„Rozłąka” – przedpremierowa recenzja serialu. Hallmark, mamy problem

W kolejny piątek do oferty Netfliksa trafi „Rozłąka”, nowy serial science fiction z Hilary Swank w roli głównej. Z tej okazji przygotowaliśmy dla Was przedpremierową recenzję pierwszego sezonu. Zapraszamy do lektury.

Miałem kilka miesięcy temu okazję napisać, że podejście filmowców do operowania przestrzenią kosmiczną uległo zmianie. Od pewnego czasu twórców bardziej od odkrywania nowych planet interesuje wewnętrzna przemiana, jakiej ulega kosmiczny podróżnik z dala od bezpiecznego, ziemskiego przyciągania. Ale że nie każdy dramat o życiu na Ziemi potrafi być wybitny, to i na kosmiczną wariację takiego powierzchownego przeciętniaka długo nie trzeba było czekać. „Rozłąka” to kolejna pozycja, która w ekspansywnym jak czarna dziura katalogu platformy streamingowej zaginie jak Matthew McConaughey w „Interstellar”.

Hilary Swank wciela się w Emmę Green, kochającą matkę i żonę, a zarazem astronautkę, która bierze udział w pierwszej załogowej misji na Marsa w historii. Tytułowa „rozłąka” ma w serialu Andrew Hinderakera dwa końce, toteż poświęcenia i osamotnienie obserwujemy zarówno z perspektywy międzynarodowej załogi trzyletniego wojażu na Czerwoną Planetę, jak i tych, których dzielni kosmonauci pozostawili za sobą na Ziemi. Co ciekawe (przynajmniej w założeniu), ta druga, mniej oczywista część „Rozłąki” pełni często równorzędną, a w kilku przypadkach nawet główną rolę w fabule. Jeszcze w pierwszym odcinku mąż bohaterki Swank, wówczas szykującej się do lotu na powierzchni Księżyca, przechodzi udar i trafia na OIOM. Wątki czasochłonnej (spoiler!) rehabilitacji i podróży na Marsa biegną od tej pory równolegle. Niestety, zamiast poszukać ciekawszych powiązań pomiędzy misją astronautów a przyziemnymi wyzwaniami stojącymi przed nastoletnią córką (Talitha Bateman) i chorym mężem (Josh Charles), najczęściej wydaje się, że twórcy wpletli określone wątki tylko dlatego, że zarówno tarapaty, w które mogą wpakować kosmonautów, jak i budżet produkcji były boleśnie ograniczone. W konsekwencji zmagania na Ziemi wypadają schematycznie i najzwyczajniej nudno. Choć aktorom nie można odmówić zaangażowania, to już zaczerpnięte z popołudniowych ramówek dramaty rodzinne i tandetnie hallmarkowa wzniosłość obecna w bodaj każdym odcinku obronić się nie potrafią.

W samej podróży na Marsa też trudno doszukać się jakichkolwiek niuansów. Entuzjastów naekranowych lotów w nieznane przyciągną być może poszczególne elementy realizacji (design produkcji, scenografia), ale inne – reprezentowane zwłaszcza przez nierówne CGI – mają wszelki potencjał, by do serialu trwale zniechęcić. Twórcy „Rozłąki” opowiadają serię bardzo odlinijkowo. Odcinki mają tendencję do tego, by opierać się na tej samej strukturze i kończyć patetycznym akcentem, rozciągniętym na milę przez montaż. Serial nie jest w żadnej mierze zrealizowany źle – zbyt wiele tu poprawnego aktorstwa i drobnych, indywidualnych akcentów – ale nie ma w nim przy tym absolutnie niczego, co zachęcałoby do wpadnięcia w netfliksowy wir autoodtwarzania. Przeciętne walory wizualne uzupełniają przeciętną fabułę, a zmagania załogi statku Atlas eksploatują każdy możliwy trop science fiction w podręczniku filmowca. Są tu drobne wewnątrz-załogowe niesnaski, są nieprzewidziane usterki, awaryjne lądowania i wzniosłe mowy. Nic, czego nie widzieliśmy w lepszym wykonaniu wiele razy wcześniej. Nie pojawia się tu też w istocie żadne rozwiązanie, którego nie można by było wywnioskować już z pierwszych zwiastunów. Żartobliwe spekulacje pod zajawkami na Reddicie i YouTubie, wywiedzione z wieloletniego obcowania z gatunkiem, są w przypadku „Rozłąki” komicznie prorocze.

Abstrahując od samej przewidywalności fabuły, warto wspomnieć też o samych bohaterach. Narracji zależy bowiem byśmy się, jako widzowie, dobrze z osamotnionymi kosmonautami skomunikowali. W konsekwencji osobiste wątki zostają w kilku odcinkach odpowiednio wytłuszczone, ale poza paroma bardziej rozbudowanymi retrospekcjami astronauci nie wykraczają poza okołogatunkowe (i skrajnie, na modłę kina SF Ridleya Scotta, niedopasowane do misji) archetypy. Mamy tu między innymi grubo ciosanego, nieufnego Rosjanina i wzorcową socjopatkę, która w toku podróży uczy się socjo-ogłady. W część wątków zaangażujemy się co najwyżej mimochodem, ale o więzi trwającej sekundy po wyłączeniu Netfliksa nie ma nawet mowy. Nie wspominając o oczekiwaniu na kolejny sezon, który zostaje tu wyraźnie zasugerowany.

Emma i jej tęsknota za rodziną wydają się z kolei kwestią całkowicie nieprogresywną – faktem tak głęboko i jednostajnie wbudowanym w fakturę „Rozłąki”, że od początku sprawnie zniechęcającym do lotu. I to nie tylko bohaterkę, ale przede wszystkim widzów. Cel misji na Marsa jest w ogóle kwestią marginalną – w teorii fundamentem dla kierunku opowiadania, ale w praktyce motywem, który twórcy prowadzą trywialnie i rozwiązują (negatywnie lub pozytywnie, odpowiedź oferuje zwiastun) z wyraźnym pośpiechem. Mimo obecności znakomitej Hilary Swank, „Rozłąka” to kolejny średniak od Netfliksa – produkcja z rodzaju tych, które permanentnie wirują w „polecanych” i z rzadka chce się je oglądać do końca.

Ocena: 3-/6 

Zdj. Netflix