Jamie Delano „Hellblazer” tom 2 – recenzja komiksu. Pierwowzór niedoskonały

Jamie Delano to twórca, który oddał niezłą przysługę wszystkim przyszłym twórcom przygód Johna Constantine’a. Jego „Hellblazer” jest na tyle niepowtarzalny, że każdy kolejny scenarzysta, który przyszedł po nim, miał ułatwione zadanie. Mocno czuć to, czytając drugi tom komiksu jego autorstwa, wydanego w naszym kraju przez Egmont.

Do „Hellblazera” Jamiego Delano należy podchodzić z należytym szacunkiem. Nawet jeśli jego pomysły nieco się zestarzały, a sam twórca w pewnych momentach wydawał się „odlatywać” razem z głównym bohaterem, to dziś stworzone przez niego historie powinny być wzorem dla każdego scenarzysty, próbującego swoich sił w szeroko pojętym gatunku komiksowego horroru. Czułem to już w pierwszym tomie, ale i w drugim widać wyraźnie, że Delano nie idzie na skróty, nie ułatwia sobie roboty. Wprost przeciwnie – znacznie komplikuje wątki, sięgając do najdalszych zakątków umysłu Constantine’a, a przez to nie zawsze jest w stanie dowieźć swoje pomysły i napięcie do samego końca.

We wstępie wspominałem, że kontynuatorzy dzieła Delano mieli łatwiej. Nie da się oprzeć wrażeniu, że „Hellblazer” Ennisa czy Azzarello to zupełnie inny świat i inny główny bohater. Przede wszystkim – łatwiejszy w odbiorze i z jasno obraną drogą. Następcy Delano zdawali sobie sprawę, że czasem „less is more” i z pozoru nieskomplikowane historie będą udaną przeciwwagą do tego, co proponował ich poprzednik. Tymczasem w drugim tomie „Hellblazera” Jamiego Delano dostajemy dwie naprawdę mocne historie i kilka mniejszych, pojedynczych zeszytów.

„Horrorystyka” to z pozoru historia wiodąca po nitce do kłębka, do momentu, gdy zaczynają ginąć ludzie (który zresztą sami sobie na to zasłużyli). We wszystko wplątany zostaje John i pewna dziewczyna, którą postanawia odnaleźć. Może będę nieobiektywny, ale „Horrorystyka” to dla mnie najlepszy element tego tomu. Rysuje go bowiem David Lloyd („V jak Vendetta”), a jego styl idealnie pasuje do długich, momentami nudnawych wynurzeń Delano. Jest w tej historii masa ponurej, nieprzyjemnej atmosfery, świetnie potęgowanej przez Lloyda, dobrze wkomponowanej w klasyczny dreszczowiec, z jakich znany jest brytyjski scenarzysta.

hellblazer tom 2 jamie delano

Najważniejszym elementem drugiego tomu „Hellblazera” jest jednak „Maszyna strachu”. Obszerny, wielowątkowy story arc, zbierający w sobie aż 9 zeszytów. I tak szczerze… nie wiem do końca, co o nim myśleć. Na ponad 200 stronach – nie przeczę – dzieje się dużo i momentami aż zbyt dużo. A zaczyna się niepozornie, bo John dołącza do ekipy „travelersów”, podróżujących po kraju w poszukiwaniu sensu życia i niezależności. Nie trzeba dużo, by w całą intrygę wplątana została magia, a do tego takie grupy, jak poganie, masoni, czy nawet tajne służby. W moim odczuciu historia ta jest zwyczajnie przegięta. Delano rozwleka ją do granic możliwości i tak naprawdę mógłby ten pomysł zamknąć w 5-6 zeszytach. Tymczasem wewnętrznych, niewiele wnoszących monologów bohatera nie brakuje, a pisane są one tak, że z wielkim szacunkiem podchodzę do pracy Jacka Żuławnika, który nie miał łatwego zadania w oddaniu sensu kolejnych zdań krążących w głowie Constantine’a.

W efekcie „Maszyna strachu” to według mnie najsłabszy punkt całej historii, a lepiej od niej wypadają nawet krótkie, pojedyncze historie, które znajdziecie w tym tomie, w tym kolejna szalona – oparta na legendach Króla Artura. Czytając ją (Annual znajdujący się na początku tomu), zrozumiałem, jak bardzo inny jest to rejon DC (pod szyldem Vertigo) i nie da się go porównać do innych komiksów. Delano jest niepodrabialny w każdej swojej historii. Szkoda tylko, że czasem forma przerasta treść i w niektórych momentach staje się zwyczajnie niestrawna. Doceniam jednak fakt, że Constantine jego autorstwa to rzecz kierowana do mocno wysublimowanego grona czytelników, którzy bez problemu odnajdą się w jego zawiłościach.

Podsumowanie

„Hellblazer” wydawany jest w naszym kraju od kilku lat i nieprzypadkowo Egmont zostawił sobie historie Delano na sam koniec, dając wybrzmieć najpierw tym bardziej przyziemnym i łatwiejszym w odbiorze. Rozumiem i akceptuję proponowaną konwencję Delano, ale uczciwie przyznaję, że dużo lepiej działa ona w krótkich, niezależnych historiach, a jednocześnie słabo w długich, rozwleczonych wątkach, które do życia Johna Constantine’a wnoszą niewiele.

Dlatego też recenzowany komiks polecam Wam czytać powoli. Najlepiej po jednym zeszycie na raz. Oszczędzicie sobie frustracji, docenicie ogrom pracy scenarzysty i nie poczujecie się znużeni. I chyba tylko w tej formie dacie radę dobrnąć do końca tego tomu. A sięgnąć po niego zdecydowanie warto. Choćby dla „Horrorystyki”.

Oceny końcowe

4
Scenariusz
4
Rysunki
5+
Tłumaczenie
5
Wydanie
2
Przystępność*
4
Średnia

Oceny przyznawane są w skali od 1 do 6.

* Przystępność – stopień zrozumiałości komiksu dla nowego czytelnika, który nie zna poprzednich albumów z danej serii lub uniwersum.

Specyfikacja

Scenariusz

Jamie Delano

Rysunki

Mark Buckingham, Bryan Talbot, David Lloyd, Richard P. Rayner, Mike Hoffman, Ron Tiner

Oprawa

twarda

Druk

Kolor

Liczba stron

464

Tłumaczenie

Jacek Żuławnik

Data premiery

10 listopada 2021

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza komiksu.

zdj. Egmont / DC Comics