NOSTALGICZNA NIEDZIELA #128: „Hot Shots 2”

W Nostalgicznej Niedzieli przybliżamy Wam klasyczne produkcje kinowe i telewizyjne z ubiegłych dekad. Dziś lata 90. w komediowym wydaniu – „Hot Shots 2”.

Nie jestem fanem parodii. Nigdy nie byłem. Ze wszystkich filmów, które wpisują się w ramy tego gatunku, zaledwie do kilku miałem ochotę wrócić (i zazwyczaj miało to związek z tym, czego to były parodie). Wśród nich znalazły się filmy takie jak  „Robin Hood: Faceci w rajtuzach” czy „George prosto z drzewa”, które, co prawda, także mnie nie zachwyciły, ale obejrzałem z przyjemnością. Kolejne dekady nie były w stanie niczego w tym zakresie zmienić, a pojawiające się wtedy parodie prezentowały zazwyczaj poziom, który już na starcie mnie od nich odrzucał. Po kilku podejściach, dałem sobie z tym gatunkiem spokój i właściwie nie mogę nawet powiedzieć, bym za nim tęsknił. Pozostał jednak wyjątek – jedyna parodia, którą polubiłem na tyle, by wracać do niej wielokrotnie, a także postawić na półce wydanie płytowe.

Co ciekawe, mowa tu o sequelu filmu, który niespecjalnie mnie zainteresował. „Hot Shots” z 1991 roku było przede wszystkim parodią „Top Gun” (z dodatkiem innych filmów), a hicior z Tomem Cruise’em nigdy mnie specjalnie nie wzruszał, więc i jego jajcarskie wcielenie nie wzbudziło większych emocji. Co innego kontynuacja (podobnie jak oryginał reżyserowana przez Jima Abrahamsa) – tym razem głównym składnikiem wybuchowej mikstury był „Rambo III”, przyprawiony „Czasem Apokalipsy”, „Działami Navarony”, „Nagim instynktem”, „Terminatorem 2”, „Commando”, „Gwiezdnymi wojnami”, a nawet… „Zakochanym kundlem”. Tak się jakoś złożyło, że już jako nastoletni bywalec osiedlowej wypożyczalni video, większość tych nawiązań byłem w stanie wyłapać i zidentyfikować, a i „Rambo” zawsze ceniłem znacznie wyżej niż „Top Gun”. W tej sytuacji sequel był już na starcie na wygranej pozycji. Pierwsze podejście do filmu poskutkowało dużą dawką niekontrolowanego śmiechu, a choć gagi, które serwują twórcy filmu, poziom miewają zróżnicowany (i czasami, co tu dużo mówić, dość niski), to jednak film z miejsca trafił na listę pozycji „wielokrotnego użytku”. Po pierwszym seansie nastąpił drugi, potem trzeci, piąty i tak dalej.

Dwa słowa o fabule – kiedy grupa komandosów, mających za zadanie zlikwidować bliskowschodniego dyktatora (nikt nie kryje się z tym, że to Saddam Hussein, który nosi w filmie swe prawdziwe nazwisko), zostaje schwytana, ostatnią nadzieją jeńców okazuje się znany z pierwszego filmu Topper Harley (Charlie Sheen). Niestety, podobnie jak John Rambo, także i on zdecydował, że „jego wojna się skończyła” i zamieszkał w buddyjskim klasztorze. Przekonać go do powrotu usiłuje pułkownik Walters (w tej roli Richard Crenna parodiujący własną rolę z „Rambo” – ponoć zapytał o zgodę Stallone’a), któremu towarzyszy Michelle, agentka CIA (Brenda Brakke), która zdaje się  lecieć na naszego bohatera. Jednak dopiero gdy Walters również trafia do irackiej niewoli, Topper bierze się w garść i wkracza do akcji. Sytuację skomplikuje pojawienie się jego dawnej miłości, Ramady (znana z „Rain Mana” Valeria Golino), jak również… jej męża (Rowan Atkinson). Spośród znanych z pierwszego filmu postaci powraca także admirał Benson (Lloyd Bridges), tym razem jako prezydent Benson i ma tu do odegrania istotną rolę. Na drugim planie pojawia się także znany z „RoboCopa” Miguel Ferrer, a w epizodzie, będącym nawiązaniem do „Czasu Apokalipsy”, Martin Sheen.

Całość filmu to praktycznie gag za gagiem i nawiązanie na nawiązaniu. Samo ich wyłapywanie, wraz z kolejnymi seansami, gdy człowiek poszerzył już swoją filmową wiedzę, daje niezłą frajdę. Niektóre z nich dostrzeżemy dopiero zerkając na to, co się dzieje za plecami bohaterów. Nie brakuje także meta-żarcików („Ona jest z CIA, a ten gość to statysta”). Warto dodać, że film stanowi zupełnie odrębną całość i choć powraca kilka postaci z oryginału, to jego znajomość nie jest w żaden sposób potrzebna dla czerpania z seansu pełnej satysfakcji. Tę ostatnią zapewnia mocno absurdalny humor zarówno sytuacyjny (z pamiętnym motywem z kurą na czele), jak i słowny, choć trudno powiedzieć, czy będzie równie skutecznie bawił tych, którzy po film sięgnęli zbyt późno, a tym samym pozbawieni są w kontakcie z nim różowych okularów nostalgii. Jak się domyślam – niekoniecznie. Nie jest to z pewnością tytuł, który polecałbym komuś niesiedzącemu mocno w klimatach kina ery VHS, bowiem sięganie po niego bez solidnych podstaw w tym zakresie, w zasadzie mija się z celem. Jednak każdy miłośnik „Rambo”, któremu nie są obce tytuły filmów, które padły powyżej, powinien tu znaleźć coś dla siebie, no i pamiętajmy, że to w końcu „najkrwawszy film w historii”. Należałoby także wspomnieć o kompozytorze, którego obowiązki wziął na siebie Basil Poledouris, autor ścieżek dźwiękowych do „Conana” czy „RoboCopa” – także i tutaj daje świadectwo swego kunsztu, nawet jeśli nie jest to jedna z jego najbardziej zapadających w pamięć prac.

Pozostaje żałować, że mimo sukcesu finansowego (choć niedorównującego części pierwszej), nie zdecydowano się na nakręcenie części trzeciej. Być może zabrakło materiału na miarę „Top Gun” czy „Rambo” mogącego posłużyć za solidny fundament kolejnego sequela.

„Hot Shots 2” wydano w Polsce na VHS (z pamiętnym tłumaczeniem czytanym przez Lucjana Szołajskiego: „Zaszcze… zaszcze… zabić faceta”). Następnie także na DVD i Blu-ray (gdzie prócz polskich napisów znajdziemy lektora w osobie Daniela Załuskiego).

Zdj. 20th Century Fox