„Super Mario Bros. Film” – recenzja kinowego przeboju. Dobry, ale nie Super

Z wyjątkowo dużym opóźnieniem, ale „Super Mario Bros. Film” w końcu zawitał i do polskich kin. Jak wypada animowana produkcja o przygodach najsłynniejszego hydraulika popkultury? Zapraszamy do lektury recenzji.

Zacznijmy może od tego, że postać wąsatego hydraulika z włoskim rodowodem towarzyszyła mi od pierwszych lat mojego życia. Zagrywałem się w jego przygody, mimo że nie wykroczyłem technologiczne poza magię rodzimego Pegasusa. Dlatego też byłem bardzo ciekaw, jak Nintendo wraz z Illumination Entertainment poradzą sobie z adaptacją przygód Mariana. Minęło bardzo dużo czasu, zanim słynni bracia ponownie zagościli na dużym ekranie. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo dzieło „Super Mario Bros.” z 1993 roku okazało się klapą na każdej możliwej linii, nie traktując materiału źródłowego zbyt poważnie. Nintendo wyszło na tym interesie jak Zabłocki na mydle, a niesmak pozostał na długie lata. Kolejna próba ekranizacji uchodziła za ryzykowną. Ale ostatecznie się udało.

Chyba największą trudność w zaadaptowaniu analizowanej platformówki stanowi fakt, iż jest ona prosta, a w większości jej odsłon fabuła występuje tylko po to, abyśmy wiedzieli, dlaczego musimy znęcać się nad podobnymi do żółwi stworami. Druga trudność z kolei to nachalność, o którą nietrudno, gdy tworzycie dzieło mające przede wszystkim reklamować markę. Tu warto wspomnieć o „Czarodzieju” z 1989 roku stanowiącym wielką (i na dzisiejsze standardy bardzo chamską) reklamę „fajności” Nintendo i oferowanej przez tę japońską korporację technologii. Skoro pozwoliłem sobie na tę sentymentalną podróż wehikułem czasu, skupię się na tym, co dane nam zostało współcześnie. Przystępując do seansu, miałem pewne obawy, ponieważ zwiastuny na każdym kroku ukazywały nam mnogość odniesień do poszczególnych części gier o Mario. Zastanawiałem się, jak wszystko to twórcy zamierzają upchnąć w zaledwie półtorej godziny. Teraz, kiedy już obejrzałem animację, mogę spokojnie odpowiedzieć: po łebkach, lecz z szacunkiem.

Super Mario Bros. Film”, choć teoretycznie przeznaczony dla młodszych widzów, skupia się wokół oferowania starym wyjadaczom licznych easter eggów. Mario gra w „Kid Icarus”, a w restauracji wiszą plakaty z bohaterami „Puch-Out!!”. Gdzieś tam w tle wprawne oko zauważy kaczkę z „Duck Hunt” czy latającego bohatera z „Balloon Fight”. Wydawać by się mogło, że Brooklyn, w którym mieszkają tytułowi Bracia Mario, został wykupiony przez Nintendo. Jak już wspomniałem, film próbuje wykorzystać elementy pochodzące zarówno ze starych jak i tych najnowszych produkcji przygód Mario. Większość z nich stanowi mrugnięcie okiem, choć są też takie eksponowane przez dłuższy czas. Przykładowo, zły król Bowser, szykując się do ślubu z Peach, nosi biały cylinder i garnitur, które występowały w „Super Mario Odyssey”. Na ceremonii wśród honorowych gości widzimy Króla Bomb-omba – jednego z pierwszych bossów w „Super Mario 64”. Podczas walki Mario przywdziewa na moment także strój kota z „Super Mario 3D World”. Te sceny pojawiają się na krótko, lecz uświadamiają graczowi, że doskonale kojarzy, skąd wszystkie te elementy pochodzą.

super mario bros kadr z filmu-min.jpg

Dłużej natomiast trwają nawiązania choćby do serii „Mario Kart”. Główni bohaterowie zasiadają za kierownicami gokartów, aby przedostać się szybko na miejsce. Ten segment opiera się w większości na akcji i jest nam dane oglądać go dosyć długo. Podobnie trening japońskiego Włocha na specjalnie do tego przeznaczonej planszy, a także kilka scen akcji, bezpośrednio odnosi się do rozgrywki znanej z tych klasycznych odsłon. Na uwagę zasługuje oprawa muzyczna. Twórcy bazują tu często  na remiksie kilku znanych z platformówek motywów. Utwór zmienia się w zależności od tego, co zostaje ukazane na ekranie. Przykładowo, kiedy pojawia się kadr z pałacem księżniczki Peach, słyszymy utwór z początkowej sekwencji „Super Mario 64”, gdzie rzeczywiście Mario wybierając poziomy porusza się po zamku. Lecz oprócz znanych z gier kompozycji postanowiono wykorzystać także kilka innych klasyków. Choćby „Holding Out For A Hero” Bonnie Tyler – ruch ewidentnie sprytny, ale ja i tak zawsze będę kojarzyć tę piosenkę ze „Shreka 2”.

Jak prezentuje się fabuła? Jak wspomniałem, trudno wymagać, aby film o ubranym na czerwono hydrauliku posiadał zawiłe wątki. Najlepiej sięgnąć po prostotę i na niej oprzeć całość dzieła. Mamy zatem klasyczną historię walki dobra ze złem, gdzie podobny do smoka Bowser kradnie gwiazdę, dzięki której zyskuje ogromną potęgę. Królestwo księżniczki Peach jest zagrożone, ale wtedy zupełnie przypadkowo za pośrednictwem rury do magicznej krainy dostają się Mario oraz Luigi. Włoscy hydraulicy w rzeczywistym świecie są wyrzutkami. Większość członków ich rodziny nie rozumie, dlaczego zwolnili się oni z poprzedniej pracy i rozpoczęli własną działalność. Nowych zleceń wcale nie przybywa, a sam Mario ma kompleksy z powodu swojego wzrostu. To typowa historia, jak z zera zrobić bohatera. Niestety brakuje tu wyrazistości prezentowanych postaci. Na pierwszy plan wkraczają Mario i Peach. Ta druga nie jest znaną z gier damą w opałach, a częściowo niezależną i waleczną kobietą, która dla swego ludu zrobi wszystko. I właściwie nikt więcej nie zostaje zbyt dobrze nakreślony.

Bowser po prostu jest zły i jednocześnie irracjonalnie zakochany w księżniczce. Luigi – podobnie jak w grze, choć wątpię, aby stanowiło to zamierzony zabieg – jest graczem numer dwa i widzimy go rzadko. Głównie na początku i końcu filmu. Donkey Kong narzeka na to, że jego ojciec piastujący urząd króla ludu Kongów w ogóle go nie rozumie i widzi w nim wyłącznie mięśnie. Jednak ten problem kończy się tak szybko, jak się zaczyna. Film daje nam do zrozumienia, że tu nie ma czasu na pogłębienie takich motywów. I jasne, to prosta historia na podstawie równie prostej gry, lecz wydaje mi się, że mimo wszystko „Sonic. Szybki jak błyskawicarobił to lepiej. Ostatnią rzeczą, na którą chciałbym trochę ponarzekać, jest niewykorzystanie pełni potencjału. Ze światem Mario kojarzy się nam wiele charakterystycznych elementów: grzybki wspomagające wzrost, podobne do żółwi Koopy, gwiazdka czy rury pozwalające dostać się do innych miejsc. To wszystko zostało tu zawarte, jednak jeśli spodziewaliście się choćby wspinaczki po łodydze magicznej fasoli albo zrzucenia Bowsera z mostu do lawy, to niestety – nie doczekacie się. W zamian za to otrzymacie o wiele mniej (przynajmniej moim zdaniem) rozpoznawalne rzeczy takie jak lodowy kwiat czy postać Furemana Spike’a z gry „Wrecking Crew”, która nie zalicza się do tych najbardziej znanych.

Czegokolwiek bym się jednak nie czepiał, „Super Mario Bros. Filmrozbił bank i zarobił bardzo dużo pieniędzy. Znajdźki w klockach nie były tu potrzebne. Jestem więc niemal pewien, że za kilka lat doczekamy się kontynuacji. Illumination nadal posiada w zanadrzu całe mnóstwo wcześniej niewykorzystanych motywów. Mario może znaleźć się w kosmosie i poznać księżniczkę Rosalinę albo też pokłócić się o zamek ze swym kompletnym przeciwieństwem, czyli Wario.

Ocena filmu „Super Mario Bros. Film”: 3+/6

zdj. Universal Pictures