„Barbarzyńcy” – recenzja filmu. To nie jest kraj dla młodych kobiet

W najbliższą środę, 26 października, do katalogu Disney+, platformy, która wbrew wszelkim oczekiwaniom stała się w Polsce nowym domem dla oryginalnych dreszczowców, trafi film „Barbarzyńcy”. Jak sprawdza się doceniony za oceanem horror z Georginą Campbell i Billem Skarsgårdem w rolach głównych? Zapraszamy do lektury naszej recenzji.

Przed zabraniem się za pisanie tego tekstu, obejrzałem sobie zwiastuny „Barbarzyńców”, żeby sprawdzić, ile mogę tu o tym filmie napisać bez zdradzania czegoś, co zdecydowano się utrzymać w tajemnicy. I wychodzi na to, że nic tak naprawdę nie mogę powiedzieć. Niemal wszystko, co pokazano bowiem w zapowiedziach, „Barbarzyńcy” odhaczają już w pierwszych minutach. Taki zabieg ze strony dystrybutorów jest w tym przypadku jak najbardziej trafiony, bo jest to na pewno jedna z tych opowieści, w które trzeba wchodzić kompletnie w ciemno. Tak jak w tegoroczny thriller „Fresh”, który ze sporą dozą makabry i komizmu omówił koszmar współczesnego randkowania. Albo w „Nie oddychaj” z 2016 roku – film, z którym „Barbarzyńcy” nieprzypadkowo dzielą miejsce akcji. Twórcy obu wspomnianych filmów sprawnie pociągnęli widownię wgłąb wyjątkowo odrażających „króliczych nor” i nie inaczej jest w przypadku „Barbarzyńców”, dreszczowca wytyczającego z kina grozy nową, jakże adekwatną do współczesnych obaw, odnogę: horror airbnb.

Tyle (i tylko tyle) dobrze wiedzieć na początek: główna bohaterka, Tess (Georgina Campbell), trafia do wynajętego w sieci domu na upiornych i zdemolowanych przedmieściach Detroit. Na miejscu odkrywa, że lokum omyłkowo udostępniono komuś jeszcze. Mimo to, z braku lepszych opcji, Tess postanawia zostać na noc, rzucając przy tym – wraz w widzami – nieufne spojrzenia w stronę swojego niespodziewanego współlokatora, Keitha (w tej roli Skarsgård). Rychła wizyta w piwnicy domu niesie z sobą pierwsze z niepokojących odkryć. W filmie będzie ich potem dużo – jak na filmowe „królicze nory”, ta skonstruowana przez scenarzystę/reżysera Zacha Creggera jest wręcz usiana zwrotami akcji i ryzykownymi technikami opowiadania, które w rękach mniej sprawnego twórcy mogłyby okazać się strzałem w kolano.

Im głębiej zaś wewnątrz tego labiryntu (bo tym w istocie jest ta „królicza nora” – labiryntem kontekstów, popularnych tropów odbitych jakby w krzywym zwierciadle, narracyjnych przetasowań i zmyłek) tym wyraźniej rysuje się społeczny przekaz „Barbarzyńców”. Nieprzypadkowo bowiem akcję umieszczono w wymarłej części amerykańskiego miasta-bankruta. Jakiekolwiek odkrycia niesie z sobą ekspedycja pod fundamenty budynku Barbary Street numer 476 to dla lokalnej społeczności są one tylko częścią szarej rzeczywistości – wrosły w krajobraz, symbolizując tę część amerykańskości, którą zamieciono pod dywan z innymi niewypałami kapitalizmu. Beznadzieję tego położenia uwydatnia zwłaszcza scena, w której bohaterce, konsekwentnie upodabniającej się w toku fabuły do niedobitków zrujnowanej dzielnicy Brightmoor, wreszcie udaje się zwrócić uwagę policji, tylko by ją niemal natychmiast utracić. Koszmar, z którym mierzy się Tess to tylko kropla w morzu problemów i zaniedbań, na które nigdy nie odnaleziono recepty.

BARB_TRL1_Shot15-min.jpg

Za reakcją funkcjonariuszy stoi jednak nie tylko szersza systemowa apatia, a płeć protagonistki tej opowieści. Współczesne dyskursy związane z zagadnieniami feminizmu grają bowiem w poskręcanej układance „Barbarzyńców” naczelną rolę. Cregger prezentuje w filmie przeróżne przejawy mizoginii, które z czasem rozwijają się w otwarte działania przemocowe. „Gdyby role się odwróciły i to ty stałbyś za drzwiami, to w życiu bym cię nie wpuściła” – tłumaczy główna bohaterka postaci Billa Skarsgårda, obsadzonego tu z pewnością przez skojarzenia z dotychczasowymi rolami. Dialog z samego początku filmu (produkcja trwa tylko nieco ponad półtorej godziny, ale pod koniec będziemy o tej scenie myśleć w charakterze bardzo zamierzchłej przeszłości) zapowiada główny temat: mnogość niebezpieczeństw, z którymi wiąże się samo bycie kobietą – i w filmowych fabułach i pozaekranowej rzeczywistości. W tym kontekście, „Barbarzyńcom” można przypisać ciekawą próbę zdemontowania figury final girl. Cregger prześledza pochodzenie popularnego fabularnego motywu i sugeruje, że nie trafił on do kina znikąd – może wynikać z wyostrzonej do maksimum czujności, która w świecie tak pełnym przemocy wobec kobiet, jest już niemal cechą wrodzoną. Z kolei, gdy w drugim akcie film wprowadza nową postać (w ryzykownym hitchcockowskim ruchu znanym z „Psychozy”), reżyser zerka już wprost na cancel culture i nadużycia w branży rozrywkowej.

O samej problematyce #MeToo, Cregger nie ma wprawdzie zbyt wiele nowego do powiedzenia, ale filmowiec znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, jak wykorzystać rzeczywiste wzorce sprawców i ofiar czy istniejące scenariuszowe stereotypy do wzmocnienia nieprzewidywalności fabuły. Odkładając na bok ciekawy komentarz społeczny, „Barbarzyńcy” proponują widzom przede wszystkim kapitalne kino gatunkowe, naszpikowane momentami grozy w stylu najlepszych monster movies, ze znakomitym komediowym timingiem i niespodziankami czyhającymi dosłownie na każdym zakręcie. To z całą pewnością jeden z tych dreszczowców, które na długo wkradają się pod powieki. Nie mam wątpliwości, że jeśli po obejrzeniu filmu Creggera przyjdzie Wam przenocować w domku z Airbnb to pierwsze, co będziecie chcieli zrobić po zameldowaniu to sprawdzić piwnicę. Albo na wszelki wypadek od razu ją dobrze zamknąć.

Ocena filmu „Barbarzyńcy”: 5/6

Film „Barbarzyńcy” dostępny będzie na platformie Disney+ od 26 października.

Koszt miesięcznej subskrypcji Disney+ wynosi 28,99 zł. Przy wykupieniu rocznego abonamentu otrzymacie dwanaście miesięcy w cenie dziesięciu.

zdj. Disney / Hulu