„Halloween. Finał” – recenzja filmu. Halloween zabite

Do polskich kin trafiła ostatnia już odsłona cyklu „Halloween” w reżyserii Davida Gordona Greena. Jak wypada finałowe starcie dwóch kultowych postaci kina grozy? Cóż, zupełnie inaczej niż mogliśmy się spodziewać. Czy to dobrze – odpowiadamy w recenzji. Zapraszamy do lektury.

Wiele można powiedzieć o najnowszej trylogii „Halloween”, ale na pewno nie to, że David Gordon Green nie miał wyraźnego pomysłu na każdy ze swoich filmów. Żeby się o tym przekonać, warto przyjrzeć się „dyniowym” sekwencjom towarzyszącym zawsze napisom początkowym. W pierwszej części przegniły i spłaszczony symbol święta grozy powoli nabiera oryginalnego kształtu. Odwracając proces niszczenia, twórcy nawiązują do powrotu do źródeł kultowej franczyzy i odnoszą się do traumy, z którą raz jeszcze zmierzy się Laurie Strode. „Halloween zabija” równie ciekawie zapowiada sedno atrakcji. W przypadku sequela zło łączy się z autodestrukcją toteż dynie – tym razem zwielokrotnione, by odzwierciedlić motyw psychologii tłumu – wirują ze sobą i spalają się od wewnątrz. Finałową odsłonę reżyser też rozpoczyna od symbolicznego podsumowania – na tapet bierze koncepcję jednego boogeymana o wielu twarzach.

Otwierający monolog Jamie Lee Curtis powracającej, najpewniej po raz ostatni, jako Laurie powtarza tę centralną myśl filmu. Sekwencja, połączona z supercutem najbardziej krwawych momentów poprzednich dwóch odsłon, rysuje Michaela Myersa jako klątwę miasteczka Haddonfield. Porównywalną na tym etapie do Pennywise’a z powieści Stephena Kinga. „Halloween. Finał” to już nie film o Laurie i Michaelu a ich dziedzictwieMimo lansowania obrazu jako „ostateczne starcie” okazuje się, że największy showdown obu tych postaci zobaczyliśmy jednak w Halloween z 2018 roku (ostatniej w pełni satysfakcjonującej części trylogii). W „Halloween zabija” sporo było bowiem Myersa, ale udział Strode ograniczył się do epizodu. W „Halloween. Finał” role się natomiast odwracają i to główny boogeyman franczyzy znika na większość część fabuły. W konsekwencji, wbrew tytułowi, w trzecim filmie Greena trudno odnaleźć upragniony finał. To tak naprawdę przedłużona coda i zarazem – całkiem adekwatnie do święta, któremu towarzyszy – dziwaczny film o duchach (a raczej duchu).

Z jednej strony trudno nie docenić, że twórcy skłonili się ku temu, by z ostatniej odsłony sagi Laurie Strode i Michaela Myersa zrobić coś, czego nikt się nie spodziewał. Z drugiej, trudno patrzeć na „Halloween. Finał” jako film dobrze zrealizowany. Od początku wiele wypada tu zbyt nieprzekonująco: od czasu akcji (Michael Myers zniknął z Haddonfield na aż cztery lata) po miejsce, w którym historia rozpoczyna się dla głównej bohaterki cyklu. I choć Jamie Lee Curtis znakomicie przenosi na ekran odżywioną wersję Strode, która wreszcie rekompensuje sobie lata utraconej młodości, raptowność tej przemiany po tragicznym zakończeniu „Halloween zabija” zaskakuje, niestety nie na korzyść obrazu.

halloween final-min.jpg

Z taką samą niezręcznością Green rozgrywa główny wątek miłosny, łączący na ekranie wnuczkę Strode i nowego bohatera, Coreya Cunninghama, okazującego się zaskakującym protagonistą filmu. Dwudziestolatka, z sercem na dłoni zagranego przez Rohana Campbella, poznajemy w prologu „Halloween. Finał”, gdy ten przypadkiem doprowadza do śmierci młodego chłopaka. Za swój kompletnie niezawiniony czyn zostaje okrzyknięty przez mieszkańców miasteczka dzieciobójcą. Pochopny osąd wkrótce rozkręca w Haddonfield kolejną spiralę przemocy, a w jej centrum raz jeszcze znajdują się Laurie i Allyson. Rola bohaterek jest jednak mocno ograniczona. Obie służą bowiem przede wszystkim uzupełnianiu narracji Coreya: usianej kliszami, niespójnościami i rażącymi dziurami logicznymi dekonstrukcji mordercy in the makingMroczna przemiana ma wprawdzie swoje momenty – głównie za sprawą stylizowanych, transowych sekwencji w stylu „Christine” Carpentera – ale zgrzyta, ilekroć łączy się ze scenami dialogowymi z Allyson (jej natychmiastowa więź z Coreyem jest kompletnie nieodczuwalna) i Laurie (która widzi w oczach bohatera to samo, co niegdyś w Michaelu). 

Z kolei sam Michael Myers, żywy trup po końcówce „Zabija”, pojawia się w fabule stosunkowo późno i, bardziej niż pełnoprawnej postaci, pełni funkcję figury retorycznej potrzebnej Greenowi, by przekonać widzów, że boogeyman niejedno ma oblicze. Choć jest go tu zwyczajnie za mało, by film wypełnił narzuconą sobie rolę kulminacji, udział kultowego straszydła może się nawet części widzów spodobać. Zwłaszcza fanom nadprzyrodzonych elementów cyklu „Halloween” i tym, którym odpowiadają skojarzenia z dziełem Stephena Kinga. Rozczarowani będą natomiast wszyscy ci, którzy spodziewali się następnego/ostatniego krwawego widowiska z Myersem w roli głównej siły sprawczej. „Halloween. Finał” tym widowiskiem z całą pewnością nie jest. (Bywa za to naprawdę krwawo, ale sceny mordu nie robią wrażenia. Na tym etapie w poszukiwaniu sposobów na efekciarskie zejścia czuć już tylko zmęczenie materiału).

Podsumowanie

Mimo że w filmie znalazła się scena próbująca nanieść klamrę na główny wątek sagi Strode i Myersa to nie doświadczymy zamierzonego nią krwawego katharsis. Za mało ma w sobie „Halloween. Finał” z tego filmu, do którego się w tym momencie chciało upodobnić. Może i nie jest to najgorsza „ostatnia odsłona” w ponad czterdziestoletniej historii cyklu – było tu jednak kilka ciekawych pomysłów – ale nie sposób nie odczuć rozczarowania. Trylogia mająca w założeniu naprawić „Halloween” kończy się bowiem tak, że chyba nikomu nie byłoby przykro, jakby i ją na jakimś etapie postanowiono zdekanonizować.

Ocena filmu „Halloween. Finał”: 3/6

 

zdj. Universal Pictures