Zdobywcy. A grający go Paddy Considine…to ile tego bólu i szczerości jest w tej roli, powinno mu przynieść Emmy w nadchodzącym roku.

Celowo nie wspominam tu o postaciach kobiecych, chociaż drobna nawet analiza ich powinna być tu priorytetowa. I oczywiście, Rhaenyra czy Alicent Hightower to ciekawe bohaterki mające równie wiele powodów, by żyć w zgodzie, jak i się nienawidzić. Na razie mam jednak wrażenie, że to nadal jest historia żelaznego tronu, uosabiającego w sobie męskość tego świata. Odrobinę rozczarowujące jak na serial, w którym wydarzenia inicjuje pierwsze w historii Westeros odziedziczenie władzy przez królewską córkę, nie syna. Nie można potraktować „Rodu smoka” jako dobrej herstorii tylko, dlatego że na tronie zasiada kobieta. Ta kobieta, na razie swoje działania skupia wokół ukochanych i synów i to interakcje z nimi stoją za przyczynami jej dalszych działań. Kwestie feministyczne tu są, ale traktowane, na razie po macoszemu. Po raz kolejny, może drugi sezon da im więcej niezależności.

rod-smoka-sezon-1-matt-smith-min.jpg

Sprawdź też: „Ród smoka” – znamy datę wejścia na plan drugiego sezonu prequela „Gry o Tron”. Kiedy nowe odcinki?

Zasadniczo mam wrażenie, że w jakimś stopniu „Ród smoka” pomimo odrobienia lekcji z 2019 roku, wciąż jest poligonem doświadczalnym. Taka już rola pierwszych sezonów, toteż nie mogę się dziwić, że pewne kwestie wymagają jeszcze dopracowania. Chociażby wszystkie te momenty, w których serial zaczyna szarżować odrobinę za mocno i wychodzi poza strefę tego, co autorom i Martinowi szło najlepiej – kreślenia skomplikowanych konfliktów podszytych brutalną intrygą. Stąd biorą się momenty, w których ewidentnie twórcy zaczynają odlatywać do krainy fantazji i mają okazję do stworzenia spektakularnych, powalających skalą scen. Te jednak za mocno balansują na granicy niewiary, którą trudno tu tak wysoko zawiesić. Przywołują nieprzyjemne wspomnienia z Bitwy o Winterfell czy wyprawy za mur. Większość sekwencji akcji wypada co najwyżej poprawnie, a niedopracowane CGI nie pomaga wczuć się w tony, które dla fanów oryginalnych sezonów „Gry o Tron” będą drugorzędne. To dziwi, przy ogromnych pieniądzach, jakie HBO Max wpakowało w budżet. Owszem, tytułowe smoki wyglądają pięknie (a przede wszystkim różnorodnie, gdy pomyśli się o tym, że smoki Daenerys były recolorem jednego modelu), ale aktorzy wklejeni cyfrowo na ich grzbiety już tak sobie. Może mało wyszukane porównanie, ale obrazuje to ile jeszcze pracy przed twórcami. Pewnie do bitew, które czekają nas niewątpliwie w drugim sezonie, zasiądą osoby, które w takiego typu scenach się specjalizują, a HBO zwiększy budżet, widząc zainteresowanie publiki. I  czasem zbroje wypadają jakoś tak plastikowo.

Oglądając „Ród smoka”, miałem wrażenie, że właśnie to jest to „Kino w telewizji”, o jakim się często mówi w kontekście nowoczesnych seriali. Nawet nie pod względem realizacji, ale samej jego struktury. Ogląda się to bardziej, jakby każdy z odcinków mógł być osobną całością. Jednym filmem.  Wszystkie są jednak spięte klamrą tematyczną, przewijającej się w niemal każdej intrydze i błędnej decyzji, z których konsekwencjami muszą się mierzyć bohaterowie – Żelazny tron to symbol władzy, jednak jaka jest jej natura? Dlaczego jej pożądamy i co sprawia, że to akurat (nie) my powinniśmy ją dzierżyć? A może korona jest już pustym symbolem,  a potęga, którą dysponujemy to tylko puste nazwiska i historie o dawnej świetności, których już nikt nie pamięta? A jak już, to ile jesteśmy gotowi zaryzykować, by je przywrócić? Teoretycznie oryginalny serial też próbował podejmować takie tematy, jednak na którymś etapie pojawiły się inne priorytety. Idącym tym tropem, w tym momencie „Ród smoka” zdaje się spełnieniem niezrealizowanej obietnicy – szereg wyborów i celowych ograniczeń sprawił, że dostaliśmy opowieść bardziej kameralną i sprawiającą wrażenie prostszej, jednak zachowującą skalę i rozmach, do których nas przyzwyczajono. Angażujemy się w konflikt, bo rozumiemy już stawkę. Dylematy postaci stają się niemal naszymi, bo rozumiemy bohaterów, którzy się z nimi mierzą. A jak to napisał sam George R.R Martin, pozostaje teraz poczekać, aż fale przeznaczenia pokierują je do największego ze wszystkich tańców…

Ocena pierwszego sezonu „Rodu smoka”: 5/6

zdj. HBO