„Ulica Strachu – część 3: 1666” – recenzja filmu. Powrót do przyszłości

Platformę Netflix nawiedził finałowy rozdział trylogii „Ulica Strachu”, opartej na cyklu młodzieżowych powieści z dreszczykiem R.L. Stine’a. Jak wypada „Ulica Strachu – część 3: 1666”? Zapraszamy do lektury naszej recenzji.

Dwie pierwsze dwie części „Ulicy Strachu” stanowiły czytelny (często nawet za bardzo) ukłon w stronę zarazem klasycznych ciachaczy Carpentera i Cravena i popkulturowego dziedzictwa lat 80. i 90. W ramach urozmaicenia, wielki finał uwstecznia akcję o ponad trzysta lat względem pierwszego filmu, stając się przystępną parafrazą kostiumowych dramatów i dreszczowców w rodzaju „CzarownicyRoberta Eggersa. Ostatnia „Ulica Strachu” nie kończy się jednak na „umłodzieżowianiu” paru współcześniejszych konwencji gatunkowych, bo składają się na nią w gruncie rzeczy dwa wyraźnie od siebie oddzielone filmy, z których jeden jest od drugiego zdecydowanie lepszy i bardziej wyważony.

Zaskakująco najsłabiej w „części 3: 1666” wypada właśnie wyczekiwana retrospekcja do XVII wieku. Wspomnienia małej purytańskiej osady, na której fundamencie stanie kiedyś miasteczko Shadyside, poznajemy z perspektywy Sarah Fier z twarzą Kiany Madeiry, wcielającej się też w główną bohaterkę trylogii. Przeżywając wraz z widownią tragiczne doświadczenia kobiety, bohaterka poznaje historię klątwy, która z Shadyside zrobi w przyszłości pechowego bliźniaka dobrze prosperującego miasteczka Sunnyvale. Ostatni skok w czasie jest wystarczająco informatywny, lekki i jasny, by widownia przyswoiła finałowy fragment układanki, ale i na tyle narwany, by skutecznie oddzielić się od warstwy emocjonalnej. Tak jak w pierwszej części, w „1666” narzuca się przede wszystkim nerwowy montaż, kompresujący ujęcia pożyczone od wolniejszych period pieces w płaską zbitkę kontekstów. W najwcześniejszych momentach trzecia „Ulica Strachu” porusza się na jednym biegu, zrównując w tempie sceny ekspozycji z zagęszczaniem akcji. Wadliwa forma przekłada się na nierówne doświadczenie – choć na ekranie dzieje się niemało, to tylko drobnej części prawdziwych emocji udaje się wyjść poza barierę teleodbiornika.

Przeciętność finałowej retrospekcji podkreśla też poziom samej produkcji: kostiumy, drugoplanowe aktorstwo, anachroniczne dialogi niezręcznie zderzone z nowoangielskimi akcentami. Segment, który twórcy przeznaczyli na rozwikłanie tajemnicy miasteczka, miewa bardziej przejmujące momenty (zwłaszcza w końcówce), ale ogółem wypada przeciętnie, bo zbyt wiele kojarzy się tu z wysokobudżetowym cosplayem: grupą narwanych nastolatków odgrywających scenki w wykrochmalonych przebraniach z epoki.

Ulica strachu część 3

Szczęśliwie, znacznie lepiej zadziałał w filmie powrót do przyszłości, a więc do bohaterów z „jedynki”. Każdy, kto spodziewał się, że otoczka 1994 roku powróci tylko w charakterze krótkiego epilogu, domykającego wszystkie wątki, będzie zaskoczony. Niemal połowa trzeciej części odbywa się w ramach głównego czasu akcji. Co ciekawe, ten masywny, ultrafioletowy finał, ulokowany w scenografii żywcem wyrwanej z ostatniego sezonu „Stranger Things”, zawiera nie tylko najciekawsze sekwencje akcji z całego cyklu, a wplata również serię efektownych dopełnień pierwszego i drugiego filmu.

W ciągu ostatnich czterdziestu albo pięćdziesięciu minut reżyserce Leigh Janiak udaje się wprawnie zebrać elementy rozproszone wcześniej w trylogii bez większego powodzenia: wyodrębnić bardziej trójwymiarowe postacie, ciekawiej spożytkować zagrożenia, pożartować z konwencji i wyczarować energię, która działa na korzyść narracji i nie podkłada jej nóg. W zestawieniu z różnicowaniem tonu poprzednich filmów (zwłaszcza pierwszego rozdziału) nigdy nie ma tu też wątpliwości co mamy czuć, jako widzowie. Choć znalazła się w filmie i krwawa popcornowa frajda z „jedynki”, i przebłyski „bardziej na serio” z drugiego filmu, to jedne i drugie elementy nigdy nie wchodzą sobie w paradę. Nie ma też wątpliwości, że reżyserka (mająca w dorobku parę odcinków serialowego „Krzyku”) znacznie ciekawej radzi sobie w ramach serialowego formatu. Druga połowa ostatniego filmu gra niczym precyzyjnie spięty odcinek dłuższej serii, co sugeruje, że taka adaptacja „Ulicy Strachu” sprawdziłaby się w formie kilku mniejszych, ale za to wewnętrznie spójnych odcinków. Netflix, co prawda, drugiego „Stranger Things” nie potrzebuje, ale Stine napisał w oryginalnym cyklu ponad pięćdziesiąt powieści, więc pola do dalszych eksperymentów z materiałem źródłowym nie brakuje. W tym kontekście wypada zwrócić uwagę przede wszystkim na zakończenie, które owszem, mogłoby zagrać wyłącznie jako mrugnięcie do dorobku Wesa Cravena, ale tu najpewniej zapowiada, że streamer jeszcze się z Shadyside nie wyprowadza.

Ocena filmu „Ulica Strachu – część 3: 1666”: 3+/6

zdj. Netflix