„#BringBackAlice” – recenzja polskiego serialu HBO Max. Po drugiej stronie lustra

Na platformę HBO Max w piątek trafi nowy polski serial „#Bring Back Alice”, za który jako reżyser odpowiada Dawid Nickel, twórca dobrze przyjętego filmu „Ostatni komers” z 2020 roku. Czy produkcja o nastolatce, która po roku od zaginięcia wraca do domu z zanikiem pamięci, będzie kolejnym godnym przedstawicielem Polski w katalogu HBO? O tym dowiecie się z naszej recenzji.

„#BringBackAlice” – o czym opowiada polski serial od HBO Max? Kim są bohaterowie?

Torebki Louis Vitton, flakony z logo Chanel, penthouse’y w Sea Towers, rekrutacja na Stanford, rodzice prokuratorzy czy zamknięte imprezy, na których piguły sięgają kosztów jednej trzeciej minimalnej płacy – to nieodłączne elementy świata nastoletnich bohaterów „#BringBackAlice”. Dzieciaki stanowią ekipę trójmiejskich bananów, o których rapowałby Mata, gdyby urodził się nad Bałtykiem. Wiecie, mundurek z Batory High School, a w jedwabnej kieszeni gibon na odprężenie między rozszerzoną przyrką a gegrą w dwóch językach. Na czele kliki stoi Alicja (Helena Englert), influencerka z jednakową ilością followersów, co przeżytych melanży. Proporcja ulega zmianie pewnego hecnego wieczoru, gdy tablica Mendelejewa organizmu wywraca się do góry nogami. Dziewczyna znika z powierzchni ziemi na rok. Kiedy się odnajduje, nie pamięta szczegółów #tamtejnocy. Przebłyski pamięci zwiastują tragedię, a reakcje ziomków – przyjacielską dramę. No bo ekipa najwyraźniej coś wie – jeden patrzy na drugiego ukradkiem, żeby się nie wydało. Wówczas zaczyna się manipulacyjna gra, w której część pionków z czasem wypadnie z planszy.

Sprawdź też: HBO Max oficjalnie zmienia się w MAX. Data startu i cena ujawnione.

A co to za pionki? Znacie je dobrze, jeśli kojarzycie tytuły takie jak „Plotkara”, „Riverdale” czy „Szkoła dla elity”. Twórcy serialu jawnie sięgają po – nie tyle narracyjne, ile charakterologiczne – tropy amerykańskiej teen dramy, by sklecić hybrydę młodzieżowych archetypów. Obok Alicji, swoistej it girl ery TikToka mamy tu całą galerię mniej lub bardziej dostrzegalnych wzorów zapożyczonych z pokrewnych hitów. Monika (Katarzyna Gałązka) to typowa #frenemy, która w chmarze instagramowych serduszek skrywa zawiść. „Majki” (Marcel Opaliński) jest niezbyt lotnym #chadem, w którym krasza ma co druga osoba. Janek (Vitalyk Havryla) to ten #przegryw, co podkochuje się w najlepszej przyjaciółce. Pauli (Mila Jankowska) blisko do #alternatywki, z którą każdy chce się bujać, a Patryk (Bartłomiej Deklewa) – z racji swej profesji – zasługuje na tytuł szkolnego #stonera. Na tle grupy wyróżnia się Tomek (Sebastian Dela), przedwczesny absolwent i #badboy, któremu jako jedynemu zależy na powrocie Alicji. Jego siostra Wera zaginęła tego samego dnia, ale miała mniej obserwujących i nikt się nią nie zainteresował.

Co „#BringBackAlice” mówi nam o social mediach? Kryminał czy może teen drama?

Z racji obranej tematyki był w „#BringBackAlice” ogromny potencjał, by przeniknąć do świata social mediów i spenetrować jego – spowite hejtem i dezinformacją – zakamarki. Wzorem imienniczki głównej bohaterki z klasycznej opowieści Lewisa Carrolla twórcy serialu mogli przeprowadzić nas przez drugą stronę lustra na tysiąc różnych sposobów. Zrobili to z wykorzystaniem tego najprostszego, wskazując palcem fakt, że, zupełnie jak w realu, w internecie też istnieje podział na lepszych i gorszych [wstaw mem z zaskoczonym Pikachu]. Tyleż celny, co banalny motyw nierówności społecznych znajduje tutaj ujście w nagminnie powtarzanym kontraście między majętną Alicją a mniej fartowną Werą (Natalia Iwańska). Nie dość, że wątek został poprowadzony łopatologicznie, to przysłonił możliwość skupienia się na plagach ogranych w popkulturze nieco mniej, takich jak shaming, clickbait czy dajmy na to trolling. Żaden z tych tematów nie doczekał się choćby fabularnego epizodu, co każe postrzegać internetową tożsamość „#BringBackAlice” w ramach jałowego marketingu.

Podobnie jak w przypadku treści, serial nie spełnia oczekiwań również w kwestii formy. Na papierze „#BringBackAlice” najbliżej jest do kryminału, ale im bliżej przyjrzymy się temu, jak skonstruowane są poszczególne odcinki, to dostrzeżemy, że projekt celuje przede wszystkim w rzucone wcześniej hasło teen dramy. Motywy wykorzystane przez Caleba Ransona, Marcina Kubawskiego i Miłosza Sakowskiego (scenarzyści serii) budzą skojarzenia z wątpliwej jakości książkami, pod którymi zawalają się półki z napisem young adult. W rzeczywistości zagadka schodzi na bok przy nawale nastoletnich niesnasek, zauroczeń i pogardliwych spojrzeń w stronę tych, którym aktualnie powodzi się lepiej. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie to, że tytuł nijak ma się przy tym do godnej reprezentacji zoomerów. Faktyczny obraz pokolenia zetek ginie bowiem gdzieś między frazesami pokroju #EatTheRich, gatunkowymi kliszami i teledyskową reżyserią Dawida Nickela. Ubolewam, że autor świetnego „Ostatniego komersu” nie otrzymał tu przestrzeni, żeby rozkręcić coś autorskiego. Jego wyczucie nastoletniego ducha i ucho do naturalnych dialogów mogłoby przyjść z pomocą w kilku czy kilkunastu fragmentach.

„#BringBackAlice” to serial bez tożsamości. Jak wypadła Helena Englert w głównej roli?

Zatrzymując się jeszcze na moment przy „tożsamości” serialu, warto zwrócić uwagę na to, że – prócz wymienionych wyżej twórców – scenopisarska kadra została okraszona naprawdę imponującymi nazwiskami. W trakcie różnych etapów powstawania „#BringBackAlice” nad tekstem czuwali również Danuta Krasnohorska, Anna Cieplak (autorka cenionych powieści o młodych dorosłych) oraz Jakub Żulczyk, który obok popularnej kariery pisarza, ma już spore doświadczenie pracy w telewizji („Belfer” i „Ślepnąć od świateł”). Dziw bierze, iż z takim zestawem talentów, efekt końcowy przypomina generyczny wannabe-thriller, który co miesiąc pojawia się w streamingu tylko po to, by za chwilę zostać zastąpionym czymś bardzo podobnym. Poprzedni – tak samo głośny, jak nieudany – polski serial od HBO, czyli „Odwilż” próbował przynajmniej oddać portowy charakter Szczecina. Nietrudno odnieść wrażenie, że gdyby akcja „#BringBackAlice” została osadzona gdziekolwiek indziej, obraz wyglądałby dokładnie tak samo. #basic #nofilter #viral

Sprawdź też: Serial o Harrym Potterze, nowy prequel „Gry o Tron” i spin-off „Teorii wielkiego podrywu”. Max zapowiada swoje hity.

Próby nadania „Alice” cech indywidualnych najlepiej wychodzą na poziomie charakteryzacji i kostiumów. Pełna kolorystycznych kontrastów praca Aleksandry Dutkiewicz i Andrzeja Sobolewskiego (jest tutaj na przemian pstrokato i chłodno jak wiosną nad Bałtykiem) cechuje się świadomą grą zarówno z gatunkowymi dogmatami, jak i spuścizną telewizji dla młodych spod znaku pierwszej dekady XXI wieku. Wizualny całokształt daje wobec tego fikuśny zysk w postaci romansu „Euforii” z „Czystą krwią” (w szczególności ekranowy „Majki” sprawia wrażenie, jak gdyby urwał się z vampire dramy). Wraz z elementami ozdobnymi na słowa uznania zasługuje również obsada. Choć „#BringBackAlice” jest tytułem mocno nierównym także pod względem aktorskim (przy naprawdę dobrych wyborach zdarzają się tu castingowe potworki), to czołowa ekipa młodych odtwórców ról głównych spisała się całkiem nieźle. Pomimo fałszywych nut Englert opanowuje do perfekcji #restingbitchface i odbija się od „Pokusy”, z kolei twarze mniej znane (takie jak Bartłomiej Deklewa czy Mila Jankowska) prowokują do zapamiętania ich nazwisk.   

Ocena serialu „#BringBackAlice”: 2+/6

zdj. HBO Max