„Doktor Strange” tom 4 – recenzja komiksu. Diabeł kontra Mroczni Avengers (i nie tylko)

W marcu do sprzedaży trafił czwarty już tom komiksowej serii o przygodach Doktora Strange'a. Jak wypada najnowsza odsłona serii tworzonej między innymi przez Nicka Spencera i Petera Davida?

Materiał może zawierać treści stanowiące, w ocenie części odbiorców, spoilery do serii „Tajne imperium”, jak również wcześniejszych tomów serii „Doktor Strange”, wydanych w Polsce przez wydawnictwo Egmont. Zainteresowanych „Tajnym imperium” odsyłamy do naszej recenzji.

Czy Was również odrobinę zdziwiło, że Kobik – świadoma kosmiczna kostka – na końcu „Tajnego imperium”, odwracając skutki działań złej wersji Kapitana Ameryki, nie zrobiła kompletnie nic z Las Vegas zrównanym z ziemią podczas bombardowań (ostrzegałem, że mogą być spoilery pod sam sufit)? W uzasadnieniu fabularnym miało to pozostać blizną i świadectwem ciężkich, niedawnych wydarzeń, stanowiącymi przestrogę tak dla zwykłych ludzi, jak i superbohaterów. W uzasadnieniu marketingowo-komiksowym Marvel już ukuł plan dotyczący magicznocentrycznego eventu z udziałem właśnie Las Vegas. Nie ma się co dziwić, że Doktor Strange nie był na bieżąco z przyczynami fabularnymi zaistniałej sytuacji, borykał się bowiem ostatnio ze sporymi osobistymi problemami. Najpierw naukowi sekciarze prawie całkiem wytępili magię z rzeczywistości, potem w ustawionym magicznym turnieju przegrał on tytuł Najwyższego Maga na rzecz Lokiego (nie zauważając nic podejrzanego w tym fakcie), aby następnie, czerpiąc z magii drzewa życia, odzyskać tytuł. Do tego jego asystentka Zelma i ikoniczny towarzysz Wong postanowili wziąć urlopy bezterminowe od codziennych magicznych zagrożeń, a przy Strange'u pozostał jedynie Bats, gadający psi duch, towarzysz z okresu, gdy Strange był weterynarzem, a nie magiem. Teraz, napełniony nowymi siłami, Strange wpada na świetny pomysł – przywrócenia całego Las Vegas ze wszystkimi jego mieszkańcami do życia – w końcu nie miał możliwości zapobiec katastrofie, co traktuje w kategorii osobistej porażki. Na pierwszy rzut oka wszystko idzie gładko, tyle że powraca motyw obecny w serii od jej startu pod kierunkiem Jasona Aarona – otóż każda magia ma swoją cenę, a im większa ingerencja w naturalny porządek struktury rzeczywistości, tym cena wyższa. Miasto powraca więc na mapę, z tym że wraz z nim powraca coś jeszcze – nie kto i inny jak Mephisto – Pan Piekieł (a przynajmniej jednego z nich w uniwersum Marvela). W efekcie pomiędzy zabudowaniami pojawia się nowa konstrukcja, „Hotel Inferno”, a na terenie Vegas zaczynają funkcjonować reguły wymiaru piekielnego – najmniejszy grzeszek i wpadasz pod władzę Mephisto. Całości sytuacji nie pomaga fakt, że przywróceni do życia mieszkańcy postanawiają czerpać z nowo otrzymanych istnień w maksymalnie hedonistyczny sposób, co przyspiesza transformację Las Vegas w domenę piekła na Ziemi. Strange podejmuje desperacją próbę naprawienia zamieszania, jakie stworzył, i podejmuje się gry w karty z samym Mephisto (co wydaje się świetnym pomysłem jak każdy układ z lokalnym diabłem), w efekcie czego próbuje oszukiwać w ustawionej rozgrywce i zostaje przyłapany, a następnie uwięziony. Nawet obecni na miejscu Avengers padają ofiarami sytuacji, przeistaczając się w egzotyczne wersje Ghost Riderów, wykonujących wszelkie polecenia nowego Pana. Sytuacja wygląda tragicznie, kiedy na scenę wkracza psi duch Bats, stając przed drzwiami Wonga z prośbą o pomoc dla swojego Pana. Wong, przez moment sceptyczny, podejmuje się stworzenia karkołomnego planu ratunkowego, do którego realizacji będzie potrzebował zestawu mrocznych antybohaterów z uniwersum Marvela – Blade'a (tak – wiecznego łowcy wampirów kroczącego za dnia), Moon Knighta (nie do końca zdrowego psychicznie obrońcy nocnych podróżników), Ghost Ridera – Johnny'ego Blaze'a (kto lepiej zna Mephisto, jak nie on) – oraz Iron Fista (tego ostatniego nie do końca rozumiem w tej ekipie, ale kto nie lubi mistrzów kung-fu). Dysproporcja sił pomiędzy drużyną nowych „Synów Nocy” a przeciwnikami jest ogromna, pytanie więc, jaką porcję planu Wong zachował wyłącznie dla siebie... no i czy ten plan ma szansę się powieść...

Doktor Strange tom 4 plansza z komiksu

Na tom składają się zeszyty #1-4 miniserii „Doctor Strange: Damnation”, zeszyty #386-390 serii regularnej „Doctor Strange”, zeszyt „Damnation: Johnny Blaze - Ghost Rider”, numery 78-80 serii „Iron Fist” oraz #15-17 serii „Ben Reilly: Scarlet Spider”, czyli przy relatywnie krótkiej serii głównej możemy się spodziewać fabuły rozwodnionej po kilku historiach pobocznych.

Jak to wypada całościowo? Nierówno. Nick Spencer w „Damnation” niby technicznie robi wszystko prawdłowo, ale z wielkim pośpiechem (tu i ówdzie wątek pojawi się znikąd) i brakuje mu weny, jaka była obecna chociażby w „Tajnym imperium”. Donny Cates, jak to gospodarz postaci w serii Doktora, czuje się ewidentnie swobodniej, z charakterystyczną dla siebie fabularną lekkością i szaleństwem, choć można odnieść wrażenie, że panowie nie do końca dogadali się w kwestiach istotnych elementów fabuły, bo można się dopatrzeć zdarzeń, które w obu seriach mają... odmienne przyczyny zaistnienia. „Damnation: Johnny Blaze - Ghost Rider” to odpowiedź na pytanie, co działo się z postacią pomiędzy dwoma scenami z końca serii głównej, czyli opowieść, której byłem ciekawy, ale mnie nie usatysfakcjonowała. Ostatecznie ten zeszyt to kropka nad i w kwestii tego, jak bardzo nikt nie wie, co zrobić z Ghost Riderem, choć każdy lubi płonące czaszki, kolce, łańcuchy i motocykle. Serie „Iron Fist” i „Ben Reilly: Scarlet Spider” pozostają bardziej na uboczu, dodając trochę motywacji postaciom (tak, Ben wydaje się tu być wzięty z łapanki, no bo akurat mieszka w Vegas), i robią to, co czynić powinny – kapitalizują udział postaci w wydarzeniu poprzez ściągnięcie ciekawskich czytelników do serii pobocznych. Miniseria karateki z K'un Lun jest o tyle ciekawa, że bazuje na rozwijaniu wątków z legendarnego runu Eda Brubakera w „Nieśmiertelnym Iron Fiście” (przez co traci przy braku kontekstu), przy czym jednocześnie ciężko mi określić, kiedy w zasadzie Danny Rand miał czas ją przeżyć, bazując na tempie serii głównej. Konstrukcyjnie całość przypomina „Avengers: Atak na Pleasant Hill”, przy czym w tamtej pozycji zeszyty dostaliśmy przynajmniej zgodnie z chronologią wydarzeń. Tu z niewiadomych przyczyn dostajemy porządek czytania w formie schematu, a następnie każdą z serii kolejno po sobie, więc przygotujcie się na przeczytanie głównego wątku bez kontekstu, a później całej masy kontekstu, albo alternatywnie na żonglowanie tomem celem odnalezienia zeszytów zgodnie z podaną chronologią wydarzeń. Na szczęście całość kończy wdzięczny i osobisty zeszyt spinający kilka wątków, jakie towarzyszyły nam od startu serii (z gościnnym występem Spider-Mana).

Doktor Strange tom 4 plansza z komiksu 01

Oprawa graficzna to, jak można się spodziewać po fabularnej zbieraninie, również artystyczny kolaż twórców i stylów. W serii głównej możemy liczyć na szkice Roda Reisa i naszego rodaka, Szymona Kudrańskiego, niezwykle klimatyczne, mroczne i brudne, niestety w dwóch środkowych zeszytach opatrzone dziwnie odstającymi, płaskimi kolorami (pierwszy przypadek, w którym zapamiętam nazwisko kolorysty tylko po to, żeby go unikać). Regularny „Doctor Strange” to prace bardziej konwencjonalne, szarpane czy wręcz cartoonowe, podczas gdy serię Iron Fista owiewa niezwykle prosta, wręcz kanciasta estetyka stylizowana na prace Davida Ajy (również w ramach inspiracji „Nieśmiertelnym Iron Fistem”). Na końcu stawki odnajdziemy ilustracje ze „Scarlet Spidera” i „Ghost Ridera”, o których jestem w stanie powiedzieć tyle, że są i że nie zapadły mi w pamięć.

Wydanie polskie to miękka oprawa ze skrzydełkami w standardzie Marvel Now! 2.0 i charakterystycznym czarnym grzbietem. W zakresie dodatków dostajemy na końcu tomiku okładki alternatywne w ilości sztuk pięć oraz posłowie Donny'ego Catesa.

Podsumowanie

Tom czwarty „Doktora Strange'a” to oczywiście dalszy ciąg serii, ale przede wszystkim kompletne wydanie zbiorcze przedstawiające wydarzenie „Damnation” wraz z historiami pobocznymi samego Strange'a, Ghost Ridera aka Johnny'ego Blaze'a, Iron Fista i Scarlet Spidera, arytmetycznie więc samego Najwyższego Maga jest mniej, niż moglibyśmy przypuszczać. Do tego poszczególne historie poboczne często bazują na własnej ciągłości fabularnej serii lub istotnych komiksach z historii danego bohatera, więc lektura części z nich może być niezbyt czytelna dla osób, które nie posiadają niezbędnego kontekstu. Ponadto ułożenie zeszytów w wydaniu zbiorczym jest dość niefortunne o tyle, że dostajemy po kolei całe segmenty dziejące się w różnych momentach serii głównej, trochę szkoda, że nie zostało to przemieszane zgodnie z chronologią czytania zamieszczoną we wstępie, byłoby wygodniej. Obiektywnie – dostajemy pierwszy kompletny magicznocentryczny event Marvela. Subiektywnie, jest różnie – dla mnie fabularnie Cates deklasuje Spencera i resztę, częściowo będąc nawet niespójnym z serią główną. Kto dotarł do tomu trzeciego „Doktora Strange'a”, pewnie sięgnie po tom kolejny i nie pożałuje. Inaczej ma się sprawa z osobami, które do tego tomu przyciągną postacie na drugim planie okładki, bo nie oszukujmy się – Moon Knighta to będzie tu jak na lekarstwo. Z kolei wizualnie – jak to przy dużych wydarzeniach, będzie kolaż twórców pozwalający każdemu znaleźć coś dla siebie.

Oceny końcowe

4
Scenariusz
4
Rysunki
5
Tłumaczenie
5
Wydanie
3
Przystępność*
4
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja

Scenariusz

Nick Spencer, Peter David, Donny Cates, Ed Brisson

Rysunki

Niko Henrichon, Szymon Kudrański, Will Sliney, Rod Reis, Damian Couceiro

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Druk

Kolor

Liczba stron

372

Tłumaczenie

Weronika Sztorc

Data premiery

24 marca 2021 roku

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

zdj. Egmont / Marvel