Streaming miał być ratunkiem, a zamiast tego stał się kolejnym dowodem na to, że coś we franczyzie „28 lat później” mocno poszło nie tak jakby chcieli tego widzowie. Najnowsze dane Nielsena nie pozostawiają złudzeń: „28 lat później: Część 2 – Świątynia kości” zanotowało zaledwie 2,7 miliona wyświetleń w pierwszych sześciu dniach na platformie Netflix. To wynik nie tylko rozczarowujący — to poziom, który dla wysokobudżetowej kontynuacji można nazwać alarmującym.
„28 lat później” nie doczeka się trzeciej części?
Na tle innych niedawnych premier od Sony różnica jest wręcz druzgocąca. „Madame Web” osiągnęło 10 milionów wyświetleń, a „Venom: Ostatni taniec” mógł liczyć na 8,4 miliona w podobnym czasie. „Świątynia kości” wypada przy nich blado — niemal czterokrotnie gorzej niż „Madame Web”. Trudno znaleźć tu jakiekolwiek pozytywy.
To, co najbardziej zaskakuje, to fakt, że wszystko wyglądało dobrze przynajmniej na papierze. Film zebrał solidne recenzje i miał mocną obsadę. A mimo to nie znalazł widowni. Już jego kinowa dystrybucja była rozczarowaniem — 25 milionów dolarów w USA i 57 milionów globalnie przy budżecie wynoszącym co najmniej 63 miliony dolarów (a realnie prawdopodobnie wyższym).
Problemy tej serii zaczęły się jednak wcześniej. „28 lat później” w reżyserii Danny'ego Boyle'a okazało się dla wielu widzów zaskoczeniem. Zamiast klasycznego horroru dostali bardziej refleksyjną, egzystencjalną opowieść. Film zebrał wprawdzie około 150 milionów dolarów na świecie, ale jednocześnie zraził część publiczności, która liczyła na intensywne, brutalne kino grozy.
„Świątynia kości” poszła jeszcze dalej w tym kierunku. Zamiast próbować odzyskać szeroką widownię, film podwoił artystyczne ambicje i jeszcze bardziej oddalił się od konwencji, której oczekiwali widzowie. Efekt był łatwy do przewidzenia — masowa publiczność po prostu się odwróciła.
Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej w kontekście planowanej trzeciej części z udziałem Cilliana Murphy'ego. Projekt został ogłoszony jeszcze przed premierą „Świątyni kości”, co wyglądało jak próba zbudowania zaufania wokół całej trylogii. Jednak według branżowych informacji Sony Pictures nigdy nie spieszyło się z realizacją kolejnej odsłony, a samo ogłoszenie mogło być bardziej zabiegiem PR niż realnym zobowiązaniem.
Jeszcze niedawno pojawiały się sugestie, że to Netflix mogłoby przejąć projekt i zapewnić mu nowe życie na platformie streamingowej. Dziś, po tak słabych wynikach, nawet ten scenariusz wydaje się mało prawdopodobny.
Najbardziej brutalna konkluzja jest prosta — ta franczyza przestała interesować szeroką publiczność. W tej sytuacji studio stoi przed wyborem: znacząco obniżyć budżet kolejnej części albo całkowicie porzucić projekt. Streaming miał być wybawieniem, a stał się ostatecznym potwierdzeniem porażki. Wszystko wskazuje na to, że dla tej serii może to być koniec.
zdj. Sony Pictures