„Czarny Adam” – recenzja filmu. Fałszywy mesjasz nadchodzi

W piątek do polskich kin zawita superbohaterskie widowisko „Czarny Adam” będące owocem długoletniej walki Dwayne'a Johnsona o wprowadzenie na duży ekran jednego z antybohaterów znanego z uniwersum DC Comics. Czy zapowiadana od lat produkcja, która ma otworzyć nowy rozdział w DCEU spełnia pokładane w niej nadzieje? Sprawdźcie naszą przedpremierową recenzję.

Mało kto pewnie pamięta, ale to miał być rok, w którym DC Comics w końcu rzuci wyzwanie Marvelowi – na początek, chociaż pod względem objętości swojego filmowego arsenału. Tak się przynajmniej wydawało po tym, jak Warner zapowiedział na 2022 rok wyjątkowo mocną ofensywę i chciał wprowadzić do kin aż pięć produkcji oraz uzupełnić ofertę superbohaterskich opowieści pierwszym filmowym tytułem dedykowanym platformie HBO Max. Ostatecznie plany te okazały się marzeniem ściętej głowy i w ciągu dwunastu miesięcy do widzów trafi jedynie połowa zapowiedzianych pozycji. Na 2023 rok przesunięto zarówno debiut solowego filmu o Flashu, jak i kolejne przygody Aquamana oraz Shazama – ten ostatni w obliczu wielu roszad też przez chwilę znajdował się w harmonogramie na 2022 rok. Jaki los spotkał filmową Batgirl, chyba nie trzeba nikomu przypominać? Mimo finalnego fiaska względem swoich ambitnych planów na ten rok należy oddać wytwórni, że przynajmniej start miała całkiem udany i zaserwowała nam kolejną świetną interpretację Batmana. Chciałoby się jednak w końcu móc ekscytować na dużym ekranie czymś więcej niż poprawną produkcją dedykowaną jakiemuś innemu herosowi. Od premiery „Człowieka ze stali” minęło bowiem już dziewięć lat! Od tego czasu musiała wystarczyć nam do bólu poprawna „Wonder Woman” (debiut w 2017 roku), która niezbyt mocno zachęca do powtórnych seansów – tym bardziej po fatalnym sequelu. Solowe produkcje o Aquamanie i Shazamie to także nic więcej, niż tytuły na jeden, góra dwa seanse i żadna z nich nie zostaje w głowie na długo. Po tym, jak harmonogram na 2022 rok runął niczym domek z kart, nowi włodarze Warnera zdecydowali się postawić na jedną, głośną premierę. Nową nadzieję w serca fanów DC Comics miał wlać Dwayne Johnson i jego „Czarny Adam”, który przez ostatnie lata urósł do miana życiowego projektu dla byłego gwiazdora wrestlingu, a jego zrealizowanie popularny „The Rock” uważał już wręcz za sprawę honoru. Po seansie „Czarnego Adama” jasne stało się, że dla samego Johnsona zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby skończyło się na nieustannej pogoni za marzeniem i snuciu niedopowiedzeń na temat tego, jak genialny byłby jego występ w roli Czarnego Adama. Na jego nieszczęście, do realizacji produkcji jednak doszło i – co gorsza – teraz musimy cierpieć razem z nim.

Mimo że początki Black Adama sięgają 1945 roku, to nigdy nie należał on do najpopularniejszych bohaterów komiksowego świata DC i przeważnie stał gdzieś w trzecim rzędzie komiksowego uniwersum, ustępując miejsca znacznie bardziej rozpoznawalnym postaciom. Nic więc dziwnego, że w Polsce, gdzie jego obecność ogranicza się ledwie do kilku komiksowych czy animowanych tytułów, postać będzie kojarzyć zapewne tylko ścisłe grono bardziej zapalonych miłośników DC Comics. W komiksowym pierwowzorze Czarny Adam przedstawiany był na początku wręcz jako złoczyńca próbujący zakwestionować pozycję Shazama, ale z czasem podejście scenarzystów względem jego postawy uległo zmianie i przechyliło wizerunek Teth-Adama w kierunku antybohatera, który znalazł się choćby w szeregach grupy Justice Society of America. W filmowym origin story twórcy stawiają oczywiście na nieco przearanżowaną historię pochodzenia, ale trzymają się tej nowszej interpretacji, która uczyniła z Black Adama antyherosa. Na początku filmu trafiamy do starożytnego miasta Kahndaq, które pięć tysięcy lat temu było kolebką cywilizacji. Rozwijające się imperium wpadło jednak w ręce tyrana, który sprzysiągł się z siłami ciemności i zapragnął absolutnej władzy. Jej źródłem miała być korona Sabbaca, potężny artefakt wykonany z tajemniczego materiału i dający jej posiadaczowi moc wywodzącą się prosto od demonów stanowiących kontrast dla czarodziejów obdarzających potęgą Shazama. Wśród niewolników zaciągniętych do poszukiwania artefaktu odnajdujemy właśnie Teth-Adama, męża i ojca, który niedługo będzie musiał zapłacić najwyższą cenę za rozpoczynającą się właśnie rebelię. Tymczasem przenosimy się jednak do współczesnego Kahndaq okupowanego przez armię najemników. Grupa tytułująca się mianem Intergangu od lat żeruje na mieszkańcach miasta i eksploatuje jego naturalne zasoby, a także poszukuje zaginionej korony Sabbaca. Do artefaktu próbuje dotrzeć też Adrianna (Sarah Shahi), nauczycielka, która straciła już w walce o wyzwolenie miasta męża, ale mimo to wspólnie z bratem i synem kontynuuje sprzeciwianie się reżimowi. To właśnie jej działania doprowadzą do przebudzenia Czarnego Adama, wojownika, który – jak głoszą legendy – pięć wieków temu położył kres tyranii, a następnie zaginął w tajemniczych okolicznościach.

DWAYNE JOHNSON jako Black Adam-min.jpg

O ile prolog wypełniony jest na każdym kroku przez najbardziej infantylne rozwiązania fabularne, a podejmowane przez niego próby zarysowania intrygi, okazują się wyjątkowo nieudolne, to prawdziwe problemy „Czarnego Adama” zaczynają się dopiero wtedy, gdy na scenę wkracza nasz tytułowy protagonista. Początkowo, owiana nutką tajemnicy postać Black Adama może przyciągać uwagę widza, może nawet rozbudzić nadzieję na zarysowanie skomplikowanej i niejednoznacznej postaci, ale czar pryska jeszcze szybciej, niż się pojawił. Film w mgnieniu oka przechodzi do pokazania, na czym mu tak naprawdę zależy – daniu okazji Johnsonowi do pobawienia się w Supermana. Czarny Adam to w istocie kopia Shazama posługująca się tymi samymi mocami, a różnica polega wyłącznie na tym, że nowy heros wykorzystuje je bez najmniejszych oporów i serwuje nam kilka brutalnych pokazów. Kilku najemników zostanie więc zgrilowanych żywcem, kilku połamie karki o ściany, kolejni skończą rozszarpani gołymi rękami, a jeszcze inni nie przetrwają lotu bez spadochronu.

Na tak bezpardonowe zachowanie potężnej istoty musi więc zareagować Justice Society of America. Tak przynajmniej próbuje nam wmówić scenariusz, który chce nas przekonać, że organizacja ta już nie raz radziła sobie z podobnym zagrożeniem, chociaż z jakiegoś powodu w jej szeregach znalazło się właśnie dwóch nowych rekrutów, którzy zostają rzuceni na wyjątkowo głęboką wodę. W skład drużyny wchodzą więc: Hawkman (Aldis Hodge), Doktor Fate (Pierce Brosnan), Atom Smasher (Noah Centineo) i Cyclone (Quintessa Swindell).

To jak Warner Bros. próbuje za pomocą jednego filmu nadrobić coś, co Marvel skrupulatnie budował na przestrzeni wielu kinowych produkcji, osiąga w „Czarnym Adamie” istne apogeum. Chcielibyście dowiedzieć się czegoś o nowych herosach z przedstawionego właśnie JSA? Poznać ich wcześniejsze losy, motywacje i dowiedzieć się, dlaczego znaleźli się akurat w tym położeniu? Według scenarzystów, po dwa zdania z ekspozycyjnych dialogów powinny załatwić sprawę. I pamiętajcie, żeby ich wszystkich polubić i zacząć przejmować się ich losem, bo przecież ktoś z nich pewnie nie wróci z tej misji i wypadałoby uronić choć kilka łez. Prawda? Ważniejsze od budowania relacji między bohaterami dla reżysera (Jaume Collet-Serra) a przede wszystkim dla samego Johnsona, jest przechodzenie od jednej sceny akcji do kolejnej. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że „Czarny Adam” jest de facto jedną długą sceną akcji przerywaną od czasu do czasu ekspozycyjnymi dialogami i żartami wyjętymi prosto z generatora humoru wykorzystywanego przez Marvela. Nie działa to jednak na korzyść filmu i nie sprawia wcale, że można polecić go widzom chcącym po prostu spędzić czas na odmóżdżającej rozrywce. Przez nadmiar akcji oraz nieumiejętne rozłożenie nacisków w opowiadanej historii (zwłaszcza w finale) „Czarny Adam” okazuje się wyjątkowo nudnym i męczącym seansem.

PIERCE BROSNAN jako Dr. Fate i ALDIS HODGE jako Hawkman w filmie Czarny Adam-min.jpg

Film nie daje nam szansy na to, aby faktycznie zaangażować się w opowiadaną historię i przejąć się losem przynajmniej jednego z bohaterów. Na jakiekolwiek wyróżnienie pod tym względem zasługują jedynie Hawkman (Aldis Hodge) i Doktor Fate (Pierce Brosnan), ale wynika to głównie z charyzmy obydwu aktorów i zalążka historii, którą zespół scenarzystów łaskawie obdarzył ich bohaterów. Większość czasu spędzamy jednak z Czarnym Adamem, wspomnianą Adrianną i jej synem Amonem (Bodhi Sabongui). Największy problem stanowią w ich przypadku aktorskie umiejętności i charyzma, a w zasadzie to ich brak. Prym pod tym względem wiedzie oczywiście Dwayne Johnson wygłaszający każde zdanie w tym samym tonie i z tym samym wyrazem twarzy. To kolejne potwierdzenie tego, że o ileThe Rock” sprawdza się na drugim planie, kiedy raz na pół godziny trzeba rzucić nieco drętwym tekstem, wykrzywić brew lub napiąć muskuły, o tyle jego posągowa maniera, która nie wzbudza ani współczucia, ani strachu i nie wywołuje uśmiechu na naszych twarzach, staje się na dłuższą metę okropnie męcząca i przede wszystkim niewiarygodna.

Czarny Adam” zawodzi na każdym możliwym polu i będąc ślepo zapatrzonym w Marvela, powiela największe błędy produkcji MCU. O fatalnym złoczyńcy chyba nie muszę wspominać? Realizacyjnie nowa produkcja Warnera również nie oferuje nic, co mogłoby zapaść w pamięć. Otrzymujemy ten sam żółty filtr wykorzystywany przy okazji filmów osadzonych na Bliskim Wschodzie już dziesiątki razy. Na osobną wzmiankę zasługują jednak efekty wizualne, które z powodzeniem potrafią zafundować nam podróż do początku XXI wieku. Czasem możemy nawet poczuć się jak w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy twórcy serwują nam plejadę wielkich wybuchów, a i na fatalnie wykorzystany efekt slow motion znalazło się trochę miejsca. Wszystko to połączone z hałaśliwą oprawą muzyczną i równie kłującymi w uszy piosenkami ociera się wręcz o parodię superbohaterskich produkcji. Jeśli to właśnie do filmów DC Comics chciał wnieść Dwayne Johnson, to nie ma już ratunku dla uniwersum Batmana i Supermana, w którym za sprawą „Czarnego Adama” zapanował jeszcze większy bałagan i brak spójności niż dotychczas.

Ocena filmu „Czarny Adam”: 2/6

Film o Czarnym Adamie zadebiutuje w polskich kinach już 21 października. 

zdj. Warner Bros.